facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2013-04-04
 

Edurne Pasaban - kibicuję Barcelonie

Edurne Pasaban jest pierwszą kobietą której udało się skompletować Koronę Himalajów. W rozmowie z Bogusławem Magrelem opowiad o początkach swojego himalaizmu, skalnej pasji i nie tylko :-).
Czy Edurne to popularne imię w Hiszpanii?

To imię baskijskie, oznacza „śnieżynkę”, wybrali mi je rodzice.

Czyżby przypuszczali, czym będziesz się zajmowała w życiu?


Podejrzewam, że nie. Gdyby mama wiedziała, pewnie nigdy nie wpadłaby na pomysł, by mnie tak nazwać...

Skąd wziął się pomysł na chodzenie po górach? Sama na to wpadłaś, czy miałaś jakiegoś mentora?

Nie spotkałam osoby, na której bym się wzorowała. Moi rodzice zabierali mnie w góry, ale to były tylko trekingi. Mieszkam w Kraju Basków, z którego pochodzę. W moim mieście działał klub alpinistyczny i tam zaczęłam się wspinać. Ludzie z klubu pokazali mi góry z bliska, od nich uczyłam się podstaw, dzięki nim poznałam radość życia, jaka płynie ze wspinaczki. Jeśli ktoś był dla mnie wzorem, to właśnie oni. Oczywiście dużo czytałam o wyprawach, alpinistach i zastanawiałam się, co oni czuli, tam wysoko.



Wspinaczka na Manaslu, 2008 rok. Fot. arch. Edurne Pasaban

Zaczynając przygodę z górami, nie myślałam, że kiedyś sama będę się wspinać w Himalajach i zdobędę wszystkie ośmiotysięczniki. Już jako czternasto-, piętnastolatka wyjeżdżałam w Alpy – na Mont Blanc czy Matterhorn, a w wieku 18 lat odwiedziłam Andy i weszłam na kilka sześciotysięczników. I bardzo mi się to podobało! Jednak na co dzień prowadziłam normalne życie, jak każdy: po szkole średniej poszłam na studia, skończyłam je, uzyskując tytuł inżyniera. Później rozpoczęłam karierę zawodową, pracowałam na etacie w fabryce mojego ojca, a w czasie wolnym przygotowywałam wyprawy i znikałam na dwa miesiące z domu. Można powiedzieć, że wiodłam podwójne życie: alpinistki i zwykłej dziewczyny. Mój ojciec tego nie wytrzymał i zaczął na mnie naciskać. Kazał mi się określić, podjąć konkretną decyzję, co chcę robić w życiu. Bo nie da się znikać raz za razem na dwa miesiące i jednocześnie odpowiadać za produkcję czegokolwiek. Porzuciłam więc pracę w fabryce i otworzyłam hotel z restauracją w górach. To pozwoliło mi zyskać więcej czasu na góry i ekspedycje.

Zaczęłaś od razu od Everestu? To było wejście z tlenem?


Nie, najpierw byłam pod Dhaulagiri w 1998 roku, dopiero potem pojechałam na Everest, gdzie wzięłam udział w typowej wyprawie, dzięki której nabrałam doświadczenia. Wcześniej nie byłam na takiej wysokości i tak naprawdę nie miałam pojęcia, jak się zachowa mój organizm. Wiedziałam, że tylko 2% ludzi atakuje tę górę bez dodatkowego tlenu, dlatego nie zdobyłam się na ryzyko wejścia bez butli.

Organizując pierwsze wyprawy, popełniałam wiele błędów. Pamiętam, że wysyłaliśmy z Hiszpanii za dużo żywności. Nie dość, że sam transport był bardzo kosztowny, to ostatecznie i tak nie byliśmy w stanie zjeść tego wszystkiego. Zresztą, same ekspedycje również bardzo się zmieniły. Dowodem jest choćby prelekcja Kurta Diembergera [podczas XII Dni Lajtowych – zarówno Kurt, jak i Edurne byli gośćmi festiwalu – przyp. red.].



Na stokach K2. Fot. arch. Edurne Pasaban

My, wspinacze XXI wieku, żyjemy w dobie telefonów satelitarnych, w bazie słuchamy muzyki, oglądamy filmy, piszemy blogi i jesteśmy dostępni online, zaś Kurt i jego koledzy mogli jedynie napisać list, który tragarz musiał zanieść do najbliższej wioski, co mogło trwać i dwa tygodnie. Teraz nawet ze szczytu można zadzwonić do domu. Kiedyś całymi miesiącami nie wiedziano, co dzieje się na wyprawie. Wszystko się wyjaśniało dopiero po powrocie zespołu do domu.

