facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2013-01-21
 

Arch Wall

Luty 1994 roku. Stoimy na parkingu pod Trollveggen i gapimy się na ścianę. Wygląda niepozornie; nic szczególnego. Przejechaliśmy pół Europy, by zrobić pierwsze zimowe przejście drogi Arch Wall – jak twierdzą Norwegowie, najtrudniejszej linii w Europie.
Droga jest stara, bo z 1972 roku, ale zdobywcom zajęła latem aż dwadzieścia jeden dni. Fakt ten, jak również to, że ma tylko jedno powtórzenie, daje do myślenia. Mimo to rzucam buńczuczne hasło, że może sześć dni wystarczy, ale Jasiu [Janusz Gołąb – przyp. red.] natychmiast mi przypomina, że skoro Doseth latem potrzebował dziesięciu, to mamy małe szanse. Rok wcześniej, mniej więcej w tym czasie, byliśmy na Grandes Jorasses, robiąc pierwsze zimowe przejście drogi Manitua. Poszło nam bardzo sprawnie, wręcz czułem niedosyt wspinania i wydawało mi się, że tutaj też, będąc w dobrej formie, jesteśmy w stanie wykręcić niezły czas. Zima pełną gębą. Temperatura –12°C, wszędzie mnóstwo śniegu. Rzeki zamarznięte, ani śladu po Golfstromie. Chyba po cichu mieliśmy nadzieję, że jednak będzie cieplej.



Staszek Piecuch w górnej części Lustra, widać okap Arch. Fot. arch. Jacek Fluder

Z parkingu pod ścianę są jeszcze dwie godziny podejścia. Ten parking przez wiele następnych dni będzie naszym łącznikiem z cywilizacją, bo to na nim zostawimy samochody, które będziemy ze ściany obserwować i to stąd ludzie będą nam się codziennie przyglądać i fotografować. Dla miejscowych mediów to prawdziwa gratka, że coś tak ważnego dzieje się w ich gminie.

Śpimy w przytulnych domkach dla wędkarzy. Jest z nami także Duduś [Andrzej Dutkiewicz – przyp. red.] i Krosiek [Zbigniew Krośkiewicz – przyp. red.], którzy przyjechali na Drogę Norweską. Duduś z uwagi na swojego nieodłącznego pecika zostaje wyrzucony do drugiego domku. Losujemy, kto rozpoczyna wspin. Pada na Jasia, asekuruje Stachu [Piecuch – przyp. red.]. Chłopaki wychodzą wcześnie rano. Zdecydowaliśmy się zaporęczować pierwsze dwa wyciągi, bo dopiero po czwartym jest półka biwakowa. Wracają późno, ale plan udało się zrealizować. Jasiu opowiada, że na najtrudniejszym wyciągu wbił szesnaście jedynek, nie licząc rurpów i skyhooków. Mamy przedsmak tego, co nas czeka.

Przez następny dzień pakujemy się i kolejnego ruszamy już na szczyt. Rzeczy mamy na dziesięć dni, każdy niesie swój wór transportowy ze śpiworem, karimatą oraz workiem słodyczy od batonikowego sponsora, Nestle. Z zapasowych ciuchów tylko rękawice i skarpety, każdy bierze też część wspólnego sprzętu. Wyruszamy wcześnie rano, sporo przed świtem. Dzisiaj mój dzień, szybko docieram po założonych linach do końca i zaczynam. Skała pozbawiona jest jakichkolwiek półek, a nawet stopni. To lekko przewieszona płyta z jedyną parszywą rysą, zapchaną ziemią i zmurszałą. Idzie mi niezwykle wolno. Trochę czyszczę albo wbijam jedynki w ziemię. I tak przez cały dzień – urabiam dwa wyciągi. Coś niewiarygodnego – żeby przez tyle czasu zrobić tylko dwa wyciągi i to w dodatku A2. To mój rekord, dotychczas poniżej trzech dziennie nie schodziłem.

Tuż przed zmierzchem docieram do „dobrej półki” według opisu zdobywców i oczom nie wierzę. Wokół hektary pionowego granitu i tylko mały występ, na którym na siedząco mieścimy się niewygodnie z Jasiem. Stachu wiesza obok swoje gniazdo nietoperza i zalega w nim. Tego się nie spodziewaliśmy. Miały być dobre półki, więc nawet do głowy nam nie przyszło, żeby rozważać zabieranie portala. Jest silny mróz i porywisty wiatr, trudno nawet w tych warunkach coś zagotować. Śniegu mało z powodu stromizny, trzeba go cały dzień skrzętnie zbierać do worka i wieczorem topić. To zadanie trzeciego. Jesteśmy dobrze zorganizowani. Każdy ma swój dzień prowadzenia, następnego dnia asekuruje prowadzącego, a trzeciego zajmuje się transportem worów i wszelkimi pracami gospodarskimi. Nazajutrz asekuruję Stacha – to najgorsza szychta. Cały dzień marznę na stanowisku. Urabiamy niewiele więcej i dochodzimy do równie beznadziejnej półki. Stachu śpi wyciąg wyżej.
 


Jacek Fluder na trawersie w środku Lustra po Wielkim Wahadle. Fot. arch. Jacek Fluder
Kolejnego dnia mój rest day, zajmuję się głównie transportem worów. Mam ich trzy, więc starannie dozuję sobie tempo, żeby za bardzo nie zmarznąć. Robimy średnio 2–3 wyciągi dziennie, więc holowanie worów na tym dystansie to prawdziwa rozgrzewkowa przyjemność. Skała nie odpuszcza, w użyciu cały czas jedynki i skyhooki, żadnych dobrych półek. Dopiero na czwartym biwaku możemy wejść do naszego szturmowego namiociku, ale też tylko na siedząco.

Piątego dnia dochodzimy do spodziewanej półki w środku ściany. Właściwie jest to odstrzelona płyta, ale dzięki dużej ilości śniegu po paru godzinach udaje mi się wykopać niezłą półkę, na której rozbijamy wygodnie nasz namiocik. Tej nocy w końcu możemy po bożemu zasnąć w nim na leżąco. Jak się okaże, spędzimy tu wiele następnych dni, bo nad nami znajduje się najbardziej spektakularna część ściany. The Mirror to kilkaset metrów przewieszonej płyty zamkniętej okapem. Skała jest wyjątkowo lita i oczywiście nie ma żadnych półek – wszystko odbywa się na wisząco. Wspinamy się i na noc zjeżdżamy do biwaku.

Tekst: Jacek Fluder


Dalszą część artykułu znajdziecie w GÓRach nr 217 (czerwiec 2012)
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-18
HYDEPARK
 

Kurtyka. Sztuka wolności

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com