facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2006-06-17
 

Bracia Pustelnikowie w Yosemitach

W okresie 12.05 – 12.06 w dolinie Yosemite działali bracia Adam i Paweł Pustelnikowie...


W okresie 12.05 – 12.06 w dolinie Yosemite działał wspierany przez Polski Związek Alpinizmu zespół w składzie Adam i Paweł Pustelnik. Głównym celem wyjazdu było dokończenie zeszłorocznej przygody z doliny i przejście El Capitana w pełni klasycznie drogą Salathe Wall.

Już na przyjeździe do doliny okazało się, że będzie to cel nieosiągalny. Po wyjątkowo długiej zimie i zaskakująco ciepłej wiośnie ilość wody w rzekach i na ścianach przekroczyła normy i tym samym wiele formacji płynęło. Na Salathe była to kwestia tylko jednego wyciągu („The Sewer” czyli ściek) niemniej nie chcieliśmy ryzykować powtórki z zeszłego roku.

Przez pierwsze dwa tygodnie próbowaliśmy się rozwspinać i przygotować do akcji na El Capitanie i innych długich drogach, jednak z różnych powodów nasze działania były bardzo powolne i przynosiły kiepskie efekty. Wpierw nie potrafiliśmy przyzwyczaić się do strasznych, jak na tę porę roku, upałów. Potem przy podejściu pod ścianę, Paweł wbił sobie pod skórę 10 cm kawałek drewna, co kosztowało go 500 $ w lokalnym szpitalu i parę dni restu. Następnie, wraz z długo oczekiwanym ochłodzeniem, przyszły deszcze, a kiedy już zdołaliśmy wbić się w ścianę (w Lurking Fear na El Capie) z 4. wyciągu zrzucił nas grad ze śniegiem.

No, ale zła passa nie może trwać wiecznie. Pierwszą „poważną” drogą, którą spróbowaliśmy po niecałych dwóch tygodniach od przyjazdu, była West Face (V, 5.13b, A0, 10 wyciągów) na Leaning Tower. Jest to ta sama turnia, z której nieszczęśliwie skakał Dan Osman. West Face jest jedną z łatwiejszych hakówek w dolinie. My chcieliśmy ją przejść w jeden dzień i jak najbardziej klasycznie. Nie znaleziono jeszcze mianowicie klasycznego wariantu przejścia dwóch pierwszych drabin boltowych. Pozostałe 8 wyciągów ma maksymalne trudności 5.13b (8a), przy czym tylko dwa mają wycenę 5.11c a pozostałe pięć to 5.12-ki.
Przymierzając się do próby OS, sam chciałem prowadzić wszystkie wyciągi (oprócz drabin boltowych), dlatego też pierwsza próba na drodze przypadła na okres, kiedy ręka Pawła była jeszcze „kontuzjowana”, i nie mógł się on zbyt dużo wspinać.

W ścianę wbiliśmy się wcześnie rano, ale już na starcie fakt, że była to pierwsza nasza dłuższa droga, brutalnie odbił się na naszych działaniach. Brakowało nam najprostszego sprzętu do przehaczenia pierwszych dwóch wyciągów, z kolei szpeju do klasyki mieliśmy zdecydowanie za dużo. Efekt był taki, żę wspinanie zajmowało nam zdecydowanie za dużo czasu, a ja małpując pierwsze dwa wyciągi zmachałem się o wiele bardziej niż gdybym je prowadził. Pary jednak starczyło… ale tylko na następne 6 wyciągów. Zaskakując samego siebie, przeszedłem od strzału kluczowe (wycenowo) 4. i 5. wyciąg i z jednym lotem, po wyślizgnięciu się, dotarliśmy pod przedostatni wyciąg. Tam jednak braki kondycyjne uniemożliwiły dalsze wspinanie w stylu klasycznym. Kiedy skurcze w obu rękach następowały za każdą próbą wpięcia ekspresu, a przy złapaniu klamy jedynym pomysłem na to jak z niej zadać, było dołożenie drugiej ręki do nadgarstka, uznałem że pora zacząć zadawać z haków, jeżeli do wieczora chcemy wyjść ze ściany. Po 10 godzinach walki, wyprzedzeniu dwóch zespołów, z masą zbędnego szpeju, ale zbyt małą ilością siły, po raz pierwszy na tym wyjeździe stanęliśmy na szczycie Leaning Tower.

Oczywiście drogi nie mogliśmy zostawić tak „rozgrzebanej”, i po około 10 dniach wróciliśmy na nią, by tym razem samemu prowadząc każdy wyciąg, przejść ją w 5 godz. 50 min. O dziwo, na drodze spotkaliśmy tym razem tylko jeden zespół i to na samym topie. Trochę głupio nam było, gdy okazało się, że dla nich był to trzeci dzień wspinaczki.

Między jednym a drugim atakiem na Leaning Tower, zrobiliśmy swoją pierwszą podczas tego wyjazdu drogę na El Capitanie – The Nose (VI, 5.12d, 2 wyciągi C1, 31 wyciągów).
Z wbiciem się w El Capa czailiśmy się dosyć długo. Za pierwszym razem zrzucił nas z niego grad ze śniegiem, a potem nie mogliśmy się zdecydować na start. Pierwszego dnia – w poniedziałek – wspięliśmy się tylko do Sickle Ledge (5. wyciąg), wyholowaliśmy wora, a sami zjechaliśmy na dół, żeby móc następnego dnia z rana zarejestrować się na Camp 4. We wtorek rano, po małej awanturze z rangerem i przeniesieniu namiotu, uderzyliśmy w ścianę z zamiarem spędzenia na niej 3 dni i klasycznego przejścia wszystkiego, oprócz The Roof i Changing Corners. Przy tym założeniu, techniczne trudności drogi dochodzą do 5.12d (7c).