W 2011 roku ponownie byłam na Evereście i chciałam wejść bez tlenu – czułam się na siłach, żeby to zrobić. Niestety, pogoda mi nie pozwoliła, za mocno wiało. Zresztą żadnemu wspinaczowi nie udało się wówczas wspiąć na tę górę bez tlenu. Chyba będę próbowała ponownie.

Korona Himalajów to wielka sprawa, ale chyba najtrudniejsze w niej jest K2. Jak wyglądało twoje wejście na tę górę?

Tak, w Koronie K2 jest z pewnością najtrudniejsze, teraz mogę tak powiedzieć. Dla mnie był to także przełomowy moment. W 2001 roku weszłam na Everest, w 2002 roku pokonałam Cho Oyu i Makalu, a 2003 rok przyniósł mi sukces na GI, GII oraz na Lhotse. Nadal pracowałam w swoim hotelu, zarabiałam pieniądze i jechałam na wyprawę tak jak każdy. Wciąż nie był to jednak poziom profesjonalny, raczej nazwałabym się ciągle początkującą himalaistką. W 2004 roku zadzwonił do mnie dyrektor programu „Niemożliwa Misja” i zaproponował udział w odcinku opowiadającym o wyprawie na K2. Ta propozycja bardzo mnie ucieszyła, tym bardziej że w zespole znaleźli się wybitni hiszpańscy wspinacze, których doświadczenie zwiększało szanse powodzenia wyprawy. No i udało się nam! Zdobyliśmy szczyt. Dla mnie było to siódme wejście na ośmiotysięcznik i byłam zadowolona z siebie. Zrobiliśmy kawał dobrej roboty. W tym momencie uwierzyłam też w to, że może uda się zdobyć Koronę.

Jak wyglądała współpraca z Juanito Oiarzabalem?


Juanito był filarem naszego zespołu, dużo razem przeżyliśmy, dla mnie to bardzo cenne doświadczenie. Niestety, po K2 na dwa miesiące wylądowałam w szpitalu, z powodu odmrożenia straciłam dwa palce w stopie. Miałam wtedy dużo czasu na uświadomienie sobie tego, jak bardzo niebezpiecznym sportem jest alpinizm. Potencjalnie każdy to wie, ale kiedy doświadcza się tego na własnym ciele, świadomość i tak się zmienia.

Co sądzisz o wyczynach Oh Eun-Sun?


Gerlinde Kaltenbrunner, Nives Meroi i ja miałyśmy podobną drogę w góry wysokie i podobne zasady finansowania swoich wypraw. Każda z nas na co dzień pracowała, a pieniądze pozyskiwałyśmy od sponsorów, co nie było wcale łatwe. Natomiast Oh miała pieniądze ofiarowane przez instytucje rządowe. W ostatniej części „wyścigu” budżet jej projektu wynosił pięć milionów euro. Ja nigdy nawet nie widziałam takich pieniędzy, zresztą podejrzewam, że nie tylko ja. Zarówno Gerlinde, jak i Nives wspinały się w zespole z ich życiowymi partnerami...



Nanche. Fot. arch. Edurne Pasaban

Tak, ale niestety ostatnio mąż, a zarazem partner wspinaczkowy Nives ma kłopoty ze zdrowiem i nie wiem, czy wróci w góry wysokie. Choć oczywiście szczerze im tego życzę! Ona i Romano zaczęli się wspinać na ośmiotysięczniki wspólnie, jako małżeństwo. To piękna historia! Oczywiście Gerlinde wspina się z Ralfem, który prywatnie również jest jej mężem, jednak oni zaczynali Koronę osobno. Kiedy Jacek Teler mówił, że po wejściu na K2 Gerlinde jadła z Rosjanami słoninę, choć jest wegetarianką, i piła wódkę, choć nie pije jej wcale, to nie mogłam w to uwierzyć! Kilka razy próbowałam namówić ją na piwo w Katmandu, ale to było niemożliwe – ona jest taka konsekwentna. Miała też trochę kłopotów z Reinholdem Messnerem, który nie szczędził jej gorzkich słów. Moim zdaniem nie zasługiwała na tak ostrą krytykę.

