facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2012-04-24
 

Artesonraju w Koronie Gwiazd

Widzieli ją wszyscy – znają nieliczni. Artesonraju to najbardziej znana góra świata. Nie Everest, Matterhorn, Fuji czy Alpamayo, lecz właśnie Artesonraju widziało i wciąż ogląda najwięcej ludzi na Ziemi. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu ośmiu lat ten wspaniały szczyt zwieńczony koroną gwiazd widziały miliardy – nie mając wszakże pojęcia, na co patrzą.
Tylko nieliczni znają tajemnicę, będącą zdumiewającym paradoksem popkultury obrazkowej XX i XXI wieku. Nie istnieje bowiem – poza słynnym wizerunkiem tej góry – żaden inny znak graficzny o tak ogólnoświatowej rozpoznawalności, lecz całkowicie nieznanej treści.



Artesonraju w logo wytwórni filmowej "Paramount Pictures"

Przyznaję, że jeszcze przed paru laty ja także oglądałem Artesonraju jak wszyscy – na ekranie telewizora lub w mrokach sal kinowych, gdy w czołówkach filmów produkcji Paramount Pictures pojawiało się logo tej wytwórni: strzelista biała góra otoczona kolistą aureolą gwiazd. Jej kształt, jak z rysunku dziecka, był dla mnie wytworem holywoodzkiej estetyki, graficzną syntezą „góry” jako pojęcia, kształtu i mitu. Przez myśl mi wówczas nie przeszło, że ta nierealna wręcz, biała piramida to istniejąca góra. Ani tym bardziej, że kiedyś stanę na jej szczycie.

Sylwetka góry w logo wytwórni Paramount Pictures istnieje od jej założenia w 1914 roku, lecz przez pierwsze 40 lat była to góra umowna, nienawiązująca do żadnej konkretnej, symetryczna i znacznie mniej strzelista. Dopiero w 1954 roku powstało nowe, wspaniałe w ekspresji i kolorystyce logo autorstwa Jana Domeli, artysty przez lata tworzącego wizje pejzaży i efektów specjalnych dla tej wytwórni. Od tego czasu do dziś logo to – kilkakrotnie zmieniane i udoskonalane – przedstawia niewątpliwie Artesonraju (6025 m), jedną z najpiękniejszych gór peruwiańskich Białych Kordylierów, porównywaną często z pobliskim Alpamayo. Malarz i scenograf Jan Domela, wrażliwy twórca wielu pejzaży, bez wątpienia zachwycił się urodą tej góry, której zdjęcie – zapewne jedno z pierwszych – wpadło mu w ręce. Trzeba bowiem pamiętać, że lata pięćdziesiąte XX wieku to wciąż jeszcze pionierski okres w eksploracji Cordillera Blanca. I choć Artesonraju zdobyto już w 1932 roku, to jeszcze dwadzieścia lat później wyprawy w peruwiańskie Kordyliery należały do rzadkości, a większość tamtejszych pięcio- i sześciotysięczników pozostawała dziewicza. Kolejne, po drodze zdobywców, drogi wspinaczkowe na Artesonraju wytyczono dopiero trzydzieści lat później – w latach sześćdziesiątych XX wieku, a pierwsi Polacy weszli na ten szczyt w 1986 roku (Joachim Przebierała i Adam Zyzak). Widok Artesonraju, który olśnił Jana Domelę, to majestatyczna północna flanka tej góry, sfotografowana zapewne z okolic bazy pod Alpamayo, czyli z odległości około sześciu kilometrów. Góra widziana stamtąd zachwyca niezwykłą ekspresją przecinających niebo podwójnych, równoległych skosów wschodniej ściany i północnej grani, tworzących sto metrów pod szczytem charakterystyczny lodowy uskok. Biała, północno-wschodnia ściana kontrastuje z ciemnymi, skalno-mikstowymi urwiskami ściany zachodniej. Taki właśnie widok Artesonraju w logo „Paramountu” świeci bielą śniegów i lodowców zalanych promieniami wschodzącego słońca, na tle różowej zorzy horyzontu. Nie jest to jednak w pełni wierny, fotograficzny obraz tej góry, lecz znakomita, wizjonerska licentia artistica pejzażu. Szczytowe partie góry niemal nie odbiegają od rzeczywistego wyglądu, choć można dostrzec lekkie przerysowania wertykalnych form dla podkreślenia ekspresji. Góra jest też bardziej biała niż w rzeczywistości, bez ciemnej linii skał na wschodniej grani. Jednak ten nadmiar bieli to niekoniecznie efekt inwencji artysty. Należy bowiem pamiętać, że w połowie XX wieku pancerz lodu i śniegu pokrywał znacznie większą jej powierzchnię niż dziś. Cofanie się lodowców i wytapianie śniegów w Cordillera Blanca postępuje w niebywałym tempie. W latach pięćdziesiątych XX wieku Artesonraju była znacznie bielsza, niemal taka właśnie, jak na logo Paramountu. Natomiast zupełnie inaczej przedstawia się dolny plan logo. Im niżej, tym bardziej wierność pierwowzoru ustępuje twórczej wyobraźni artysty – pomniejsze szczyty i granie w dolnych partiach obrazu niewiele mają wspólnego z rzeczywistym otoczeniem Artesonraju, będąc artystyczną kreacją autora.



Piramida Artesonraju (6025 m) od pn.-zach., z okolic Alpamayo

Dla pełnego opisu trudno nie wspomnieć o istotnym szczególe, jakim jest kolista korona gwiazd otaczająca szczyt. Tu wizja artysty nieświadomie dotknęła prawdy. W mroźne, bezchmurne noce lub gdy różowa zorza nad poszarpanym horyzontem zwiastuje bliski świt, mgławice gwiazd nad Artesonraju pulsują chłodnym, diamentowym blaskiem. Tylko że w miejscu kolistej korony – świeci nad szczytem olbrzymi, majestatyczny Krzyż Południa.

Artesonraju zobaczyłem po raz pierwszy w 2009 roku, podczas zejścia z Alpamayo – lecz dopiero ze ścieżki obok bazy. Wyżej chmury przesłaniały krajobraz, więc ominął mnie fantastyczny widok tej góry ze szczytu. Ale i ten, który odsłonił się na wysokości 4300 metrów zza grani Quitaraju, osadził mnie w miejscu, a ręka odruchowo sięgnęła po aparat i kamerę. Pamiętam, że stanąłem jak wryty, w niemym zachwycie, bo w takich chwilach słowa są śmiesznie bezradne wobec siły obrazu. I natychmiast poczułem to szczególne, dobrze mi znane ukłucie tęsknoty i pragnienia. Wiedziałem, że stało się – że oto zjawia się kolejna miłość od pierwszego wejrzenia! A potem zrazu nieśmiałe, lecz szybko narastające marzenia i plany, gdyż nie gustuję w platonicznych uczuciach. Tak, Artesonraju zauroczyła mnie, ale wierzcie – ta majestatyczna piramida jest grzechu warta! Jej śmiałą sylwetkę budują mocno wertykalne granie o wyrafinowanej, niemal doskonałej szlachetności linii, a ostro zarysowany uskok pod szczytem potęguje wrażenie strzelistości – jak grot na drzewcu strzały. Opis tej góry wymyka się konwencjom opisów natury, domagając się dodatkowych metafor i terminów z zakresu sztuki. Patrząc na nią, staje się jasne, dlaczego była źródłem artystycznego natchnienia twórcy loga Paramountu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że góra zuchwale przełamuje bariery natury, aspirując do obszaru dzieł kultury. A nawet więcej – narzuca antropomorficzną retorykę opisu, której tu chętnie ulegam. Daje do zrozumienia, jak uwodzicielska piękność, że jest dziełem natury, gdyż nie narodził się tak genialny rzeźbiarz, który mógłby ją stworzyć. Jest pokusą i marzeniem, lecz pozostaje niedostępna, niczego nie obiecuje i ulega tylko nielicznym. Schodziłem z Alpamayo – ikony i symbolu Białych Kordylierów, lecz z każdym krokiem góra ta stawała się tylko pięknym wspomnieniem, a natarczywe myśli krążyły, jak na uwięzi, wśród lodowych grani Artesonraju. I na trwałe pozostały już w mojej głowie, gdy wszedłem w cień doliny Santa Cruz, a olśniewająca biała piramida skryła się za horyzontem.



