facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2013-02-04
 

Jerzy Surdel o „Odwrocie”, filmie górskim i wspinaniu

"Odwrót" to legenda filmu górskiego, pomimo upływu czasu nadal uważany jest za wzór kina górskiego. O „Odwrocie”, filmie górskim i wspinaniu przeczytacie w wywiadzie Andrzeja Mirka.
„Odwrót” jest dla mnie wzorem kina górskiego i po czterdziestu czterech latach od powstania nie tylko się broni, ale jest swego rodzaju  prztyczkiem dla młodych twórców. Chciałbym więc dowiedzieć się, jakie były założenia twórców filmu.

Miło mi to słyszeć. „Odwrót” powstał na przełomie marca i kwietnia 1968 roku. Był moim dyplomem w Łódzkiej Szkole Filmowej. Miałem szczęście zrobić go już na trzecim roku, a przypomnę, że studenci często czekali po kilka lat na taką możliwość albo realizowali dyplom latami, na raty...

Postanowiłem zrobić film z pogranicza fikcji i dokumentu. Wymyśliłem prostą fabułę, w której bohater przeżywa autentyczne zagrożenie, ból, strach, zmęczenie. To wszystko, w sposób dokumentalny, miała rejestrować kamera. Moim głównym założeniem było także sięgnięcie do źródeł filmu jako gatunku – czasu, kiedy obraz był jedynym nośnikiem narracji, a emocje budowała improwizowana podczas projekcji muzyka. Założyłem więc, że będzie to obraz bez komentarza i dialogów. Warstwę dźwiękową miały tworzyć jedynie efekty przestrzeni, sprzętu i sugestywna muzyka. Zaplanowałem również, że część filmu będzie kręcona w słońcu, a część przy złej pogodzie. Zdjęcia odbywały się w rejonie Morskiego Oka. Ale jest to przestrzeń
syntetyczna, złożona z wielu fragmentów topografii tego obszaru. Scenerię znałem na pamięć. Byłem we wszystkich tych miejscach w poprzednich latach, wspinając się o różnych porach roku.

Z kim pracowałeś nad projektem?

Ze znakomitym partnerem-operatorem, który także był miłośnikiem gór – Zbyszkiem Kaliniewiczem. To jego kadry zadecydowały o urodzie „Odwrotu”. Mieliśmy wiele dalszych projektów. Najbliższym miała być seria reportaży z wyprawy do Etiopii. Niestety, Zbyszek zginął tragicznie w pierwszych jej tygodniach, kilka miesięcy po nakręceniu „Odwrotu”. W maju następnego roku, na Międzynarodowym Festiwalu w Trento, został pośmiertnie uhonorowany nagrodą dla najlepszego operatora Festiwalu.



Autoportret na biegunie. Fot. Jerzy Surdel
 
Do napisania muzyki namówiłem Zygmunta Koniecznego. Przypomnę, że był to jego debiut w muzyce filmowej. Konieczny komponował wtedy piosenki dla Ewy Demarczyk i kabaretu Piwnica pod Baranami. Znaliśmy się już parę lat, więc dał się namówić, choć miał pewne opory. Muzyka powstała do zmontowanego już obrazu. Nagrywaliśmy ją w kościele ewangelickim w Łodzi. Wokalizy śpiewał Jurek Cnota, który pechowo został pominięty w czołówce. Wszędzie, gdzie pokazywałem „Odwrót”, pytano, czy można kupić płytę z muzyką. Niestety, nie można. Szkoda, Zygmuncie...

Czy twoim zdaniem „Odwrót” można nazwać dokumentem, mimo że nie pokazuje autentycznych wydarzeń?

Spór o definicję dokumentu filmowego trwa od początku istnienia filmu. Na dobre rozgorzał w latach 20. ubiegłego stulecia. Stało się to za sprawą dwóch twórców. Amerykanin Robert Flaherty zrealizował w 1922 roku godzinny dokument o życiu Eskimosów na północy Kanady – „Nanook of the North”. Zdjęcia trwały prawie rok, a wiele scen było reżyserowanych. W tym samym czasie, w Rosji Sowieckiej działał wybitny teoretyk i realizator, Dżiga Wiertow. W latach 1922–1924 kierował on eksperymentatorską grupą Kino-Oko, wydającą między innymi pismo „Kino-prawda”. Eksperymentował formalnie na surowym materiale dokumentalnym, wydając agitacyjne kroniki filmowe. Nie dopuszczał inscenizacji, negował nawet konieczność istnienia fabuły. Te dwa style dokumentu przetrwały do dziś. Istnieją w kinie i w telewizji, w rozmaitych układach i proporcjach.

