facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2004-03-10
 

Jacek Jasiński

Jak ważną dla Niego była Kazalnica, świadczy fakt, że przeszedł na niej ponad trzydzieści dróg i... został z nią związany NA ZAWSZE.


Jacek Jasiński "Półkmieć" - optymistyczny defetysta

Na "Planie" w Chamonix, lato 1992Z górami związany był od zawsze. Przez wiele lat mieszkał na Salwatorze. Jako dziecko wszystkie wolne chwile spędzał na zabawach na Błoniach lub w okolicach Kopców Kościuszki lub Piłsudzkiego. To właśnie pagórkowate otoczenie stanowiło wówczas Jego pierwszy górski świat. Tam chodził na wycieczki z ojcem, jeździł na rowerze, a zimą na sankach i nartach. Na wakacje wyjeżdżał do Mszany Dolnej, Rabki Zarytego, później do Bukowiny Tatrzańskiej. W Bukowinie Jasińscy mieszkali za każdym razem u tych samych górali, stając się z czasem z letników częścią ich rodziny. Do Bukowiny Jacek przyjeżdżał jeszcze w okresie studiów, najczęściej sam i na rowerze.
Tatry stały się bliskie Jego sercu jakieś czterdzieści lat temu. Być może miłość do gór zaszczepił Mu nauczyciel ze szkoły średniej, który chętnie zabierał swoją klasę na wycieczki w Tatry. W albumie zachowane są zdjęcia z dwóch takich eskapad – z 22 czerwca 1963 roku i 14–15 września 1964 roku. Z opisów znajdujących się na odwrotnej stronie zdjęć wynika, że już wtedy Tatry stawały się dla Niego ważne, a najbardziej fascynowała Go ich topografia.
A może źródeł fascynacji wspinaczką u Jacka należałoby poszukiwać nieco później i to w samym środowisku taternickim? Ojciec Jacka, Bronisław, był przez wiele lat księgowym w Kole Krakowskim Klubu Wysokogórskiego, a kuzyn, Piotr Jasiński (“Kmieć”), wspinał się i zaliczany był do najlepszych ówczesnych polskich taterników.
Drugą pasją Jacka było kolarstwo, które trenował w klubie sportowym Cracovia. Dzielił więc swoje zainteresowania między góry, a jazdę na rowerze. Czasem umiejętnie łączył obie dyscypliny. Mieszkając na wakacjach w Bukowinie, rowerem dojeżdżał do Wodogrzmotów czy Morskiego Oka, skąd odbywał piesze wycieczki. Gdy poznał wszystkie turystyczne możliwości poruszania się po Tatrach, postanowił samodzielnie pokonywać nieskomplikowane drogi taternickie.
Swoją wspinaczkową przygodę rozpoczął we wrześniu 1969 roku, pokonując samotnie i bez asekuracji pięć dróg w skali II. Podczas jednej z takich wspinaczek, było to przejście zachodniej grani Cubryny od Przełączki pod Zadnim Mnichem, 20 września 1969 roku spotkał Mariana Bałę, uczestniczącego wtedy w przejściu Grani Tatr. Marian, uznany już wówczas taternik, namawiał Go, aby zapisał się na kurs wspinaczkowy.
Zanim Jacek podjął decyzję o kursie, razem z Marianem Piekutowskim i Anną Gorczycą przeszedł Grań Apostołów oraz zimą grań od Szpiglasowego Wierchu do Ciemnosmreczyńskiej Przełączki – z Adamem Uznańskim i Markiem Zygmańskim (Belfegorem).
Na kurs skałkowy zapisał się w 1970 roku. Po zajęciach kursowych zawsze zostawał w skałkach, zresztą od tego roku spędzał w nich każdą wolną chwilę. Wspinał się ze swoim kuzynem Piotrem Jasińskim (“Kmieciem”), Markiem Kowalczykiem (“Stypą”), Andrzejem Heinrichem i wieloma innymi ludźmi, głównie z Klubu Wysokogórskiego. Najprawdopodobniej w tym okresie otrzymał ksywkę “Półkmieć”. Kurs tatrzański odbył między 2 a 13 sierpnia 1970 roku na Hali Gąsienicowej. Jego partnerami byli wówczas Elżbieta Lipowska i Wojciech Balcerzak.