O, tam powinno puścić! - Mirek Mąka i Daniel Milla Lliuya podczas obserwacji ściany Artesonraju i planowania przebiegu drogi. Fot. Elżbieta Jodłowska

 
Minęły jednak dwa długie lata, a po drodze kilka innych, ładnych gór oraz setki kilometrów andyjskich ścieżek, zanim wróciłem w to miejsce. W sierpniu 2011 roku wraz z moją partnerką Elą Jodłowską i naszym peruwiańskim przyjacielem Danielem Millą znów wędrowaliśmy starym, dobrze nam znanym szlakiem, rozgrzaną słońcem i kipiącą egzotyczną roślinnością doliną Santa Cruz. Poprzedzała nas grupka Peruwiańczyków, w niej zaś ojciec Daniela, Victor – legendarny przewodnik i tragarz pamiętający wyprawy z lat sześćdziesiątych XX wieku, Clever Coronel – świetny kucharz i niezły wspinacz, a także dwóch wynajętych tragarzy i poganiaczy osłów, które w liczbie czterech dźwigały nasz ekwipunek na trasie do bazy. Mieliśmy za sobą pracowity miesiąc w Cordillera Blanca, podczas którego przeszliśmy fantastyczny trekking Cedros Alpamayo, weszliśmy na urodziwą śnieżną Nevado Tocllaraju (6032 m), potem zaś, po kilku dniach zmagań i załamań pogody, zaliczyliśmy niełatwy wycof trzysta metrów od szczytu Chopicalqui (6354 m). Ostatnim, ekscytującym celem, wieńczącym naszą małą wyprawę miała być wymarzona Artesonraju (6025 m) – szczyt trudniejszy i bardziej wymagający od wszystkich, na które wszedłem w tych górach. Po czterech tygodniach spędzonych na wysokościach od czterech do sześciu tysięcy metrów mieliśmy solidną aklimatyzację i niezłą kondycyję, byłem więc dobrej myśli, nie tracąc wszakże respektu należnego tej imponującej górze.

Pierwszego dnia przebyliśmy, dwudniowy zazwyczaj, dudziestopięciokilometrowy odcinek przez całą dolinę Santa Cruz: od wsi Cashapampa aż do bazy wysuniętej Taullipampa (4300 m), zlokalizowanej poniżej moreny, zamykającej boczną Dolinę Arteson. Miejsce zwane umownie bazą to rozległa, usiana głazami, wysokogórska łąka, wymagająca męczącego, ponadgodzinnego podejścia od ścieżki na dnie doliny, poprzez gęste, nierzadko kolczaste zarośla, po sforsowaniu spienionego, huczącego kaskadami potoku. Ojciec Daniela, stary indiański lis, poprowadził nas sobie tylko znanymi skrótami i późnym popołudniem, na ciężkich już nogach, dowlekliśmy się do celu. Łąka wznosiła się niczym wspaniały taras widokowy, nad górnymi piętrami najdalszych, wschodnich krańców doliny Santa Cruz. Rozbijając namioty, ogarnialiśmy wzrokiem rozległy, niezapomniany widok różowej w zachodzącym słońcu, zębatej piły wschodniej grani Alpamayo (5947 m) oraz potężnych skalno-lodowych filarów Taulliraju (5830 m). Daleko w dole, zboczami doliny pięły się zakosy ścieżki ku słynącej z fantastycznych widoków przełęczy Punta Union (4760 m), gdzie z Elą przed kilku laty w gęstej mgle nie widzieliśmy nic, za to nieźle oberwaliśmy gradem. Jednak najbardziej oczekiwany widok – na „naszą” Artesonraju – przesłaniały jeszcze piętrzące się moreny.



Obóz górny pod Artesonraju. Fot. Elżbieta Jodłowska

Nazajutrz czekało nas krótkie, najwyżej pięciogodzinne podejście, więc mogliśmy sobie pozwolić na długi odpoczynek i późniejszą niż zwykle pobudkę. Koło siódmej rano z błogiego snu wyrwało nas pobrzękiwanie garnkami i menażkami Clevera. Nawet tu, w górach, nasze uzależnienie od porannej kawy wcale nie osłabło i każdego rana jej zapach wywabiał nas z ciepłych śpiworów. Często raczyliśmy się też herbatą z koki, lecz prawdę mówiąc, pomimo wlania w siebie hektolitrów tej mętnej cieczy, nigdy nie polubiłem jej mdłego smaku. Kawa, nawet parzona w warunkach biwakowych, zdecydowanie wygrywała z tym popularnym peruwiańskim napojem. Chłodny poranek i bezchmurne niebo zwiastowały świetną pogodę. Zapowiadał się miły, lajtowy dzień. Pakowaliśmy się nieśpiesznie, a wraz z nami tragarze, którzy mieli wnieść namioty i ekwipunek do górnego obozu na morenie, tuż pod północną ścianą Artesonraju. Wyruszyliśmy koło dziesiątej, zostawiając w bazie osły, dwa większe namioty oraz część prowiantu pod opieką jednego z poganiaczy i jego młodszego brata. Podchodziliśmy wśród rudych, omszałych i malowniczo poskręcanych drzew kenua, słabo widoczną ścieżką wydeptaną w bujnej, pełnej egzotycznych kwiatów roślinności. Wraz z wysokością flora stawała się uboższa, a morena bardziej kamienista, usłana wielkimi głazami. Kolorowe plamki namiotów bazowych stały się ledwo widoczne, po lewej zaś stronie rozwarła się głębia wyjątkowo dzikiej i niedostępnej doliny Arteson z dwoma szmaragdowymi jeziorami, zasypywanymi co rusz obrywami seraków z zawieszonego nad nimi potężnego lodowca, pokrywającego całe północno-zachodnie zbocza Nevado Millisraju (5500 m) i Pariji (5600 m). Nieco wyżej, brodząc wśród wysokich, ostrych traw, przetrawersowaliśmy pod urwistymi stokami zbudowanymi z mozaiki wygładzonych luster i płyt skalnych, poprzerastanych misternymi oplotami mchów, kwiatów i karłowatych krzewów. W końcu zza grzbietu kolejnej moreny wyłoniła się biała, lodowa grań Artesonraju, potem zaś coraz niższe partie północnej ściany. Nie kryję, że poczułem przypływ emocji, choć ściana – widziana stąd w ogromnym skrócie perspektywicznym – nie wyglądała zbyt dramatycznie.