Moje ostatnie filmy z wypraw polarnych Marka Kamińskiego są tego doskonałym przykładem. „Dwa Bieguny w jednym roku – Antarctica” zrobiłem prawie całkowicie na zasadzie rekonstrukcji. Już z samego założenia tej wyprawy – „samotnie i bez wspomagania” – wynikało, że mogłem być na biegunie tylko na jej początku i na końcu. Towarzyszyłem więc Kamińskiemu tylko kiedy trenował i przygotowywał się, a także kiedy startował i dochodził do bieguna. Bardzo liczyłem na nakręcony przez niego materiał, bo Marek – namówiony przeze mnie – zabrał ze sobą dobrą kamerę. Niestety, okazało się, że po paru kilometrach zostawił ją w śniegu, bo była zbyt ciężka. Nie miałem wyboru. Po powrocie do bazy w Patriot Hills na podstawie jego opowieści rekonstruowaliśmy przebieg całej wyprawy w podobnej scenerii. Mimo to, na jednym z festiwali filmów dokumentalnych „Antarctica” zdobyła Grand Prix.



Na planie „Odwotu”: Stanisław Jaworski, Jacek Rusiecki i Jerzy Surdel. Fot. arch. Jerzy Surdel

Rok później Kamiński podjął próbę samotnego przejścia całej Antarktydy. Tym razem zabrał lżejszą kamerę. Każdego dnia relacjonował do niej swoje myśli i przeżycia.

Stała się jego konfesjonałem... Po powrocie z bieguna oglądałem wiele godzin materiału i w konsekwencji, koniecznych rekonstrucji było niewiele – najwyżej dziesięć procent. Powstał mocny film: „Trzeci Biegun – Przerwana Wyprawa”, który zdobył Grand Prix na festiwalu polskich filmów dokumentalnych w Kielcach. Wydaje mi się więc, że tę definicję każdy filmowiec buduje dla siebie. Ważne, aby była spójna z tematem filmu. Są bowiem sytuacje, gdzie kamera nie ma szans, aby być uczestnikiem wydarzenia. Wtedy ma się prawo odtworzyć je w podobnej scenerii, w analogicznych warunkach, z tymi samymi bohaterami, a ich reakcje i emocje muszą być prawdziwe. Autentyczny strach, ból, zmęczenie... Nieco inaczej sprawa wygląda w filmie wspinaczkowym, gdzie kamera nierzadko rejestruje wyczyn lub eksplorację. Często jest to jedyny dokument mający wymiar nie tylko artystyczny, ale i sportowy, niosący konsekwencje współzawodnictwa i klasyfikacji. Wtedy ukryta rekonstytucja może mieć
znamiona oszustwa.

Skąd się wziął pomysł na „Odwrót”?

Pomysł zrodził się już rok wcześniej. Studenci drugiego roku reżyserii robili swój pierwszy film szkolny – mały dokument. Miał on trwać około pięciu minut, a ze względu na skromny budżet – miał być niemy i realizowany w Łodzi albo najbliższej okolicy. W tym czasie Szkoła posługiwała się tylko sprzętem profesjonalnym 35 mm, tak jak w filmie fabularnym – a nie zadomowionym już w telewizji, wielokrotnie tańszym formatem 16 mm – więc produkcja była niebywale kosztowna.

Wtedy jeszcze nie istniała rejestracja wideo. Operatorami byli koledzy z trzeciego roku wydziału operatorskiego. Właśnie tam studiował znany mi z gór Zbyszek Kaliniewicz. Było więc oczywistym, że wybrałem właśnie jego. Tym bardziej że od dawna marzył mi się film związany z górami. Razem postanowiliśmy przełamać schemat i kręcić poza Łodzią, i to w najtrudniejszych warunkach, nie pięciominutowy, lecz dziesięciominutowy i nie niemy, a udźwiękowiony. Wymyślona fabuła była prosta: dwóch niemłodych już taterników wspina się w kiepskiej, zimowej pogodzie na tatrzańskiej ścianie. Po wielu trudnościach dochodzą do miejsca, gdzie jeden z nich odpada. Z trudem wraca do asekurującego kolegi. Na tym film się kończy.

Nie wiemy, czy i jak został poszkodowany w wypadku...

Zdjęcia odbywały się w mroźne dni stycznia i lutego 1967 roku w Morskim Oku. Udało mi się zdobyć pomoc Klubu Wysokogórskiego, który specjalnie zorganizował obóz dla ludzi pomagających przy kręceniu – chodziło o założenie poręczówek, transport sprzętu itd. W ten sposób film, zatytułowany „Dwóch”, powstał częściowo prywatnymi środkami. Wiele sprzętu niezbędnego dla zdjęć zdobyliśmy własnymi kanałami. Obraz otrzymał w PWSTiF najwyższą ocenę.