Pierwsze samodzielne wspinaczki w TatrachTydzień później, wraz z kolegą z kursu, Bogusiem Mazurkiewiczem “Kikusiem”, pojechał do Morskiego Oka, aby tam sprawdzić, już samodzielnie, swoje umiejętności. Jak mówił “wyszkoleni byliśmy bardzo dobrze, może i za dobrze, gdyż zbyt gęsto asekurowaliśmy się i w związku z tym nie mogliśmy początkowo zmieścić się nawet w czasach przewodnikowych”.
Ta kursowa znajomość z Bogusiem przerodziła się nie tylko w partnerstwo górskie, ale prawdziwą przyjaźń trwającą do ostatnich chwil życia Jacka.
Zimą 1970/71 Jacek wspinał się w otoczeniu Morskiego Oka, później – w kwietniu 1971 roku – uczestniczył w obozie wspinaczkowym zorganizowanym przez KW Kraków w Dolinie Kieżmarskiej. Kolejne nowe doświadczenia – spanie zimą w namiocie i pierwszy nieplanowany biwak w Tatrach podczas przejścia północno-zachodniej grzędy Małego Kieżmarskiego Szczytu. Latem 1971 roku pokonał w Tatrach trzydzieści dróg. Wspinał się głównie w towarzystwie B. Mazurkiewicza. Obiektem ich zainteresowań były już drogi zaliczane do najtrudniejszych w Tatrach – na Małym Młynarzu, Młynarczyku, Galerii Gankowej.
Z roku na rok Jacek doskonalił swoje umiejętności. Każda pora była dobra na wyjazd w Tatry. Jak każdy w tamtych latach, marzył o Kazalnicy, z którą swoje siły zmierzył po raz pierwszy w 1972 roku (nie licząc wspinaczki zimowej drogą Korosadowicza w 1971 roku), robiąc wówczas wraz z Andrzejem Heinrichem nową, kontrowersyjną drogę – trawers ściany z wejściem na I turnię. Był to pomysł Andrzeja – jak się później okazało – bardzo cenny, gdyż ich drogę wykorzystywano przy akcjach ratunkowych. Dla Jacka była to przede wszystkim znakomita wspinaczka topograficzna – odbyta w towarzystwie nie tylko przyjaciela, ale również jednego z najlepszych ówczesnych znawców ściany. Jak ważną dla Niego była Kazalnica, świadczy fakt, że przeszedł na niej ponad trzydzieści dróg i... został z nią związany NA ZAWSZE.
Do swojego dorobku tatrzańskiego wciąż dopisywał kolejne drogi na Kazalnicy, Wołowej Turni, Małym Młynarzu, Mnichu, Zamarłej Turni, Kieżmarskim Szczycie, Jastrzębiej Turni, prowadzone latem i zimą.
Poza Tatry po raz pierwszy wyjechał w sierpniu 1973 roku. Został wówczas zakwalifikowany na wyjazd centralny ZG KW w Kaukaz (rejon Adył Su). Wspinał się tam z Kazimierzem Głazkiem i Adamem Zyzakiem, a największym ich osiągnięciem było dokonanie pierwszego polskiego przejścia drogi Kensickiego na północnej ścianie Piku Szczurowskiego.
Wielki Okap na  Filarze KazalnicyAlpy poznał Jacek dopiero rok później. W ramach wyjazdu centralnego ZG KW wyjechał w rejon Mont Blanc. Trochę dziwna kolejność – najpierw Kaukaz potem Alpy. Wynikała ona z braku pieniędzy na wysłanie ich w 1973 roku do Chamonix. Kaukaz, ze względu na ówczesną sytuację polityczną, był dla nas, Polaków, znacznie tańszy. Czy był to błąd taktyczny w karierze wspinaczkowej Jacka? Chyba nie, bo wspinaczka w doświadczonym zespole w Kaukazie zaprocentowała rok później w Alpach Francuskich. Przeszedł wówczas z Mikołajem Korneckim i Zbyszkiem Dudrakiem filar centralny północno-wschodniej ściany Les Courtes Wariantem Rebuffata. Było to pierwsze polskie przejście. Podczas tego wyjazdu wszedł z Jasiem Wolfem na wierzchołek Petit Dru drogą Magnona i wariantem Directe Americaine.