Wczesnym popołudniem stromy grzebień ostatniej, najwyższej moreny, doprowadził nas do niewielkiego plateau z kilkoma z grubsza wyrównanymi platformami, osłoniętymi od wiatru niskimi kamiennymi murkami. Byliśmy w Morena Camp na wysokości 4900 metrów, tuż pod czołem lodowca. Panowała cisza, przerywana tylko porywami zimnego wiatru. Podobnie jak w bazie, byliśmy tu zupełnie sami. Wspinaczki na Artesonraju są o wiele rzadsze niż na pobliską Alpamayo. Wczoraj w dolinie Daniel spotkał znajomego przewodnika, schodzącego z bazy pod tą górą i usłyszał, że biwakuje tam blisko trzydziestu alpinistów z Niemiec oraz kilkunastu z innych krajów. Tu zaś – pod niemniej efektowną, dwukrotnie wyższą i fragmentami trudniejszą od Alpamayo ścianą – hulał wiatr, a małe, niczym niepłoszone ptaszki-żebraki z nadzieją obserwowały nasze przyjście.



Victor Fortunato Milla Huarac - ojciec Daniela, legendarny przewodnik i znawca Cordillera Blanca. Fot. Elżbieta Jodłowska
 
Oddanie słowami absolutnie niepowtarzalnego piękna tego miejsca nie jest możliwe, a każda taka próba to zaledwie smętny cień rzeczywistości. Ale miejsce to odsłaniało nam swoje uroki stopniowo. Gdy tylko zrzuciliśmy wory i, prostując obolałe ramiona, ogarnęliśmy wzrokiem horyzont, ujrzeliśmy jedną z tych przepysznych panoram, które na zawsze, jak żywy obraz, zostają w pamięci. Znajdowaliśmy się, jak na wyspie, na wypłaszczonej kulminacji moreny. Wprost na północy najniższa część wschodniej grani Alpamayo opadała ku śnieżnej przełęczy bez nazwy, by potem zatracić się w niezwykłym chaosie zawieszonych lodowców, białych ścian i lodowych urwisk najeżonych ostrymi, zuchwale spiętrzonymi wierzchołkami. Ten fantastyczny, trudno dostępny i skomplikowany topograficznie masyw to gniazdo Rinrijirki (5810 m) i Pucajirki (6046 m) – rejon słabo jeszcze poznany, ekscytujący pierwotną dzikością i groźnym, surowym pięknem. Niewielu spośród najlepszych i najbardziej doświadczonych przewodników z Huaraz oraz wspinaczy „ze świata” dotarło choć raz w te niezwykle rzadko odwiedzane i niemal dziewicze obszary. Wytyczono tam nieliczne, czasem niemające powtórzeń drogi – tylko na ważniejsze szczyty, lecz całe połacie ścian z mnóstwem zachwycających, logicznych formacji pozostają nietknięte ostrzem czekana. Dalej na wschód grań opada ku szerokiej, łagodnej przełęczy (około 5200 m), by ponownie wznieść się i wystrzelić w chmury potężną piramidą Taulliraju (5830 m), zbrojną w dwa pancerne, skute przewieszonym lodem filary o urzekającej potędze. Lewym z nich prowadzi kapitalna, czterodniowa linia włoska z 1980 roku o trudnościach ED1 – jedna z najefektowniejszych w tym rejonie. Oba filary Taulliraju wrastają w pofalowane, piętrowe uskoki lodowca, uciętego w dole ruchomą barierą seraków, która zasypuje kaskadami lodu i skalnego gruzu szmaragdową taflę jeziora Taullicocha. Dalej ku wschodowi Taulliraju przekształca się w ostrą, wielowierzchołkową grań i niknie za masywem Nevado Pucaraju (5025 m). W dole zaś raj dla glacjologa i geologa – otwarta księga pozornie chaotycznych formacji: moren, źlebów, usypisk i wyraźnie wyodrębnionych pięter polerowanych przez lodowce płyt skalnych, ciągnących się aż do najdalszych, spowitych siną mgłą krańców doliny Santa Cruz. Po przeciwnej stronie, oddzielona od obozu płytką kotliną, wznosiła się ponadkilometrowa północna ściana Artesonraju. Jej szeroka podstawa niknęła w spiętrzonych barierach seraków rozległego lodowca, pokrywającego podstawę góry. Wyraźnie oddzielona, w większości skalista część masywu po prawej stronie dominowała na tle nieba dwustumetrową kryzą olbrzymich nawisów, spod których opadała na północny zachód długa, dziewicza jeszcze, skalna grań, będąca logiczną i ciekawą propozycją nowej drogi na szczyt. Środkowa, najwyższa część ściany, wznosiła się poprzez kolejne piętra pól śnieżnych, pociętych masywnymi barierami seraków, przechodząc w niemal pionowy, lodowy uskok pod szczytem. Lewa natomiast, w większości skalista część ściany po stronie wschodniej stopniowo zmniejszała nastromienie aż do 45°, przechodząc w południowo-wschodnią grań.

Naszym celem była środkowa część północnej ściany, z trawersem przez najwyższy fragment północno-zachodniej grani, z niej zaś wspinaczka na szczyt kluczowym, około stumetrowym uskokiem lodowym o nachyleniu około 70–80 stopni. Droga ta pokrywa się częściowo z linią pierwszych zdobywców Artesonraju: E. Heina i E. Schneidera z 1932 roku (opis w: Johnson Brad, Classic Climbs of the Cordillera Blanca, Peru. 2003, s. 56–57). W szczegółach jednak była to nasza autorska koncepcja, opracowana podczas wielogodzinnego studiowania topografii ściany z pomocą lornetki. Zresztą innej możliwości nie było. W przypadku skomplikowanej i wciąż zmieniającej się konfiguracji tego typu wielkiej, lodowo-śnieżnej ściany, linie dróg ze zdjęć w przewodnikach lub opisy wcześniejszych przejść, mają jedynie charakter pomocniczy. Przebieg, a także rodzaj i stopień trudności poszczególnych fragmentów mogą ulec zmianie w ciągu tygodni, a nawet dni. Niektóre szczegóły opisu, zamieszczonego w dalszej części tego tekstu, zapewne są już nieaktualne.

Opracowując przebieg drogi, śledziliśmy metr po metrze każdy szczegół ściany i nanosiliśmy przewidywaną linię na schematyczny rysunek w notesie. Braliśmy pod uwagę różne warianty, zwłaszcza w rejonach podszczytowych. Sporo czasu poświęciliśmy też dolnym i środkowym partiom ściany, gdzie należało znaleźć sprytne obejścia lub słabe punkty w poprzecznych barierach seraków, zawieszonych jak skamieniałe fale pomiędzy stromymi piętrami pól śnieżnych. Wiedząc, że czeka nas nocne forsowanie sporej połaci ściany, uczyliśmy się jej na pamięć, by potem w świetle czołówek rozpoznać kierunki trawersów i miejsca, gdzie może „puścić” przez kolejne uskoki. Nie było to zbyt łatwe, gdyż widzieliśmy ścianę w ogromnym skrócie perspektywicznym, mocno przekłamującym rzeczywiste proporcje i kąty nachylenia terenu. Pomimo uważnej obserwacji pozostała niepewność co do kilku fragmentów, a wzrok uporczywie powracał do budzącego respekt, granatowego pancerza lodu na kluczowej zerwie pod szczytem. Cóż, nie wszystko da się zaplanować i przewidzieć, lecz przecież margines nieznanego posiada szczególny, ekscytujący urok.