Już wtedy zarysowała się koncepcja „Tryptyku tatrzańskiego”. Pomyśleliśmy, że każdy następny film powinien zaczynać się od momentu, w którym zakończył się poprzedni, ale niekoniecznie musiał być utrzymany w tej samej poetyce... Tak właśnie zaczyna się „Odwrót”.

Kilka lat później powstała także trzecia część – „Akcja”.

Niestety, już bez Kaliniewicza. Zrealizowałem go w WFD. Zdjęcia odbywały się w marcu 1972 roku na Kazalnicy, brała w nich udział prawie cała grupa zakopiańska GOPR. Jest to reportaż z akcji ratunkowej po rannego taternika. Kręciliśmy w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. W czasie podejścia na Czarny Staw lawina porwała kilku goprowców i przysypała Franka Spytka. Na szczęście udało się go szybko odkopać...

Wysoka ocena „Dwóch” nasunęła mi śmiały pomysł. Wiedziałem, że najważniejszy festiwal filmów górskich odbywa się co roku w Trento, w Italii. Postanowiłem pokazać tam mój obraz. Wtedy nie było łatwo uzyskać zgodę celną na wysłanie paczki za granicę. Ale udało się. Kopia dotarła na Festiwal, gdzie był już oficjalny zestaw Filmu Polskiego. W miesiąc później przeczytałem powtarzaną w gazetach notatkę PAP-u: „Polski film „Dwóch” otrzymał w Trento nagrodę UIAA za najlepszy film alpinistyczny...”. W związku z nagrodą dla „Dwóch”, na fali sukcesu złożyłem w wytwórni Semafor scenariusz „Odwrotu”. Przyjęli bez zastrzeżeń. W marcu pamiętnego 1968 roku, z profesjonalną ekipą wyjechałem do Morskiego Oka. Tam wszystko poszło zgodnie z planem.



Fot. arch. Jerzy Surdel

Zdjęcia skończyły się w kwietniu, a w lipcu film był zmontowany i udźwiękowiony. W kinach pokazywano go razem z filmem Zanussiego – „Struktura kryształu”. Rok później pojechałem, już oficjalnie, do Trento, gdzie odebrałem „Złotą Gencjanę”. Dostałem jeszcze kilka nagród na innych festiwalach. Film Polski sporo na nim zarobił, bo jako film bezdialogowy mógł być prezentowany w każdej telewizji. I tak było.

Nawet na planie nie wszystko idzie według planu :-). Były jakieś nieprzewidziane wydarzenia w czasie kręcenia filmu?

Oczywiście. Zdarzały się rzeczy nieprzewidziane. Jest w filmie ważna scena, w której bohater, Samek Skierski, wpada do szczeliny lodowej. Wiem, że w Tatrach nie ma szczelin, ale wtedy, po zejściu dużej lawiny z Białczańskiej Przełęczy na Czarny Staw, lód się załamał i powstała. To pęknięcie miało ponad cztery metry głębokości. Musiałem to wykorzystać.

Inną, dla mnie dosyć zabawną z początku historią, było to, że Zbyszek Kaliniewicz zakochał się poważnie w Wandzie Rutkiewicz i wymyślił sobie, że my razem coś tam... Co było bzdurą absolutną, bo od lat się tylko przyjaźniliśmy. Przestało to być zabawne, kiedy w trakcie kręcenia filmu, w czasie wichury Zbyszek wyszedł w nocy i zniknął. Zdjęcia opóźniły się o dzień. To była już poważna forma jego protestu. Przypomnę, że Wanda Rutkiewicz, Tadeusz Piotrowski, Jan Kiełkowski, Jacek Rusiecki i wielu innych kolegów, których nazwisk już nie pomnę, należeli do grupy „porterów” – nosili sprzęt i pomagali na planie. Dobrze było wtedy mieszkać w Moku i jeszcze nieźle zarabiać. Płaciła produkcja.

A jak wyglądała historia powrotu „Odwrotu”?


To jest już historia anegdotyczna. Pewnej listopadowej nocy zadzwonił do mnie Józef Nyka z gratulacjami za zdobycie Grand Prix na Banff Mountain Film Festival. Pomyślałem, że żartuje, bo nigdy żadnego filmu tam nie wysyłałem, tym bardziej „Odwrotu”, który miał już wtedy trzydzieści siedem lat. Nazajutrz, gdy odezwały się inne telefony, wszedłem na stronę festiwalu w Banff i dowiedziałem się, że od dawna nie żyję, a ostatnia kopia filmu została uratowana z pożogi stanu wojennego i pokazana na festiwalu. Amerykanin litewskiego pochodzenia, Alex Bertulis, wydał rzekomo dziesięć tysięcy dolarów na rekonstrukcję filmu. Kiedy zatelefonowałem do Banff i zapytałem, jak mogę odebrać nagrodę, nastąpiła cisza – chyba konsternacja. Jeszcze tego samego dnia zaczęli dzwonić dziennikarze. Radio Kanada zrobiło ze mną wywiad na żywo. Pieniądze dostałem, ale statuetki już nie, bo ów człowiek, który „uratował” film, stwierdził, że mu się rozbiła.

