facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-08-24
 

Jasiu „Paker” Krajewski: między granitem, piaskowcem i wapieniem

Problem mojego pierwszego wspinaczkowego wyjazdu w Sokoliki polegał wówczas na tym, że musiałem jakoś ominąć godzinę policyjną, kiedy nie można było pojawiać się na ulicy przed szóstą rano. Szkopuł w tym, że optymalny pociąg do Trzcińska wyjeżdżał z Wrocławia o godz. 5:35.

ZACZNIJMY SCHEMATYCZNIE, OD PYTANIA O POCZĄTKI TWOJEGO WSPINANIA. MOŻE UDA CI SIĘ NA NIE ODPOWIEDZIEĆ, UNIKAJĄC SCHEMATÓW?


Każdemu, kto zdecydował się w życiu na podjęcie wspinaczkowego trudu, początki tej niepoprawnej względem norm społecznych drogi kojarzą się zazwyczaj z rytualnym aktem pierwszego przewiązania się liną. Ten szczególny moment w procesie inicjacji jest chyba jeszcze bardziej obecny dziś, gdy na każdego nowicjusza zjawiającego się na panelu czeka bezpiecznie podwieszona lina, uprząż oraz zestaw podstawowych porad, przekazywanych ochoczo przez dobrze przygotowanego do komercyjnych działań instruktora.

Ja jednak miałem szczęście rozpoczynać swoją przygodę ze wspinaniem w czasach, gdy solidna lina niekoniecznie była atrybutem każdego wspinacza. Również o panelu z kolorowymi chwytami mogliśmy wtedy pomarzyć jak o locie na księżyc. Realne za to były z pewnością loty na glebę, gdyż dopiero później nadeszły czasy rozkwitającej mody na buldering z materacem. Wtedy wspinać należało się przede wszystkim jak najwyżej, czyli jak najdalej od bezpiecznego podłoża ziemi.

W KOŃCU JEDNAK ZWIĄZAŁEŚ SIĘ LINĄ?

Gdybym za swój premierowy punkt wspinania miał uznać inauguracyjne owinięcie się prawdziwym „bezalinem” w pasie, to chwila ta przypada akurat na czas burzliwych początków stanu wojennego. Problem mojego pierwszego wspinaczkowego wyjazdu w Sokoliki polegał wówczas na tym, że musiałem jakoś ominąć godzinę policyjną, kiedy nie można było pojawiać się na ulicy przed szóstą rano.

Szkopuł w tym, że optymalny pociąg do Trzcińska wyjeżdżał z Wrocławia o godz. 5:35. Kolejny, pospieszny o 6:15, nie zatrzymywał się na docelowej stacji. Niektórzy decydowali się wtedy na skoki z pociągu, który tuż za Trzcińskiem nieco zwalniał przed tunelem. Ja jednak wolałem udawać kaskadera na skale zamiast pod kołami. Wyjeżdżając z Wrocławia o 6:15, mogłem jednak dojechać do Janowic, skąd blisko już do Skalnego Mostu. Ta efektowna turnia nie była mi obca, ale po raz pierwszy miałem w końcu sposobność przywiązać się do bezpiecznie zainstalowanej wędki. To był luty, pod skałą leżał jeszcze śnieg, ręce marzły, a mimo to wspinanie potwornie mi smakowało.

Nie była to jednak moja pierwsza w życiu wspinaczka z asekuracją górną, gdyż jakiś tydzień wcześniej razem z moim partnerem pierwszych górskich eskapad, Wiktorem „Wikim” Podlaskim, wybraliśmy się ze świeżo zakupioną liną pod szczyt Ślęży, na podbój naszej pierwszej skałki.



Na drodze 7a+ w Buoux, 1989. Fot. arch. Janusz Krajewski

A CO TO BYŁA ZA LINA?


Siedmiomilimetrowa polska zjazdówka (tak słodko pachniała..., nigdy nie zapomnę tego zapachu nowych polskich lin z Bielska – westowe liny nigdy nie miały dla mnie tak szczególnego aromatu). Może wydać się dziwne, że do celów wspinaczkowych kupiliśmy sobie linę zjazdową. Jednak miała ona aż osiemdziesiąt metrów długości, a lina asekuracyjna o połowę mniej. Taki wybór wydał się nam więc zdecydowanie korzystniejszy.

