Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2014-03-17
 

Piknik pod wierzchołkiem K2

14 sierpnia 1996 roku Ryszard Pawłowski i Piotr Pustelnik stanęli na wierzchołku K2 po pokonaniu drogi północnym filarem. Cztery dni wcześniej szczyt osiągnął kierownik międzynarowodej wyprawy, w której brali udział – Krzysztof Wielicki. Oto wspomnienie Piotra Pustelnika z wejścia na „górę gór”, które opublikowaliśmy w 2003 roku.

Noc z 13 na 14 sierpnia 1996 roku w klaustrofobicznie małym namiocie obozu IV przebiegła na spokojnych, zgoła leniwie wykonywanych rutynowych czynnościach. Gotowanie, picie, gotowanie, picie, zdawkowe, żołnierskie dialogi („Może batona?” – „Nie, dziękuję”). Krótka, zakończona porażką walka z pożyczoną od Krzyśka czołówką. Nawet krótka homilia wygłoszona w intencji ożywienia baterii nie przyniosła rezultatów.

 

 

Obóz na 7400 metrów. Z prawej strony Krzysztof Wielicki. Fot. arch. R. Pawłowski

O drugiej w nocy nieodwołalnie wyszliśmy z namiotu. Gdyby ktoś z boku obserwował nasze poczynania, ubawiłby się setnie. Będąc posiadaczami jednej sprawnie działającej latarki, poruszaliśmy się jak jeden czteronożny, dwujumarowy i dwuczekanowy pojazd samobieżny. Ale żarty na bok. Synchronicznie czy nie, poruszaliśmy się znacznie szybciej niż podczas zakończonej wycofem próby w dniu 10 sierpnia. Powodów tego faktu upatruję w znacznie lepszych warunkach śniegowych i naszej ultymatywnej determinacji (był to ostatni dzień wyprawy). Wiał silny wiatr, zdmuchując z górnych partii wielkiego kuluaru niewielkie lawiny pyłowe.

O wschodzie słońca znaleźliśmy się w miejscu wycofu z 10 czerwca. Krwisto-czerwony wschód słońca przez dłuższą chwilę zatrzymał mój marsz w górę. W końcu wspinamy się dla pięknych widoków, więc nie można przejść obojętnie nad takim cudem natury. W kuluarze wyprowadzającym w lewo na pola podszczytowe trafiliśmy na zasypaną śniegiem, ale dobrze widoczną transzeję imienia Krzysztofa Wielickiego. Tu mała dygresja. Powstała ona 10 sierpnia w wyniku zdeterminowanej działalności Krzyśka w charakterze koparki bądź ratraka. Towarzyszący mu Włosi zachowali się jak prawdziwi dżentelmeni pozwalając mu na prowadzenie aż do wierzchołka. Była to tylko kwintesencja ich konsekwentnego postępowania w trakcie całej wyprawy. Zawsze po dżentelmeńsku ustępowali drogi, pozwalając osobom im towarzyszącym na torowanie w głębokim śniegu. Ale mniejsza o złośliwości. Transzeja budziła podziw i respekt. 

 

 

 

K2. Fot. arch. R. Pawłowski

Wszedłem w nią, jak przecinak w masło i ogarnęło mnie przerażenie. Pod cienką wartwą śniegu był żywy lód. Rysiek wygłosił krótkie ostrzeżenie: „Uważaj" i ruszyliśmy dalej. Transzeja mogłaby niewidomego wyprowadzić na pola podszczytowe. Zaczął wiać wiatr, na szczęście niezbyt mocny. Zacząłem nabierać pewności, że dopisze nam pogoda i może po raz pierwszy w życiu będę miał bezchmurne niebo nad głową, stojąc na wierzchołku. Złapałem się na tym, że myślę o wejściu, jak o fakcie dokonanym, a przecież do wierzchołka zostało około pięciu godzin marszu. Tymczasem pola podszczytowe ciągnęły się w nieskończoność. Wreszcie, kiedy już zwątpiłem, czy nie chodzimy po tym masywie w kółko, wyszliśmy na niewielkie plateau, za którym zobaczyłem stromy, niezbyt długii stok.
Zrobiło się ciepło i mało wietrznie. Tempo spadło. Chyba miałem nieco mętne spojrzenie, bo Rysiek popatrzył na mnie z uwagą i zaproponował ugotowanie herbaty. Dokładnie wyraził się tak: „Może się napijemy?”. Na tak sformułowane staropolskie zapytanie żaden Polak nie odpowie przecząco. No i piknik pod wierzchołkiem stał się faktem. Gotowanie, picie, prawdziwy relaks. Rysiu, mówiłem to wiele razy i teraz też powtórzę: miałeś wspaniały pomysł z tym gotowaniem. Poczułem się niesłychanie zrelaksowany i dalej w górę. 