Postanowiliśmy wyjść o północy. Spakowaliśmy sporo żelastwa, zwłaszcza szabli śnieżnych, wiedząc, że przynajmniej kilka z nich trzeba będzie zostawić. Nie oszczędzaliśmy na rurach, wybierając kilkanaście Black Diamondów różnej długości. Zdecydowaliśmy się też zabrać dwie cienkie, pojedyncze sześćdziesiątki, umożliwiające robienie maksymalnie długich wyciągów. Mocno dopakowane wory spoczęły w przedsionkach namiotów, my zaś zalegliśmy w puchach tuż po zachodzie słońca, by zaliczyć parę godzin cennego snu. Jednak nic z tego. Jak to zwykle bywa w górach – ostatnie słowo należy do pogody. Narastający po południu wiatr gwałtownie nasilił się o zmroku, atakując coraz brutalniej namioty, które uginały się i łopotały jak szalone, niwecząc wszelkie próby zaśnięcia. Wiatr o takiej sile nie napawał optymizmem, więc z godziny na godzinę nadzieja na pomyślną akcję bezlitośnie topniała. Stawało się jasne, że jeśli tu, w obozie, urywa głowy, to wspinaczka tysiąc metrów wyżej będzie absolutnie niemożliwa. Przewracałem się z boku na bok, przepełniony żalem do wszelkich andyjskich bóstw pogody, w szczególności zaś do samej bogini Artesonraju. Bo jak wspomniałem, od początku personifikowałem tę górę, żywiąc do niej namiętne uczucia, które ona teraz szyderczo zdawała się odrzucać. Rozgoryczony i zmęczony bezsennością, zazdrościłem Eli, która w czapce i z zatyczkami w uszach, zanurzona w odmętach swego ekstremalnie ciepłego śpiwora, jakimś cudem twardo zasnęła. Koło północy, zrezygnowany wiedziałem już, że tym razem się nie uda. Wykopałem się z puchów, wciągnąłem buty i kurtkę, po czym, walcząc z fruwającą klapą namiotu, wyszedłem na zewnątrz. Kilkanaście metrów do namiotu Daniela pokonałem prawie na czworakach, trzymając się skał. Zamieniliśmy parę słów z jednoznaczną konkluzją: przeczekujemy następną dobę. Wracając, zdążyłem spojrzeć na bielejącą w mroku ścianę i rozgwieżdżone niebo, prawie bez chmur. Warunki wręcz wymarzone, tylko ten wściekły, nieustający wiatr... W namiocie łyknąłem relanium na sen, wzorem Eli zatkałem uszy i w końcu odpłynąłem w oniryczne zaświaty.

Zbudziła mnie cisza i zielona jaskrawość namiotu prześwietlonego porannym słońcem. Odkorkowałem uszy i cisza ustąpiła swojskim odgłosom kuchennej krzątaniny Clevera. Płótno nad głową falowało delikatnie w lekkich podmuchach cichnącego wiatru. Pozbieraliśmy się w parę minut, by wkrótce popijać gorącą kawą w „jadalni” za kamiennym murkiem, przy stole z płaskiego głazu. Był rześki, mroźny poranek, a proste smugi słońca przebijały perłową mgłę wypełniającą dolinę Santa Cruz. Nastał piękny, pogodny dzień.



Pn. -wsch. ściana Artesonraju i lodowiec, z linią naszej drogi. Fot. Elżbieta Jodłowska

Północna ściana Artesonraju pogrążona była w chłodnym cieniu, lecz lodowe koronki nawisów świeciły ostrą bielą, a skalne partie nie mającej jeszcze przejścia, północno-zachodniej grani nabrały intensywnych, miedzianorudych barw. W niższej części tej grani Ela wypatrzyła malowniczą, wąską przełączkę – niewielkie siodło wśród potężnych, mocno skruszonych turni, do złudzenia przypominających megalityczne sylwetki prastarych świątyń, opuszczonych przez nieznanych bogów. Spadające z niej strome, trawiaste upłazy, poprzecinane pasami skałek, wyglądały w miarę zachęcająco. Padła propozycja urozmaicenia dnia niewielką wycieczką. Poszliśmy we trójkę, z Danielem – i po dwugodzinnym podejściu kruchym, dwójkowym terenem grzaliśmy się w słońcu na uroczej przełączce (około 5100 m), którą nazwaliśmy „Ela Paso”. Otwierała się z niej fantastyczna, rozległa panorama na niewidoczne z obozu szczyty Quitaraju i Alpamayo, po drugiej stronie doliny Santa Cruz. Dla takiego widoku oraz unikalnych zdjęć, nigdy nierobionych w tym rejonie, naprawdę warto było się tu wspiąć. W opinii Daniela, a także jego ojca, bez wątpienia zdobyliśmy dziewiczą przełęcz. Żaden z nich nie spotkał się bowiem z przypadkiem, by jacyś alpiniści w drodze na Artesonraju mieli fantazję szwendać się, tracąc cenne siły, po dzikich, bocznych graniach bez nazwy i bez sportowego znaczenia. Podobych – nietkniętych ludzką stopą – przełęczy, a także całkiem pokaźnych szczytów jest tu wprawdzie mnóstwo, lecz wcale nie umniejszało to naszej satysfakcji.

Reszta dnia minęła gnuśnie i bez wysiłku, lecz przez cały czas z lekką nerwowością obserwowaliśmy co większe chmury, a każdy mocniejszy powiew przyśpieszał bicie serca. Niepewność, nadzieja, i buzująca w nas, z trudem tłumiona adrenalina sprawiały, że niecierpliwie liczyliśmy wlokące się godziny. Jednak wbrew naszym obawom, tym razem wiatr nie nasilił się o zmierzchu, a fioletowa łuna zachodu gasła na bezchmurnym horyzoncie. Spakowane wory czekały w gotowości od wczoraj, więc po wieczornej zupie niechętnie, lecz zgodnie z rozsądkiem, zaszyliśmy się w śpiworach. Najchętniej wyruszylibyśmy od razu, ale logistyka wspinaczki wykluczała taką możliwość. Górne piętra ściany powinniśmy osiągnąć w świetle dnia. Tak więc – kolejne relanium na sen i dalsze godziny niepewności, czy pogoda wytrzyma.

Przenikliwy ton budzika w komórce wyrwał mnie z odrętwienia, które trudno było nazwać snem. Panowała niemal idealna cisza. Chwilami tylko delikatne podmuchy wiatru muskały namiot. Ubrałem się w świetle czołówki, znów – tak jak wczoraj – zazdroszcząc Eli długich, spokojnych godzin do świtu w głębinach ciepłego śpiwora. Na wpół rozbudzona, wymruczała, że będzie trzymać kciuki i zaszyła się jeszcze głębiej w przepastne puchy. Od początku jej celem był tylko ten obóz i jego niezwykłe, wręcz unikalne otoczenie. Na szczyt miałem iść z Danielem i Cleverem.

Środek nocy był mroźny, lecz pogodny, z niemal bezchmurnym niebem pełnym gwiazd. Wyruszyliśmy przed pierwszą, kierując się długim trawersem ku zachodowi, do łagodnego obniżenia w czole lodowca. Po godzinie, związani, zgrzytaliśmy rakami na stwardniałym śniegu i penitentach wielkiej rampy, przecinającej jego dolne partie. Szliśmy z lotną, czasem bardzo stromo, długo jednak nie natrafiając na większe trudności. Prowadził Daniel, ja szedłem za nim, na końcu zaś Clever. W dobrym tempie zbliżyliśmy się do poprzecznych, wielopiętrowych barier seraków, które z minuty na minutę potężniały, przesłaniając górne partie ściany, a potem pół nieba. Teren mocno skomplikował się i nastromił, a jego słabo widoczne z dołu bądź zdeformowane kątem nachylenia fragmenty co rusz zaskakiwały swą skalą. Śnieżny żleb zmieniał się w głęboką dolinę, wciętą w bastiony lodu obwieszone kaskadami gigantycznych sopli, ledwie widoczna z obozu ciemna kreska stawała się szczeliną wielkości ulicy, a pozornie wąskie pasy stromych pól śnieżnych urastały do rozmiarów boiska.