Czułaś presję współzawodnictwa o to, która z was pierwsza skompletuje Koronę?

Między nami, Europejkami, raczej takiego współzawodnictwa nie było. Wszystkie znałyśmy się z gór, wielokrotnie rozmawiałyśmy ze sobą i zawsze byłyśmy w przyjacielskich stosunkach. Nasza droga w góry wysokie również była bardzo podobna: wspinaczka od lat jest naszym hobby i żadna nie myślała od razu o Koronie. Sprawa rywalizacji nie istniała. To media – w szczególności dziennikarze sportowi – wykreowały wyścig po Koronę.

Coś się zmieniło po włączeniu się Oh Eun-Sun. Ona nie była doświadczoną alpinistką. Pojawiła się w górach i to od razu w tych najwyższych, nie musiała zarabiać na to sama – koreańskie władze i sponsorzy wykładali na jej ekspedycje wielkie pieniądze. Władzom w Seulu bardzo zależało, żeby Koreanka była tą pierwszą w Koronie i ostatecznie tak się stało. Kiedy byliśmy na Shisha Pangmie, otrzymałam informację, że Oh zdobyła swój ostatni szczyt i że to ona jest pierwsza. Wiadomość ta nie wpłynęła moje decyzje, robiłam swoje. Powiedziałam do chłopaków z ekipy: „Zamykać komputery! Szczyt jest tam!” [dopiero zakwestionowanie wejścia Oh Eun-Sun na Kangczendzongę spowodowało, że to Baskijce przyznano palmę pierwszeństwa – przyp. red.].
    
Czy nie uważasz, że w tak poważnej sprawie jak Korona, powinno się działać jak Alison Hargreaves, czyli wspinać samodzielnie?

Trudno powiedzieć. Każda z nas ma inną filozofię wspinania i należy to respektować. Być może to będzie esencja kobiecego himalaizmu w przyszłości, tak samo jak otwieranie nowych dróg. Wracając do Korony, muszę podkreślić, że zrobiłam ją, bo pomogło mi wielu wspaniałych ludzi. Ale robiłam to przede wszystkim dla siebie, nie dla innych, nie dla sponsorów. I uważam, że tylko takie podejście może czynić wspinacza szczęśliwym. Nie jest tak, że zakończyłam pewien projekt. Dla mnie to życie, jego treść i w tym odnajduję spełnienie. W pewnym momencie postawiłam sobie cel i osiągnęłam go.

Ale jako osoba, jako Edurne Pasaban, nie zmieniłam się. Mam tę samą rodzinę, tych samych przyjaciół, jestem taka sama jak 20 lat temu, na początku mojej przygody z górami.

Wanda Rutkiewicz przez wiele lat lansowała czysto kobiece wyprawy w góry wysokie. Czy uważasz, że zespół pozbawiony facetów to fajna sprawa?

Wandy nie poznałam. Kiedy zaczęłam się wspinać w Himalajach, ona niestety już nie żyła. Myślę, że była silna fizycznie, ale przede wszystkim nieprawdopodobnie odporna psychicznie i potrafiła robić kobiece wyprawy w świecie mężczyzn. Alpinizm to męski sport, każdej kobiecie jest trudno do niego przeniknąć i funkcjonować w nim – nawet teraz. Myślę, że w jej czasach musiało być jeszcze trudniej. Wanda musiała mieć niezłomny charakter. Moim wielkim marzeniem byłoby spędzenie z nią choć jednego dnia i porozmawianie o tym wszystkim.

W sprawie damskich zespołów jestem ostrożna. Kobiety w górach mogą bardzo dużo, jednak – w mojej opinii – mają trudniejszy charakter i sukces szybciej odniesie wyprawa męska. Nie wiem dlaczego tak jest... Albo po prostu nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć... Dobrze się czuję w mieszanych zespołach.

Kobiety często słuchają swojej intuicji, a mężczyźni podchodzą do wyprawy czysto technicznie. Alpiniści i alpinistki mają różną wrażliwość i uczestnictwo w jednej wyprawie przedstawicieli obu płci równoważy te siły. Mam dobre doświadczenia z pracy z facetami i tak już chyba zostanie.

Cały wywiad znajdziecie w GÓRach nr 221 (Październik, 2012)

Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com