Latem 1975 roku, ponownie z ramienia PZA, wyjechał w Kaukaz, tym razem w rejon Bezingi. Wyjazd był owocny – nowa droga na Baszchaauzbaszy i pierwsze polskie przejście Drogi Simonika na Kosztantau (obie w zespole z Walkiem Fiutem, Andrzejem Posiewnikiem i Krzyśkiem Wielickim) oraz pierwsze polskie przejście wschodniej ściany Missestau, z nowym pięciowyciągowym wariantem, dokonane w zespole z Andrzejem Tarnawskim (Hrabią).
Ta ostatnia wspinaczka na całe życie zapisała się w pamięci Jacka. W zejściu uległ wypadkowi – spadł ze stanowiskiem zjazdowym. Jak mówił żartobliwie: “od tej chwili żyję na kredyt, bo przecież rzadko zdarza się mieć ze sobą swój hak zjazdowy”.
Jacek zawsze dobrze się asekurował, lecz po wypadku w Kaukazie Jego czujność na kwestie asekuracji stała się bardziej wyostrzona i tak pozostało do końca. Podczas każdej górskiej wspinaczki miał młotek i sprawdzał haki (szczególnie stanowiskowe), co najprawdopodobniej uratowało nam i zespołowi Jurka Farata życie w Dolomitach przy zejściu z Cima dell Elephante w 1994 roku.
To poważne traktowanie asekuracji przekazywał swoim kursantom, dążył nie tylko do nauczenia ich poprawnego asekurowania się, ale wręcz wytworzenia pewnych nawyków dotyczących asekuracji, co z powodzeniem Mu się udawało – Jego sukcesem było to, że żadna z wyszkolonych przez Niego osób nie zginęła w górach.
Instruktorem został za namową Andrzeja Heinricha w 1975 roku i najbardziej cenił sobie możliwość “terminowania” u Andrzeja. Od tego momentu Jacek zaczął dzielić czas spędzany w skałkach i górach na szkolenie i własne wspinanie. Szkolił w skałkach, latem i zimą w Tatrach, w Bergell i Dolomitach. Nie bał się wziąć adepta sztuki wspinaczkowej i wejść z nim w Kazalnicę, ściany Piz Badile czy Dolomitów.
Lubił szkolenie, mimo że zabierało cenny czas, który mógłby przeznaczyć na podnoszenie własnych umiejętności wspinaczkowych. Chętnie dzielił się swoją ogromną wiedzą i doświadczeniem. Dawał kursantom więcej niż jakikolwiek inny instruktor, wielu pomagał nawet po ukończeniu kursu, gdyż uważał, że początkującego wspinacza należy wspierać i służyć mu wszelką pomocą. Nie zawsze to doceniano. Nie dbał o to. Miał tylko żal do tych, w których “zainwestował”, a oni przestawali się wspinać.
Jako instruktor pracował na kursach organizowanych przez KW Kraków, AKA Kraków, KW Rzeszów, AWF Kraków, COS “Betlejemka”. Nie był w stanie zliczyć przeszkolonych osób, nawet nie pamiętał twarzy i nazwisk, chyba że krzyżowały się ich drogi wspinaczkowe.
Jego doświadczenie wykorzystywane było też podczas wyjazdów zagranicznych. Pełnił funkcje kierownika wyjazdu AKA Kraków w Alpy Francuskie w 1980 r., 1984, 1985 r., KW Kraków w Dolomity 1988, 1989, Bergell i Dolomity 1990 i wielu innych.
Jacek przez wiele lat należał do czołówki polskich taterników i alpinistów. W Tatrach dokonywał powtórzeń najtrudniejszych dróg i wytyczał nowe: na wschodniej ścianie Mięguszowieckiego Szczytu (1976), lewym ograniczeniu Raptawickiej Grani (1976), Kazalnicy, Mięguszowieckim Szczycie (nowa droga od siodełka na Filarze), Kościelcu (1977).
Podczas wyprawy w Pamir, 1977W 1977 roku wyjechał w Pamir. Chyba tam zrozumiał, czego naprawdę szuka w górach. Uświadomił sobie, iż istotą Jego alpinizmu będzie wspinanie się trudnymi drogami, wspinanie dla samego siebie, dla radości z wykonania technicznie trudnych ruchów, a nie wchodzenie na wysokie szczyty metodą oblężniczą, co przypominało Mu bardziej turystykę wysokogórską niż wspinaczkę, i to wykonywaną pod dyktando kierownika. Nie miał kłopotów z wysokością, bardzo dobrze aklimatyzował się, co potwierdził jeszcze w 1996 roku, kiedy samotnie wszedł na Cotopaxi (Ekwador).