Około trzeciej nad ranem osiągnęliśmy wypatrzony z dołu uskok w najniższej części muru seraków. Liczyliśmy, że w tym miejscu powinno puścić. Niestety, gdy w świetle czołówek tuż przed nami zalśniła ściana lodu, miny nam mocno zrzedły. Stroma, poszerzająca się rampa i owszem, zdawała się wyprowadzać na pola śnieżne nad serakami, lecz zaczynała się dobre pięć metrów nad nami, niżej zaś drogę zamykała przewieszona lodowa ścianka, oddzielona od nas około półtorametrową szczeliną o głębokości niedosięgłej światłem czołówki. Po chwili wahania, czy szukać innego obejścia, Daniel postanowił zaatakować. Zrobiliśmy solidne stanowisko z trzech szabli na okoliczność, gdyby zaliczył lot w czeluść szczeliny i wraz z Cleverem oświetliliśmy mu pole walki. Pierwszy ruch musiał być bezbłędny, powtórka nie wchodziła w grę. Należało odbić się od krawędzi szczeliny i skoczyć na wąski gzyms po drugiej stronie, równocześnie wbijając dziaby w lód. Odbicie ostrza lub wykruszenie lodu oznaczało lot do szczeliny, gdyż ścianka odpychała i bez pomocy dziab utrzymanie się na lodowym gzymsie nie było możliwe. Daniel zdjął plecak i po chwili skupienia, kocim skokiem wylądował po drugiej stronie. Prawa dziaba utkwiła prawidłowo, lewa wykruszyła kawał lodu, lecz nie wyskoczyła. Wisząc w lekkim odchyleniu, zaatakował ponownie lewą, po czym z wolna podciągnął się na niej, wykonując szeroki szpagat na przednich zębach raków. Po raz pierwszy usłyszałem jego przyśpieszony oddech i ze smutkiem skonstatowałem, że ja tu nie mam żadnych szans. Ale klamka zapadła, Daniel z potępieńczym zgrzytem i piskiem raków, rąbiąc odpryskujący lód, ryzykownie napierał w górę bez przelotu, bo było zbyt trudno, by wkręcić śrubę. Musiał jednym strzałem pokonać ściankę aż do małej załupy u podstawy rampy. Podtrzymując go wzrokiem, wręcz czułem napiętym ciałem każdy jego ruch. W końcu ostatni, daleki zamach dziabą i pajęcza sylwetka na tle gwiazd skryła się za przełamaniem ścianki. Po założeniu stanowiska Daniel wciągnął plecaki i nadeszła chwila prawdy. Zaatakowałem z determinacją, bo mimo asekuracji z góry, chciałem za wszelką cenę uniknąć odpadnięcia. Początek był niezły – po skoku przez szczelinę dziaby siadły prawidłowo. Dalej jednak było już znacznie gorzej. Próby podciągnięcia się na lewej dziabie w odpychającym przewieszeniu zakończyły się kilkakrotną klęską. Ręka mdlała, a przednie zęby raków rozpaczliwie zgrzytały, obsuwając się po twardym lodzie. Blok dawany przez Daniela był wprawdzie podporą psychiczną, lecz nie mógł przeciągnąć mnie przez przewieszenie. Wydyszawszy się po kolejnej próbie, zaatakowałem rozpaczliwie, rzucając na szalę wszystkie siły. W skrajnym wysiłku podciągnąłem się, a raki na moment znalazły oparcie w szerokim szpagacie. Kluczowe było utrzymanie się przez chwilę w tej pozycji, wyrwanie prawej dziaby i wbicie jej jak najwyżej. Ta oczywiście nie chciała wyleźć, więc jęcząc i klnąc na przemian, szarpałem ją kilkanaście długich jak wieczność sekund, zanim wreszcie puściła. Przez moment zaświtało mi, że jeśli teraz lewa dziaba na wprost mej twarzy wyskoczy, to najpewniej stracę oko lub zęby. Nie było jednak czasu na myślenie. Szerokim zamachem wbiłem prawe ostrze metr wyżej, zawisłem na nim, potem zaś – już w odrobinę łatwiejszym terenie i z blokiem od góry – pokonałem resztę ścianki. Kompletnie wykończony wpełzłem na kaprawą, wykręcającą nogi półkę, wpinając się do śruby koło Daniela. Po kwadransie, też nie bez problemów, dołączył do nas zdyszany Clever.

Stroma rynna, przechodząca w rozszerzającą się rampę, doprowadziła nas do rozległych, stwardniałych jak lód pól śnieżnych, którymi szarym świtem dotarliśmy do kolejnego spiętrzenia, po prawej stronie najwyższego fragmentu północno-zachodniej grani. Po kilku kolejnych – miejscami dość męczących – wyciągach, w większości ze sztywną asekuracją, w pełnym świetle dnia osiągnęliśmy grań. Z mroźnego cienia północnej ściany weszliśmy w oślepiający blask słońca na nieskazitelnych, pofalowanych formacjach śnieżnych, wznoszących się łagodnie aż do uskoku ściany, spadającej spod głównej, szczytowej grani Artesonraju. Niestety, powitał nas silny, przenikliwie zimny wiatr, unoszący pióropusze sypkiego, niezwiązanego śniegu. Mimo to posuwaliśmy się dość sprawnie i koło dziesiątej długa, śnieżna grań była już za nami. Ponownie weszliśmy w cień północnej ściany, wiatr nieco osłabł, śnieg stwardniał, a teren gwałtownie stanął dęba. Byliśmy na wysokości około 5900 metrów, u podstawy kluczowego fragmentu drogi – blisko stumetrowej lodowej ściany o nachyleniu 70–80 stopni, wyprowadzającej na grań szczytową.

Pierwszy wyciąg Daniel poprowadził ostrogą lodową biegnącą prawą krawędzią ściany. Wspinał się ostrożnie, unikając ryzykownych manipulacji – wolniej, niż mógł, lecz pewnie i z zapasem – jak skuteczna i precyzyjna maszyna. Kolejne, głuche uderzenia dziaby kruszyły pionowe tafle lodu i odrywały kaskady sopli, które z jękiem pękającego szkła i głośnym furkotem przelatywały nad naszymi głowami. Od pierwszych metrów ujawniła się zasadnicza trudność tego odcinka – zły, zdradliwy i kruchy lód, często nawarstwiony na wielkich, pustych nyżach i bańkach powietrznych lub zastygły w fantazyjnych wiszarach, które odrywały się niebezpiecznie po słabym nawet uderzeniu ostrza. Ilość strąconego lodu na każdy zdobyty metr była iście rekordowa, a problemy z osadzaniem przelotów rzadko spotykane. Żałowałem, że trudności i operacje sprzętem wykluczały filmowanie, gdyż sekwencje byłyby niepowtarzalne. Jedną ręką, z niemałym wysiłkiem, udało mi się zrobić zaledwie kilka zdjęć moim małym canonem. Stanowisko wypadło w malowniczej nyży lodowej, zawieszonej na przełamaniu ostrogi. Rzadka w tym miejscu, gruba powłoka lodu, pozwoliła na solidną asekurację z trzech połączonych rur, a zacny gzymsik pod nogami na w miarę komfortowe stanie. Tuż nad naszymi głowami wisiał kunsztowny, barokowy baldachim z lodu, ozdobiony po brzegach cienkimi, filigranowymi draperiami, przez które przeświecały promienie słońca.