Jednak po wyjęciu owej nowiutkiej linki z plecaka, zamiast się wspinać, straciliśmy ze dwie godziny na jej rozplątywanie. W końcu zainstalowaliśmy swoją pierwszą wędkę, do czego posłużył nam kawałek krzaczka i... sznurka do wieszania bielizny. Sama lina jakiś tam fabryczny test posiadała, ale pętla... na pewno w zamierzeniu producenta nie miała służyć obciążaniu przez ludzi. Jednak szczęśliwie przeżyliśmy ten pierwszy wspin.

Jeśli uznać ów sznurek od bielizny za prowizoryczną linę, to początek mojego wspinania trzeba by przesunąć prawie o rok wcześniej. Pięciometrowy kawałek sznurka stworzył w tym czasie na tyle duże pozory bezpieczeństwa, że wraz ze wspomnianym już „Wikim” dotarłem na sam szczyt Skalnego Mostu. To była, i jest do dziś, wybitna turnia, a jednak zdobyliśmy ją wtedy bez sztucznych ułatwień i całkowicie na żywca. Ów sznurek posłużył nam jedynie do „bezpiecznego” opuszczenia skalistego szczytu.

ZACZĄŁEŚ DOŚĆ NIETYPOWO – OD ŚLĘŻY. JAKIE REJONY ODWIEDZIŁEŚ PÓŹNIEJ?

Wyjazd na Ślężę był naszym preludium, lecz prawdziwego wspinaczkowego bakcyla połknęliśmy na skalnych urwiskach w okolicy romantycznych ruin zamku Grodno. Od tej pory nie przepuściliśmy już żadnej skałce – trwało to cały rok. W tym okresie dotarliśmy również w Sokoliki, zdobywając tam, kompletnie bez sprzętu i jakiegokolwiek przeszkolenia, takie skały jak Mały Sokolik, Sukiennice (bynajmniej nie Łasiczkami), no i wspomniany wcześniej Skalny Most. Niestety, nie udało nam się dotrzeć do samych szczytów Krzywej i Jastrzębiej Turni, mimo iż obaj atakowaliśmy je dzielnie. W czasie wakacji odwiedziliśmy również Jurę, gdzie naszym łupem padła między innymi Wysoka w Rzędkach i jakaś całkiem pokaźna turnia stojąca w lesie nieopodal zamku w Morsku, pod którym rozbiliśmy nasz mały namiocik.



Poranny Spacerek VIIIc na Szczelińcu, luty 2011. Fot. arch. Janusz Krajewski

WSPINAJĄC SIĘ TRZYDZIEŚCI LAT TEMU, NIE SPOSÓB BYŁO UNIKNĄĆ KONTAKTU Z RÓŻNEGO RODZAJU INSTYTUCJAMI. JAK TO BYŁO W TWOIM PRZYPADKU?

Tak się akurat złożyło, że wszedłem we wspinanie na początku lat 80., więc siłą rzeczy i ja musiałem popaść w ówczesny schemat pojmowania tego sportu. Polegał on na następującym stereotypie: w skałkach należy ćwiczyć przed Tatrami, w Tatrach trzeba doskonalić się przed Alpami, a w Alpach człowiek wprawia się przed Himalajami. Na początku i ja nie myślałem inaczej, ale po trzech tatrzańskich sezonach (letnich i zimowych) i po pobycie w Alpach zacząłem odczuwać pewien dyskomfort. Bo prawda była taka, że nigdzie mi się tak fajnie i radośnie nie wspinało jak właśnie w skałkach. Ale niestety, Nowa Fala, mimo iż od dłuższego czasu święciła triumfy pod Krakowem, nie docierała jeszcze w Sokoliki.

