facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2012-05-29
 

Petzl Roc Trip w Chinach

W dniach 26-30 października 2011 roku mała wioska Getu położona w prowincji Guizhou na południu Chin stała się świadkiem niesamowitego wydarzenia wspinaczkowego. Miejscowość licząca niecałych trzystu mieszkańców przeżyła w tych dniach najazd ponad tysiąca wspinaczy. 
Wśród przybyłych nie zabrakło najsławniejszych wymiataczy z całego świata, takich jak Lynn Hill, Dani Andrada, Chris Sharma, Sasha DiGiulian, Enzo Oddo i wielu innych równie silnych. Wszystko to pod szyldem Petzl Roc Trip Getu 2011. Do czasu tego wydarzenia zamieszkująca tę okolicę mniejszość narodowa nie miała pojęcia, że okoliczne góry i skalne turnie, które od zawsze były wyklinane przez lokalnych rolników, jako że nie pozwoliły wyrwać się im ze skrajnej biedy, mogą być cenne i ciekawe dla takiej liczby ludzi.
 


Dani Andrada i Ramiro Calvo na ósmym wyciągu (8a+) imponującej drogi Corazon de Ensueno 8c, Great Arch. Fot. Sam Bie
 
Nietypowy trip
 
Firma Petzl ma doświadczenie organizacyjne i niesamowity zespół profesjonalnych wspinaczy. Następny z cyklu Petzl Roc Tripów mógł być dla nich rutyną i łatwym sukcesem. Relatywnie proste byłoby zebranie grupy sponsorowanych przez tę firmę sportowców w jakimś oryginalnym miejscu na świecie i umożliwienie im wspólnej wspinaczki. Reklama praktycznie zrobiłaby się sama, bo wyniki wspinaczkowe na pewno byłyby przełomowe. W 2011 roku zdecydowano sie jednak na coś całkiem innego, nowatorskiego, kosztownego i niezwykle trudnego.

Erwan Le Lann, główny organizator, zaczął przygotowania już dwa lata przed samym wydarzeniem. W planie było odnalezienie gdzieś w Azji całkowicie nowego rejonu wspinaczkowego o dużym potencjale i skale dobrej jakości. Rzecz niemożliwa w Europie tutaj okazała się dość łatwa i w rezultacie trzeba było wybierać pomiędzy kilkoma krajami, między innymi Indiami, Laosem i Chinami. Padło na Chiny i mimo że nie było łatwo, to teraz, gdy emocje już opadły, nikt nie żałuje tego wyboru.
 


Miejsowy rolinik podczas codziennych czynności. Fot. Sam Bie
 
Jak powstaje nowy rejon wspinaczkowy?
 
Potrzeba na to trzech wypraw, przynajmniej trzydziestu profesjonalnych ekiperów, sporej pomocy lokalsów, tysiąca boltów i innego rodzaju sprzętu, a ponad to wszystko pozwolenia władz prowincji i miasta. Zacząć więc trzeba było wcześnie. Pierwsza grupa zagraniczniaków trafiła do Getu w listopadzie 2010 roku. Dla małej, chińskiej wioski i jej mieszkańców było to niesamowite wydarzenie, ponieważ do tej pory miejsce żyło z dala od turystycznych atrakcji sąsiednich prowincji, a „biały” człowiek nigdy wcześniej nie zapuszczał się w te strony. Dla przybyłych wspinaczy szok okazał się nawet większy, bo usytuowana w górach wioska, zamieszkała przez mniejszość narodową Miao, daleka była od europejskich standardów. 
 
Ambasadorzy wspinania wzięli więc na swoje barki ciężar konfrontacji z brakiem ubikacji i pryszniców, rozpoznania szkodzących obcokrajowcom dań oraz jako pierwsi zetknęli się z lekko dziwnymi lokalnymi obyczajami. Wiele z tych różnic kulturowych okazało się nie do przeskoczenia, a cierpiały na tym głównie wyniki prac ekipierskich. Rozstrój żołądków nie pozwolił na przykład na otwieranie dróg wielowyciągowych, mimo że wielki skalny łuk – główny z sektorów – takimi liniami korcił. Do grudnia powstało wiec „tylko” siedemdziesiąt dróg (w tym dwie polskie).
 
Wiele z nich było wyjątkowych, ale łatwo można było się przekonać, że potencjał na prowadzenie nowych linii został jedynie nadszarpnięty. Przygotowano więc drugą wyprawę, na którą przyjechało więcej ludzi, zorganizowano więcej sprzętu, a co najważniejsze – przekonano lokalny rząd, że tak duża impreza to dobry krok dla przyszłości wioski, co pociągnęło za sobą pewne zmiany. Gdy w marcu tego samego roku przyjechała następna grupa wspinaczy z Europy, wszystkie budynki miały dobudowane dodatkowe piętro, do kuchni zawitały potrawy wykluczające larwy, chrząszcze, kurze głowy i mięso z psa. Zamontowane zostały filtry do wody.
Zmiany były względnie nieduże, ale pozwoliły na poprowadzenie nowych stu pięćdziesięciu wyciągów w ciągu dwóch tygodni.
 


Nie tylko biały wapień można było spotkać. Fot. Sam Bie

Profesjonaliści każdego ranka otwierali coraz to ambitniejsze linie. „Od dołu” powstawały drogi o trudnościach do 9a i kilka wprost zapierających dech w piersiach wielowyciągowych ekstremów. Każdy miał projekt i każdy był w stanie działać indywidualnie. Tutaj przydała się więc pomoc lokalnych wspinaczy. Obijanie i eksploracja brzmią dla wielu bardzo romantycznie, ale szczególnie tym razem wiązało się to z wielkimi nakładami żmudnej pracy.

Główny rejon wspinaczkowy był niesamowity i od samego początku to właśnie w „Great Arch” skupiona była większość prac. Niestety, nic nie jest idealne. Skała wewnątrz łuku pokryta była grubą warstwą pyłu. Każdy chwyt, ba, całą drogę i jej okolice trzeba było porządnie wyszorować, zanim można było chociażby próbować przejścia. Problem stanowiło jeszcze asekurowanie, wnoszenie sprzętu czy torowanie dojść pod ściany. W tym wszystkim pomagali lokalni wspinacze i na pewno ich udział w tworzeniu tej imprezy jest duży.
 
Ostatni raz grupa ludzi z wiertarką odwiedziła Getu tuż przed samym festiwalem. Łącznie w piętnastu rejonach powstało dwieście pięćdziesiąt wyciągów. Można wybierać, bo drogi wahają się od łatwych czwórek do 9a. W ciągu roku powstał nowy, światowej jakości rejon wspinaczkowy.

Całość artykułu znajdziecie w GÓRACH, nr 3 (214) marzec 2012.

Tekst: Ola Przybysz
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com