Daniel Milla na stanowisku w czasie wspinaczki na Artesonraju. Fot. Mirosław Mąka

Brzęcząc żelastwem, Daniel wystartował ponownie, przewijając się z nyży na otwartą ścianę. Mogliśmy go obserwować, wychylając się za lodowy filarek, ale szybko zrezygnowaliśmy z tej atrakcji, by nie oberwać soplami i lodem. Mijały minuty i kwadranse – lina przesuwała się raz wolniej, raz nieco szybciej, czasem zaś niepokojąco długo zastygała w miejscu. Z góry nieustannie spadały lodowe pociski, roztrzaskując się na mniejsze kawałki i znikając w kilometrowej głębi pod nami. Po blisko dziesięciogodzinnej wspinaczce wyraźnie narastało zmęczenie, nogi wykręcone w jednej pozycji boleśnie drętwiały, a lodowaty wiatr zamrażał ciało, wprawiając je w trudne do opanowania drgawki – typowy syndrom atrakcji długiego unieruchomienia na zimowym stanowisku. Jednak świadomość, że Daniel walczy na ostatnim, najtrudniejszym wyciągu, po którym szczyt jest w zasięgu ręki, mobilizowała we mnie resztki sił, ciepła i adrenaliny. Upływ czasu jest odczuciem wielce relatywnym, lecz dla mnie godzina spędzona na tym stanowisku była niemal dotknięciem nieskończoności. W końcu, gdy zostało nie więcej niż trzy metry liny, poczułem wytęsknione trzykrotne szarpnięcie, oznaczające, że doszedł, ma auto i można startować. Wypiąłem się ze stanowiska i ruszyłem za przełamanie nyży. Gdy po paru metrach przetrawersowałem na otwartą ścianę i zadarłem głowę, na chwilę zamurowało mnie z wrażenia. Lina, kilkakrotnie przegięta w ekspresach, przecinała brawurowo systemy lodowych ścianek, okapów i sopli, niknąc pod wąskim nawisem na grani, blisko sześćdziesiąt metrów wyżej. Sinogranatowa, niemal pionowa zerwa, pełna nabrzmiałych, fantazyjnych kiści i wiszarów lodowych oraz ogromnych nacieków rzeźbionych przez wiatr, sprawiała przygniatające wrażenie. Nie będę ukrywał, że poczułem lekki przypływ paniki, lecz presja czasu była skutecznym impulsem. Dziaby i przednie zęby raków poszły w ruch w rytmie mocno przyśpieszonego oddechu i szklanych jęków kruszonego lodu. Technicznie wspinaczka nie należała może do najtrudniejszych, lecz była wyjątkowo uciążliwa i mozolna, głównie z powodu koszmarnego, kruchego i niestabilnego lodu, który miejscami odsłaniał fragmenty skały. Ostrza rozbijały cienkie lodowe tafle, trafiając w próżnię lub w sypki, zmrożony śnieg, zanim po kilku próbach siadły w miarę pewnie, raki zaś osuwały się, z trudem znajdując oparcie. Wysiłek okazał się znacznie poważniejszy od spodziewanego, gdyż wyciąg wymagał wielokrotnie większej pracy dziabami i kombinacji w wyszukanych pozycjach ciała niż na drogach z podobną ekspozycją, lecz o pewnym gruncie. Przykładowo, słynna Direta Amerykańska na pobliskim Alpamayo oferuje skrajnie odmienne, estetyczne wspinanie w doskonałym lodzie i twardym śniegu. Zawieszony na dziabach, odpoczywałem co kilka metrów, dysząc z kaskiem opartym o lód. Siłowa i wyczerpująca wspinaczka na 6000 metrów – w warunkach połowy zwykłej dawki tlenu i przenikliwego wiatru – była mocno wykańczającą próbą. Wraz z kolejnymi odcinkami, wyznaczanymi przez nie najlepiej siedzące przeloty, narastał ból nóg, a mięśnie dłoni i ramion co rusz chwytały dotkliwe skurcze. Jednak biały nawis na grani, jakże odległy i nieosiągalny jeszcze przed paroma kwadransami, znacząco przybliżył się i rósł coraz bardziej. Wisząc kilkanaście metrów pod nim, dostrzegłem przez moment wychylony zza grani niebieski kask Daniela i równocześnie, spojrzawszy w dół – pomiędzy własnymi rakami – daleką, czerwoną plamkę kurtki Clevera, na tle blisko kilometrowej zerwy spadającej do kotła lodowcowego pod ścianą. Z niejakim zdziwieniem, czy wręcz niedowierzaniem, docierała do mnie świadomość, że zostało mi zaledwie parę metrów, a złowrogie ścianisko jest już prawie pode mną. Ale przypływ radosnej satysfakcji, wlewający świeżą energię w skatowane ciało, okazał się przedwczesny. Góra do końca nie była skłonna do ustępstw i żaden handicap nie wchodził w grę. Pięć metrów poniżej stanowiska Daniela ostatni lodowy naciek urwał się, przechodząc w sypki, gruboziarnisty śnieg. Napięta lina biegła ku górze rodzajem głębokiej rynny przecinającej nawis. Walcząc u jej wylotu z osuwającym się śniegiem, coraz bardziej zdumiewało mnie, jakim cudem Daniel przekopał się przez tych kilka niemal pionowych metrów, uniknąwszy wyfrunięcia z rynny na otwartą ścianę. Uświadomiłem sobie, że taki lot byłby skrajnie ryzykowny, gdyż ostatni – mocno wątpliwy przelot – znajdował się dobre dziesięć metrów niżej, poprzednie zaś także nie budziły zaufania. Ten ostatni, kilkumetrowy odcinek przed granią był – o ironio – najtrudniejszym i bodaj najbardziej niebezpiecznym fragmentem całej drogi. Z ogromnym wysiłkiem przekopywałem się ku górze, czynnie korzystając z jedynego pewnego oparcia, jakim był blok dawany przez Daniela. Styliska dziab wchodziły jak w masło w sypki śnieg wraz z ostrzem i rękawicą, nie dając żadnego oparcia, a raki kotłowały się w miejscu, zrzucając kaskady niezwiązanego śniegu. Jeśli „wypluwanie płuc” daje sugestywny opis rzeczywistości, to ów finalny fragment wspinaczki był doskonałą egzemplifikacją tej barwnej metafory. Gdy po bliżej nieokreślonym czasie wczołgałem się pół żywy na stanowisko i wpiąłem „daisy” w taśmę łączącą kilka szabel, długo nie mogłem wydobyć słowa, dysząc z głową opartą o śnieg. W końcu zamazany obraz wyostrzył się i zobaczyłem zalaną słońcem, pofalowaną, śnieżną grań, przełamującą się kilkadziesiąt metrów wyżej na tle ciemnego nieba. Z wolna wracałem do życia, reanimując się kubkami ciepłej jeszcze czekolady z termosu i częstując nią Daniela, który – skostniały na wietrze – rozpoczął ściąganie Clevera. Nadeszła kolejna, niekończąca się godzina zimna, dygotania i uparcie powtarzanych ruchów, także palcami w butach, by utrzymać resztki ciepła. Promienie słońca zdecydowanie przegrywały z mroźnym wiatrem. Wreszcie zaśnieżony i pokryty lodem Clever wyłonił się z białej czeluści. Zlikwidowaliśmy stanowisko, lekkimi pociągnięciami wyjmując szable z miękkiego śniegu, po czym z wolna ruszyliśmy ku górze łatwą i dość szeroką granią, skracając wyciągi, by nie tracić kontaktu głosowego, tłumionego przez wiatr. Narastało we mnie ogromne zmęczenie i osłabienie, lecz uporczywie zmuszałem ołowiane nogi do dalszych kroków. Byłem zbyt wycieńczony, by liczyć wyciągi. Całą uwagę skupiłem na posuwaniu się naprzód i zachowaniu równowagi na stromych odcinkach stopniowo zwężającej się grani. Na szczęście droga nie zaskakiwała już dalszymi trudnościami, a stromizna stopniowo malała.