Minęło więc parę dobrych lat, nim zdefiniowałem, jakim wspinaczem chcę być naprawdę. Można więc rzec, że w tej trwającej ponad rok drodze, na której prędzej czy później musiały pojawić się wrota najprawdziwszego klubu wysokogórskiego, Natura testowała nas, chcąc sprawdzić, czy aby na pewno nadajemy się na prawdziwych wspinaczy. Test ten przeszliśmy całkiem pozytywnie, ale na pierwszym spotkaniu we wrocławskim KW poszło nam niestety trochę gorzej. Najpierw była radość – wydawało się, że zjawiliśmy się tu w samą porę, gdyż właśnie rozpoczynał się nowy kurs skałkowy. Jednak po chwili raptownie pojawił się smutek, bo nagle uświadomiono nas, że na kurs przyjmowano jedynie turystycznych pogromców Tatr, a my w Tatrach... nigdy nie byliśmy.

Tak oryginalny wymóg wydaje się dziś nie do wyobrażenia, gdyż tym sposobem brać instruktorska zapewne pozbawiłaby się automatycznie sporej części swoich wpływów. Jakoś nam do głowy wtedy nie przyszło, by wspomnieć choć słówko o tych kilku wybitnych turniach, które zdobyliśmy w Sokolikach i Rudawach. Ostatecznie też mogliśmy chociażby niewinnie oszukać, że my jednak po Tatrach chodziliśmy... No tak, ale chcieliśmy stać się alpinistami, więc chyba nie powinniśmy rozpoczynać swej kariery od zafałszowania prawdy. Niestety, następny kurs miał się rozpocząć dopiero za rok. Zadumani nad krzywdą, jaką zafundował nam los (bo czy może być coś gorszego niż coś dać, by po chwili zaraz to odebrać?), z łatwością daliśmy się namówić do... przerzucania ogromnej góry koksu. Nie była to może nasza wymarzona góra, ale przecież tak naprawdę zrobilibyśmy wtedy wszystko, by tylko uznano nas za zdolnych do stania się alpinistami.



Solowanie na płytach Jastrzębiej Turnii, Sokoliki 1986 rok. Fot. arch. Janusz Krajewski

W JAKI SPOSÓB TEN NIETYPOWY POCZĄTEK WPŁYNĄŁ NA DALSZY ROZWÓJ TWOJEGO WSPINU?

Nie bez przyczyny opisałem tu ze szczegółami swoje pierwsze wspinaczkowe kroki. Myślę, że sposób, w jaki wkraczałem w ten świat, ukształtował w dużym stopniu moje cechy osobowe jako wspinacza i w jakimś sensie wpłynął na charakter dalszej górskiej drogi. Nim trafiłem do grona ludzi oficjalnie nazywanych wspinaczami, nachodziłem się sporo po skałach bez liny, toteż później dość często i z dużą przyjemnością angażowałem swój umysł i mięśnie we wspinanie na żywca. Nie były to jakieś wybitne ekstrema, ale jednak drogi, które i dzisiaj pokonuje się głównie z asekuracją. Moje przyjazne nastawienie do żywcowania przyczyniło się też zapewne do tego, że łatwiej mi było polubić surowe zasady wspinania w piaskowcu. Dzięki istniejącym tam dość specyficznym regułom, wspinanie w piachach wydało mi się nawet w pewien sposób ciekawsze.

W dzisiejszych czasach raczej rzadko się zdarza, by ktoś zaczynał przygodę ze wspinaniem od urobienia setek metrów w skale na żywca. Współczesny kandydat zazwyczaj na dzień dobry wita się z panelem, gdzie ma gwarancję całkiem bezpiecznego wspinania. Takie komfortowe warunki na starcie, pozbawione w zupełności ryzyka, zapewne są bardzo korzystne dla zdrowia, ale w efekcie mało kto potem w skałach decyduje się na wspinanie pozbawione solidnej asekuracji. Nawet jeśli ktoś zostanie bulderowcem i nie skala się wiązaniem do liny, to i tak wraz z sobą przywlecze pod skałę mięciutki materacyk, co by go chronił przed upadkiem na glebę.

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRACH, nr 4 (203) kwiecień 2011.

Rozmawiał: Andrzej Mirek
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com