Jeszcze rok później – latem 1978 – wziął udział w wyprawie KW Kraków do Afganistanu. Być może skusiły Go ściany Hindukuszu, w końcu bliskie środowisku krakowskiemu. Niestety ze względu na sytuację polityczną wyjazd musiał zrezygnować z planów wspinaczkowych – agresja Rosji na Afganistan i ostatnie dni szacha w Iranie. Udało im się tylko wejść na Demawend (5604 m) w górach Elburs w Iranie.
Jacek zawsze tak organizował czas, aby móc się wspinać. Wciąż były Tatry – wspinaczki letnie i zimowe: z Andrzejem Heinrichem, Markiem Kowalczykiem (Stypą), Mirkiem Dąsalem (Falkiem), Andrzejem Karstem (Teściem), Wojtkiem Szymenderą (Szymonem), szkolenie klubowe (skałkowe i tatrzańskie) i wyjazdy w Alpy Francuskie uwieńczone przejściem dróg: Major na wschodniej ścianie Mont Blanc, Baumont-Becker na Filarze Narożnym (I przejście polskie), Cassina na Filarze Walkera – wszystkie z Falkiem w 1980 roku, Poire na wschodniej ścianie Mont Blanc, Contamina na Petit Jorasses, Bonattiego na Petit Dru w 1981 r., Filar Gervasuttiego na Mont Blanc du Tacul, ponownie Filar Narożny tym razem drogą Bonatti-Gobbi w 1983, wyjazd centralny w Bergell w 1984, gdzie oprócz powtórzeń najcenniejszych dróg w tym rejonie, razem z Jasiem Świdrem dokonali I polskiego przejścia drogi Chiara na zachodniej ścianie Piz Badile. W 1985 roku, w ramach wyjazdu zorganizowanego przez AKA Kraków, przeszedł drogę Bonattiego na Centralnym Filarze Freney w zespole z Asią Derdą (obecnie Kozik) i Bogdanem Śmigielskim.
Chamonix, 1983W 1987 roku Jacek uczestniczył w obozie wspinaczkowym KW Kraków zorganizowanym w rejonie Mont Blanc, lecz od włoskiej strony (Courmayer). Niestety, fatalna pogoda uniemożliwiała podejmowanie poważnych wspinaczek w górach. Zniechęceni tym faktem wyjechali w Dolomity, traktując je jako deskę ratunku, zadośćuczynienia ich aspiracjom wspinaczkowym. Celem stał się rejon Civetty – schronisko Mario Vazzoler.
Pierwsze wspinaczki w Dolomitach wywarły na Jacku niezapomniane wrażenie. Zafascynowały Go piękne, strzeliste turnie, kuszące trudnościami i oferujące lekką, pełną kunsztu wspinaczkę. Dolomitowe turnie zachwyciły Go tak bardzo, iż do 2000 roku każde lato spędzał na wspinaczkach w różnych rejonach Dolomitów. Były to wyjazdy organizowane przez KW Kraków, później indywidualnie. Uważał Dolomity za najpiękniejsze góry świata. Kochał je: ich koloryt i grozę, jaką wzbudzały podczas i po załamaniu pogody. Uwielbiał trudności i czucie ekspozycji pod stopami, i to że można było się wspinać niemal na okrągło, a załamanie pogody, niebezpieczne jak w każdych innych górach, tutaj dawało szansę zwycięstwa. W swoim dolomitowym dorobku zapisał powtórzenia najważniejszych dróg w tych górach, a nawet własne, świadomie wyszukiwane warianty w rejonie Babele (Civetta). Najbardziej owocnym był 1988 rok, kiedy w rejonie Civetty zrobił szesnaście dróg o łącznej długości 8054 m. Jak mówił, był to Jego pierwszy wakacyjny ośmiotysięcznik.
Nieudane pod względem meteorologicznym sezony 1997–2000 zmuszające do rezygnacji z przejść tysiącmetrowej wysokości ścian w Dolomitach i skoncentrowania się na drogach o długości  350–500 metrów, czasem nawet krótszych, które i tak wykradane były między jednym a drugim załamaniem pogody, wywołały u Jacka zniechęcenie i zainteresowanie się Alpami Wschodnimi.