W jaki sposób film znalazł się w jego rękach?


Bertulis był alpinistą. W 1980 roku uczestniczył w polskiej wyprawie na Dhaulagiri gdzie, jako filmowiec, znalazł się Marek Piestrak, mój kolega ze szkoły filmowej, który również się wspinał. Tam się poznali. W 1982 roku odwiedził Piestraka w Warszawie i poprosił go, żeby pokazał mu jakieś filmy alpinistyczne.

Piestrak wyświetlił wtedy „Odwrót”, który wywarł na Amerykaninie takie wrażenie, że postanowił go kupić. Nie było problemu. Następnego dnia poszli do Filmu Polskiego, gdzie film sprzedano – z licencją na 10 lat. Przez kilkadziesiąt lat prezentował go na tak zwanych konferencjach, czyli komercyjnych projekcjach na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. Zapewne wtedy stworzył legendę o uratowaniu ostatniej kopii i śmierci autora. Ponieważ nikt nigdy tego nie zakwestionował, poszedł krok dalej: wysłał film na festiwal do Banff. I rzeczywiście wygrał. Otrzymał statuetkę i czek na 10 000 $. Dalej już wiesz...

Czyli to zwykły mistyfikator?

Delikatnie mówiąc. Ale z fantazją.

Poniósł jakieś konsekwencje?

Nie mam pojęcia, nigdy go nie poznałem. Ale nie mam do niego żalu. Dzięki tej aferze ludzie przypomnieli sobie o filmie i później był jeszcze pokazywany w paru miejscach.

Powiedz, czy i jak „Odwrót” zaważył na twoim życiu?


Zaważył ogromnie. Był ważnym filmem w Trento. Festiwal trydencki ma długą historię, a jego znaczenie dla filmów o tematyce gór i eksploracji jest porównywalne z festiwalem w Cannes dla filmu fabularnego. Tam przyjeżdżają nie tylko realizatorzy, ale i producenci.

Wkrótce po sukcesie w Italii otrzymałem scenariusz i propozycję reżyserii filmu fabularnego o górach w USA. Sprawy potoczyły się w tempie iście amerykańskim. Niebawem dostałem bilety lotnicze do San Francisco – dla mnie i mojej żony, która miała zagrać ważną rolę. Zdjęcia rozpoczynały się za kilka miesięcy! I wtedy przyszedł kolejny list ze Stanów, z Aspen w Colorado, podpisany przez Normana Dyhrenfurta – legendarnego wówczas organizatora wypraw himalajskich. Proponował mi udział w międzynarodowej wyprawie na Everest i realizację filmu o tym wydarzeniu. Nie wahałem się ani chwili.

Pożegnałem miraż Hollywoodu i przystąpiłem do przygotowań. Miałem szansę być pierwszym Polakiem dotykającym Szczytu Świata! I tak też się stało. Wyprawa nie odniosła jednak sukcesu. Tytuł filmu wyprodukowanego przez BBC – „Surrender to Everest” – oddaje jej przebieg. Moją drobną satysfakcją przywiezioną z Everestu był krótki czas, kiedy byłem Polakiem, który doszedł najwyżej i spora, jak na owe czasy, suma honorarium za film.

Tak to się zaczęło. Wszystko, co wydarzyło się później w moim życiu, było konsekwencją tamtych wydarzeń. Zostałem uznany za specjalistę od realizacji filmów górskich i eksploracyjnych. Wkrótce mogłem pojechać na następną wyprawę w góry najwyższe, bo kolejne zaproszenie otrzymałem z Iranu. Nie pojechałem – byłem już zajęty przygotowaniami do trzeciej części „Tryptyku tatrzańskiego” – „Akcja” zdobyła kilka wyróżnień i nagrodę za muzykę Zygmunta Koniecznego. Potem, już każdego roku, otrzymywałem propozycje realizacji filmów wyprawowych. Czasami musiałem odmawiać, wybierać między projektami himalajskimi a wyprawami w rejony egzotyczne i odległe. Poznawanie świata też było moją pasją...

Rozmawiał Andrzej Mirek

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRach nr 219 (sierpień, 2012)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
MaSki
Taaak...niezapomniana rola Samka. Zginął kilka miesięcy później na wsch. ścianie Mont Blanc w lawinie seraków.

Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com