Wierzchołek Artesonraju to łagodny, rzeźbiony przez wiatr pagórek w długiej, śnieżnej grani szczytowej. Podobnie jak inne błyszczał kryształkami lodu na tle ciemnego granatu nieba, lecz był najwyższy. Ten szczegół nadawał mu kolosalną wartość, czyniąc go absolutnie wyjątkowym, gdyż stanowił szczyt wielkiej, bajecznie pięknej i niełatwej góry. Był tym jedynym, unikalnym punktem, z którego nie da się już zrobić kroku wyżej. Był axis mundi – punktem styku między niebem a ziemią, obszarem granicznym w wymiarze fizycznym, kulturowym i mitologicznym. A w wymiarze indywidualnym – spełnieniem marzenia, które długo wypełniało sensem nasze życie.



Mirek Mąka na szczycie Artesonraju. W głębi po prawej Alpamayo. Fot. Daniel Milla Lliuya.

Nie warto liczyć na ciepłe przyjęcie na wysokich szczytach. Jednak w piątek 12 sierpnia 2011 roku na Artesonraju nie było najgorzej. Wiało wprawdzie przenikliwie, lecz temperatura sięgała ledwie –18°C, a słońca nie przesłaniała żadna chmurka. Warunki wręcz komfortowe. Nieskazitelną powłokę śniegu na szczycie zdeptały nasze ślady wśród kłębów lin, plecaków i sprzętu. Posilaliśmy się kostkami żółtego sera i ciepłymi napojami z termosów, rutynowo wydzwaniając z komórek do swoich bliskich. Czysty i wyraźny głos z Polski, słyszany na końcu świata, wciąż jeszcze budził we mnie zdumienie. Niestety, rozmowa czasem łatwiej dociera na drugą półkulę niż do obozu położonego 1000 metrów niżej, więc próby kontaktu z Elą skończyły się fiaskiem. Szczęśliwie, panowała rewelacyjna widoczność, więc mogłem do woli filmować i fotografować zachwycającą panoramę, a także uwiecznić nas samych.


Czysty, głęboki granat nieba rozjaśniał się stopniowo w kierunku odległej o sto kilometrów linii horyzontu, wzdłuż której ciągnęło się długie, wąskie pasmo skłębionych, białoróżowych chmur. Na niezmierzonych przestrzeniach zastygło morze gór, których ciemniejsze granie i szczyty nakładały się na rozjaśnione tła kolejnych, coraz dalszych masywów. Bliższe były wyraźne, dalsze zaś roztapiały się za perłową zasłoną prześwietlonych słońcem mgieł. Wokół nas świeciła biel śniegów i lodowców Cordillera Blanca z zielonymi taflami jezior w dolinach, dalej zaś stoki niższych, nieznanych pasm, płonęły w rudomiedzianych barwach, typowych dla całych Andów. Najwspanialszy, zalany słońcem widok ku północy obejmował wszystkie szczyty tej części Białych Kordylierów – od gigantycznych Nevados Santa Cruz (6241 m), poprzez Quitaraju (6036 m), smukłą piramidę Alpamayo (5947 m), dzikie gniazdo Rinrijirci (5810 m) i Pucajirci (6039 m), aż po niedostępny Taulliraju (5830 m). Lecz i na południu zachwycał górujący nad wszystkim, majestatyczny masyw króla tych gór: Huascaranu (6768 m), przesłonięty częściowo drapieżnymi zerwami pobliskiego Chacraraju (6112 m), z długą granią Pisco (5752 m) przechodzącą w wielowierzchołkowe Huandoye (6395 m).

Pół godziny na szczycie pozwoliło nam nieco odetchnąć, lecz coraz dotkliwiej czuliśmy narastające wyziębienie. Rozsądek nakazywał szybki odwrót. Grań szczytową w dół przeszliśmy sprawnie i wkrótce powróciliśmy nad uskok. Dla zespołu nieodpowiednio wyposażonego miejsce to może być śmiertelną pułapką. Trzeba bowiem zjechać stąd prawie sześćdziesiąt metrów linią drogi przez lodową zerwę, aż do stanowiska na przełamaniu ściany. Problem w tym, że miękki śnieg o konsystencji cukru zupełnie nie trzymał szabli, które – bez użycia obucha dziaby – ręką wbijało się bez trudu aż po pętle. Nigdzie wokół nie było odrobiny lodu lub twardego śniegu, o skale nie wspominając. Patrzyłem na wyjątkowo skupionego Daniela, który metr po metrze uważnie sondował śnieg, czasem zaś rozcierał go w dłoniach i obserwował z bliska, kreśląc w powietrzu jakieś niewidzialne linie, lub na moment przykładał rękę do piersi. Wiedziałem, że nosi tam kilka sekretnych amuletów, w tym jeden od Eli, przywieziony spod Chopicalqui cztery lata wcześniej. Przypominał czarownika odprawiającego obrzęd z użyciem magicznych znaków. Ufałem mu całkowicie, znając z innych wspinaczek jego fantastyczne wyczucie lodu i śniegu, nieosiągalne dla przybysza z zewnątrz. Wiedziałem jednak coś więcej. W tym miejscu przed laty był świadkiem wypadku japońskiego alpinisty, który już na pierwszych metrach zjazdu wyrwał szablę. Ciała nigdy nie odnaleziono w szczelinach lodowca tysiąc metrów niżej. Mówił mi o tym przed rokiem, nie wiedząc jeszcze, że kiedyś będziemy tu razem. Teraz może trochę żałował. Lecz jakby związani przesądnym tabu milczenia, żaden z nas słowem nie wspomniał o tym zdarzeniu.

Po wielu próbach Daniel osadził najgłębiej jak się dało trzy najdłuższe szable. Ich usytuowanie i połączenie taśmami zapewniały optymalny rozkład obciążenia, jednak fatalna sypkość śniegu mocno nas deprymowała. Dalsze rozmyślania były jednak bez sensu; trzeba było się zwijać, reszta w rękach losu. Pierwszy zniknął w śnieżnej rynnie Clever. Zaraz straciliśmy go z oczu i przez dobry kwadrans, stojąc butami na szablach, w milczącym napięciu obserwowaliśmy linę, wrzynającą się w śnieg, raz po raz czując pod stopami wyraźne poruszenia. W końcu lekkie zwiotczenie taśm dało nam sygnał, że lina jest wolna. Daniel dobił szable tak, że tylko końce pętli sterczały spod śniegu, ja zaś wpiąłem się w „guida” i wystartowałem w białą pustkę – najpłynniej jak się dało, by zmniejszyć do minimum szarpnięcia. W kilku miejscach jednak rzeźba ściany zmuszała do lekkiego zeskoku, czasem rak omsknął się na skruszonym lodzie. Odruchowo drętwiejąc, czułem wtedy gorącą falę na plecach, gdy zaś w końcu – tracąc zupełnie poczucie czasu – wylądowałem w nyży obok Clevera, byłem mokry od potu. Sytuacja Daniela była pozornie najtrudniejsza, gdyż nikt nie dociążał mu szabli, lecz za to jego waga 55 kg nieco wyrównywała szanse. Po kolejnym kwadransie tłoczyliśmy się już we trzech w lodowej nyży. Lina na szczęście zeszła bez większych problemów, a kolejne zjazdy nie zgotowały nam już takich emocji.