 

 

Ryszard Pawłowski i Piotr Pustelnik na szczycie. Fot. arch. R. Pawłowski

Po czterdziestu minutach zobaczyliśmy w najbliższej odległości kolorowy triangul, czyli po polsku trójnóg. To jakaś nowa forma zaznaczania, gdzie jest geograficzny wierzchołek. Jeszcze chwila i padliśmy sobie w ramiona. Niemożliwe stało się możliwym. Dwa miesiące pracy, wyczekiwania, zwątpień, nadziei i tak po prostu – udało się. Krótka chwila radości. Spacerowałem po wielkim jak boisko do koszykówki wierzchołku, przywołując w pamięci tych, którzy stali tu pierwsi i nie tylko. Potem zdjęcia, rozmowy z bazą. Po kilkudziesięciu minutach dołączył do nas Siergiej Pencow z sąsiedniego teamu. Był zmęczony i jakiś nostalgicznie smutny.Chyba obawiał się o swoich kolegów, którzy byli jeszcze daleko od wierzchołka. Szaleństwo zdjęciowe dobiegło końca i przyszedł czas na pożegnanie się ze szczytem.


Na górze został, Siergiej czekając na Carlosa i Igora. Schodziliśmy szybko. Byle do lin poręczowych. Po nich, jak po sznurku, do namiotu. Byle zdążyć przed zmrokiem. Udało się. Około siódmej siedzieliśmy w namiocie. Rosjan ani widu ani słychu. Po zmroku wiatr zaczął hulać z mocą huraganu. Niepokój o Rosjan sięgnął zenitu. Siergiej zmęczony i wychłodzony dotarł około dziesiątej wieczorem. Gdzie są pozostali? W górze przez tumany zdmuchiwanego wiatrem śniegu widać było nikłe światełko. Szli. Zmęczenie wprowadziło nas w półsenny letarg. Może dlatego nie zarejestrowałem w pamięci momentu dojścia Carlosa do namiotu obozu IV. Podobno wymamrotał tylko: „Igor został i będzie biwakował” i padł półprzytomny ze zmęczenia. On spał, a na łączach między naszym obozem a bazą aż się gotowało.

Całą noc trwały gorączkowe narady. Co robić? W czwórce sami zmęczeni ludzie, którzy nawet z tlenem nie zaszliby daleko, na zewnątrz zamieć i silny, lodowaty wiatr. Szanse Igora i tak nikłe spadały z minuty na minutę. Świadomość tego odbierała nam sen i jakąkolwiek satysfakcję z wejścia na wierzchołek. Rankiem, bardziej łudząc się niż myśląc racjonalnie, czekaliśmy wbijając oczy w stok powyżej obozu. Żadnych śladów. Wreszcie przyszedł czas na zejście do bazy. Wzroku schodzącego jako ostatni Siergieja nie zapomnę do końca życia. Tam w dole już nie czekały namioty. Bazy już nie było. Zostali tylko Krzysztof i Doktor. Czekali do końca. Aż dojdziemy cali i zdrowi do namiotów rosyjskiej bazy. Tak kończyły sie dla nas dwa szczytowe dni. Dni trudu, satysfakcji, strachu i żalu. Wryły mi się w pamięć na zawsze.  

 

 

 

Ryszard Pawłowski i Piotr Pustelnik. Fot. arch. R. Pawłowski


                                        Piotr Pustelnik

 

10 sierpnia 1996, Krzysztof Wielicki, Marco Bianchi i Christian Kuntner
14 sierpnia 1996, Ryszard Pawłowski, Piotr Pustelnik, Siergiej Pencow

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com