Ostatnie dwa lata zamierzał spędzić na wspinaczkach w Karwendel, Wetterstein, Kaiser Gebirge. Niestety, niełaskawa aura spowodowała, iż zakończyły się one na wspinaczkach w Raxie, Schneebergu i Hohe Wand, wspinaczkach po drogach do VII+, które miały być formą treningu przed wielkimi ścianami wspomnianych grup.
Jacek całe swoje życie poświęcił wspinaczce. Przeszedł ponad sześćset poważnych dróg wspinaczkowych w górach i zapewne kilka tysięcy w różnych rejonach skałkowych Polski i Europy. Nie żałował tego. Kochał góry, wspinanie się i wierzył, że jeszcze jest tyle lat przed Nim i że zdąży zrealizować plany, których miał mnóstwo. Był uczciwym, prawym i bardzo skromnym człowiekiem. Nie dbał o sławę, zaszczyty. Jak mówił “jestem nikim i nie chcę, aby o mnie mówiono, pisano”. Nie znosił dwuznaczności, dlatego zawsze dążył do konfrontacji i wyjaśnienia kontrowersyjnych sytuacji. Nie ulegał wpływom i przeciwstawiał się stereotypom, czasem może zbyt nadpobudliwie, co nie przysparzało Mu sympatii. Miał odwagę bronić swoich poglądów, nawet gdy był w tym osamotniony. Nie cierpiał rozkrzyczanego, przechwalającego się tłumu i paplaniny bez sensu, dlatego szukał miejsc, do których tacy ludzie nie docierali, a jeżeli się pojawili – odchodził.
Jako że najważniejszą częścią Jego życia była wspinaczka, wszystkie inne sprawy odsuwał na dalszy plan, były one mniej ważne, nieliczące się, były dodatkiem. Dotyczyło to także pracy zawodowej, którą wykonywał bardzo rzetelnie, ale zawsze przedkładał przed nią góry i nie wahał się z niej odejść, jeżeli kolidowała z Jego planami wspinaczkowymi. Tak było z pracą w Miejskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji w Krakowie, gdzie zatrudniony był jako specjalista do spraw wody i skąd zwolnił się w trybie natychmiastowym, ku zaskoczeniu dyrekcji przedsiębiorstwa. Powodem takiej decyzji był brak zgody na urlop. Argumentacja Jacka była prosta “wspinam się dłużej niż tutaj pracuję i skoro praca ma mi przeszkadzać w realizowaniu pasji, po prostu ją rzucam”. Podobnych sytuacji było w Jego życiu wiele.
Jacek wspinał się z wiarą, że góry Go nie skrzywdzą, traktował je jako swoiste panaceum na bolączki życia, bo – jak mawiał – są “poza dobrem i złem, są sprawiedliwe i nigdy mnie nie zdradzą”. Wspinaczka była dla Niego chyba również formą ucieczki do czegoś lepszego, nieskażonego, uczciwego i obiektywnego. W pełni wypoczywał tylko podczas wspinania i mimo stresów, jakie niesie ono ze sobą, uważał je za najlepszy i najbardziej skuteczny relaks.
Mimo rozległej wiedzy i ogromnego doświadczenia, a może właśnie dlatego, czuł przed górami respekt, był ostrożny i rozważny. Niczego nie robił na siłę, dokładnie obserwował góry, słuchał ich i swojego instynktu, umiał rezygnować z zaplanowanych celów. Nie oznacza to, że nie podejmował wyzwań czy ryzyka. Przeciwnie, a Jego maksymą po szczęśliwym powrocie z trudnej drogi były słowa: “znowu się udało”.
Z drugiej strony kochał dom: chciał aby był on zawsze pełen ciepła i miłości, aby był miejscem, do którego chętnie się wraca, aby był azylem od podłości otaczającego świata i enklawą codziennej wolności. Dlatego zacięcie bronił prywatności, nie lubił jak Mu się ją zakłóca i nie życzył sobie “instruzów”. W tym zakresie był zaborczy i bezkompromisowy.