Późnym popołudniem osiągnęliśmy rozległe, pocięte kanionami szczelin pola śnieżne, zawieszone nad barierą seraków. Wysoko nad nami lśniły w skośnych promieniach słońca olbrzymie nawisy grani, podczas gdy ciemna lodowa zerwa pod szczytem zastygła w mroźnym cieniu. Na sporych odcinkach posuwaliśmy się po własnych, nocnych śladach, niektóre fragmenty jednak skracając zjazdami. Wyczerpanie dawało mi się mocno we znaki. Schodziłem osłabiony, brnąc noga za nogą wielkimi śnieżnymi trawersami, mozolnie obchodząc szczeliny o wyszukanych kształtach. Powoli zbliżały się górne piętra lodowca i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zdradliwa rampa śnieżna, w którą zapchaliśmy się dobre dwieście metrów w bok od właściwej drogi. Zaskoczeni, spacerowaliśmy nad krawędzią obrywu seraków, szukając możliwości zjazdu, lecz wszelkie teoretyczne warianty kończyły się trzydzieści metrów niżej w przepastnej szczelinie, bez szans przedostania się na drugą stronę. Straciwszy ponad godzinę, zawróciliśmy jak niepyszni, zmuszeni podejść mordercze dziesiątki metrów, by w innej części lodowej ściany znaleźć dogodne i niepodcięte miejsce na zjazd. Kiedy w końcu stanęliśmy na lodowcu, poczuliśmy się jak w domu, choć czekało nas jeszcze długie i czujne schodzenie wśród mniejszych, lecz bardzo licznych szczelin, w dole zaś uciążliwa przeprawa przez strome pola niskich, sięgających do kolan penitentów. Te fantazyjne śnieżno-lodowe stalagmity, typowe dla położonych bardziej na południe obszarów Andów, w Białych Kordylierach występują rzadko. Jednym z takich miejsc jest właśnie lodowiec pod Artesonraju.

Tego dnia zachód słońca rozlewał pomarańczowy blask z wyjątkową intensywnością, rozświetlając jaskrawo szczytowe partie Rinrijirci i Taulliraju, które płonęły jak dwa wielkie, samotne ogniska na tle ciemnych, zabarwionych fioletem chmur. Biały opłatek księżyca, nie czekając zmroku, wyłonił się nad różową, z wolna gasnącą granią Millisraju, w dole zaś, w głębokich ostępach doliny Santa Cruz, gęstniała szara noc.

Pokonując ostatnie metry pokrytego skalnym gruzem lodowca, spostrzegliśmy nieruchomą sylwetkę starego Indianina, siedzącego nieruchomo na głazie. Po chwili witaliśmy się z Victorem, ojcem Daniela, który podszedł aż tutaj, by powitać nas z termosem gorącej herbaty. Wywar z koki, którego zwykle nie cierpię, tym razem smakował wyśmienicie. Zdjęliśmy raki i przy czołówkach – bo zapadł szybki, tropikalny zmierzch – ruszyliśmy do odległego o pół godziny obozu, skąd błyskało do nas blade światło latarki. Klucząc wśród skał moreny, szybko przebyliśmy ostatni odcinek zejścia i niebawem snopy świateł z naszych czołówek skrzyżowały się ze światłem czołówki Eli, która otulona puchówką, siedziała pod wielkim głazem, cierpliwie wskazując nam drogę w ciemnościach.

Wielogodzinne napięcie ustąpiło, a skupienie i oszczędność słów poszły w niepamięć. Trzymane dotąd na wodzy nerwy puściły, dając miejsce niczym nieskrępowanej, demonstracyjnej radości. Powitanie było naszą małą fiestą, w której brylował Daniel, rozdając gratulacje i uściski. Chcieliśmy się cieszyć jak dzieci – czując, że mamy prawo do takiej chwili. Cały nasz świat mieścił się teraz w podniebnym kręgu trzech małych namiotów, zagubionym wśród nocy i gór – lecz był to najszczęśliwszy ze światów. Pragnęliśmy się wygadać, wyśmiać i oszołomić do reszty pisco, chowanym starannie na tę chwilę. Długo siedzieliśmy przy szumiącej kuchence, wlewając w siebie porcje ciepłych płynów, na przemian z naparstkami peruwiańskiego alkoholu. W rozmowach wracały strzępy przeżyć minionej doby; konfrontowaliśmy wrażenia, rozmawiając o tym, o czym wcześniej milczeliśmy i wymieniając świeże spostrzeżenia. Ela z zachwytem opowiadała o czarodziejskim ogrodzie, który odkryła w kotlinie tuż obok obozu. Trafiła tam na nietkniętą, unikalną enklawę roślin, zdumiewających egzotycznym bogactwem kształtów i barw. Z pewnością była pierwszą kobietą, która – jak biblijna Ewa – brodziła bosymi stopami po miękkich dywanach mchów i maleńkich kwiatków w tym pierwotnym, andyjskim „paradíso”. Ojciec Daniela – znawca chmur, wiatrów i tajemnic leczniczych ziół – cierpliwie odkrywał przed nią prastare sekrety ludzi tych gór, potem zaś oboje przez długie godziny obserwowali przez lornetkę nasze trzy sylwetki, zbłąkane wśród urwisk wielkiej ściany.



Widok na Alpamayo (5947 m) - z prawej, i Quitaraju (6036 m) - pośrodku, z okolic bazy pod Artesonraju. Fot.  Mirosław Mąka

Upojeni zmęczeniem, pisco i koką, mieszaliśmy języki z mową gestów i śmiechu. Hiszpański wspomagał keczua, polski zaś przeplatał się z angielskim. Nikt jednak nigdy nie rozumiał się lepiej niż my. Mylił się przed stu laty największy myśliciel wśród hodowców róż, twierdząc iż „granice naszego języka oznaczają granice naszego świata”. Dla nas słowa były zaledwie strunami, których dotknięcie otwierało nieograniczone przestrzenie obrazów, dźwięków, emocji i wspomnień – jakże często zaskakująco wspólnych i podobnie przeżywanych, choć całkiem niewerbalnych. A kiedy już wszystko o tym, co było, zostało powiedziane – nieuchronnie nadszedł czas, by pofolgować planom i skrywanym marzeniom. Daniel zdradził nam pomysł niezwykłego trekkingu, którego nikt jeszcze nie przeszedł, potem zaś padły nazwy gór, które będą śnić się po nocach... Ale o tym dyskretnie zamilczę. Ostatnie krople pisco strzepnęliśmy na kamienie, w ofierze łaskawym duchom gór i życzliwej łanuszce. Tym wdzięcznym słowem Indianie Keczua nazywają śmierć. Wiatr ustał, czas się zatrzymał, a w jaskrawym świetle księżyca błyszczała nad nami wyniosła Artesonraju w srebrnej koronie gwiazd.

Tekst: Mirosław Mąka

Zapraszamy również do obejrzenia galerii zdjęć Mirka Mąki z wyprawy
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com