Wspinanie szło nam bardzo zmiennie. Pierwszego dnia byliśmy bardzo wolni, i mimo, że nie byliśmy blokowani przez nikogo, urobiliśmy zaledwie 6 wyciągów. Co prawda, po drodze musiałem powtórzyć, jak się później okazało, najtrudniejszy wyciąg na drodze – delikatnie połogie 5.12a, prowadzące do Stoveleg Cracks, niemniej biwak na Dolt Tower nie wróżył dobrego czasu. Drugiego dnia szło już o wiele lepiej, do momentu, kiedy na Camp 4 spędziliśmy prawie 4 godziny czekając, aż zespół nad nami ruszy się ze stanowiska. Od tego czasu, niezależnie czy trzeba było powtarzać wyciąg, żeby go przejść klasycznie, czy trzeba było przehaczyć kawałek (The Roof albo Changing Corners), regularnie spotykaliśmy się z zespołem nad nami i czekaliśmy, aż stan się zwolni. Szczęśliwie nie zwolniliśmy na tyle, żeby musieć spędzić w ścianie jeden dzień więcej, i w czwartek wieczorem spokojnie mogliśmy rozłożyć się w śpiworach na szczycie EL Capa. A tymczasem niecałe 20 min. od nas nieoczekiwany biwak po zakończeniu West Face łapali Blondas z Sokołem, ale to już ich historia…

Po przejściu Nosa i Leaning Tower, zostało nam 5 dni akcji, co oznaczało najwyżej dwie drogi. Pierwszą z nich była Gold Wall (V, 5.13a, 11 wyciągów) na ścianie Ribbon Falls – wodospadu zaraz na lewo od El Capa. Kluczowy na drodze jest pierwszy wyciąg (5.13a), który jest uklasycznieniem drabiny boltowej. Po doświadczeniach z Leaning Tower wydawało się, że nie powinien on sprawić większych problemów, jednak jego przejście zajęło mi bardzo dużo czasu. Po pierwsze, długo nie mogłem znaleźć patentu na jego przejście – strzał nogą do stopnia na wysokości pasa:)). Po drugie, w przeciwieństwie do tego, co mówi przewodnik, wodospad MA wpływ na warunki na drodze! Pierwsze dwa wyciągi, mimo pięknego, błękitnego nieba, wspinaliśmy się w rzadkiej mżawce przechodzącej w rzęsisty „kapuśniaczek”. Szczęśliwie dana nam była godzina bez wiatru, a tym samym i bez bryzy, kiedy to kluczowy wyciąg zdołał wyschnąć na tyle, żeby dało się go zrobić. Po startowych trudnościach, droga nie ma więcej jak 5.10 – należy jednak pamiętać, że nawet łatwe klasyczne rysy są jednak wymagające. Szczególnym doświadczeniem był 6. wyciąg, prowadzący kominem w środku okapu. Z czasem komin zamykał się od góry, a jedynym wyjściem jest półmetrowa szpara w przedniej ścianie komina prowadząca prosto w ekspozycję.

Ostatnią drogą, którą zrobiliśmy podczas tego wyjazdu, była Lurking Fear (VI, 5.7, C2F, 19 wyciągów, 13h) na El Capitanie. Była to nasza druga próba na niej, po wcześniejszych niepowodzeniach spowodowanych złą pogodą. Założenie było bardzo proste – wejść w jeden dzień na El Capa. Mimo, że droga cała jest uklasyczniona i zdecydowaną większość jej wyciągów można śmiało próbować klasycznie, zdecydowaliśmy się przejść ją „french free” (mieszając hakówkę z klasyką), żeby sprawdzić, czy dajemy sobie radę w łatwej mieszanej hakówce, i czy umiemy poruszać się szybko do góry. W celu przyspieszenia wspinaczki, stosowaliśmy „short fixing” i „back cleaning”, co też było dla nas nowym doświadczeniem. Drogę przeszliśmy w 13 godzin, co dla nas jest wynikiem w pełni satysfakcjonującym.
Po zejściu z El Capa czekała nas… noc pod El Capem, i następnego dnia w południe zaczęliśmy powrót do domu.

Wykaz przejść:

Leaning Tower – West Face (V, 5.13b, A0, 10 wyciągów, 5h 50 min.)
Ribbon Falls Area – Gold Wall (V, 5.13a, 11 wyciągów)
El Capitan – The Nose (VI, 5.12d, 2 wyciągi C1, 31 wyciągów, 3 dni w ścianie)
El Capitan – Lurking Fear (VI, 5.7, C2F, 19 wyciągów, 13h)
Shults Ridge – Moratorium (5.11c, 3 wyciągi OS)

Dziękujemy bardzo za wsparcie w wyjeździe Polskiemu Związkowi Alpinizmu, a także naszym sponsorom i innym firmom, bez których wyjazd ten nie doszedłby do skutku.

Sponsorzy  wyprawy:

PZA, HiMountain, Beal, Lhotse, Tenya

Tekst: Adam Pustelnik
Zdjęcia: Paweł Pustelnik

źródło: PZA

2006-06-17

 


Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-11-14
GÓRY
 

Zmarł Paweł Zadarnowski, ratownik TOPR

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-10-30
GÓRY
 

David Lama zdobywa samotnie Luang Ri w Himalajach!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com