30 sierpnia 2002, ostatnie zdjęcie po ukończeniu ostatniej drogiNieustannie narastający brak czasu w ostatnich latach i niegasnąca fascynacja wspinaczką, powodowana najprawdopodobniej ciągłym progresem własnych możliwości, wymusiły na Jacku podjęcie decyzji o zakończeniu szkolenia. Zrezygnował z prowadzenia wykładów na kursach klubowych, a unifikacja instruktorska w 2002 roku z założenia miała być ostatnią. Można tylko ubolewać, że nie zdążył przelać swojej ogromnej wiedzy na papier, dla potomnych, wiedzy wciąż pogłębianej i opartej na kilkudziesięcioletniej, wszechstronnej praktyce wspinaczkowej i instruktorskiej. Jacek miał też fenomenalną pamięć wspinaczkową. Nawet po latach potrafił narysować przebieg pokonanej przez siebie drogi, a naszkicowany przez Niego schemat był tak precyzyjny i dokładny, że pozwalał na przejście najbardziej skomplikowanej orientacyjnie drogi bez żadnych problemów, jak po sznurku. Może szkoda, że nie zrealizował projektu przewodnika wspinaczkowego typu “Sto najpiękniejszych dróg w...”, który zawierałby opisy rzeczywiście najciekawszych, wartych powtórzenia osiągnięć polskiego i światowego alpinizmu.  
Jacek pragnął poświęcić resztę swojego życia wyłącznie swojemu wspinaniu się i rodzinie. Miał tyle energii, planów, tak wiele dróg chciał jeszcze zrobić w Tatrach, Dolomitach, Alpach – wciąż czekają przygotowane opisy. Może gdzieś, kiedyś przyjdzie jeszcze pora na ich realizację ...
 
Tekst: Ewa Kuczaj-Jasińska

Zdjęcia: archiwum autorki

Więcej o Jacku Jasińskim w: "Góry", nr 3 (118), marzec 2004

(kb)


 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Maciek Szopa
 
2018-05-22
GÓRY
 

Miłka Raulin zdobyła Mt Everest 8848 m n.p.m.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
GÓRY
 

Zmiana pokoleniowa w Programie Polski Himalaizm Zimowy

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
GÓRY
 

Waldemar Kowalewski wycofał się z Dhaulaghiri

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-05-22
GÓRY
 

Sukces Polish Everest Expedition 2018

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
GÓRY
 

Zamknięty szlak Świnica - Zawrat

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com