facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2013-06-11
 

Adam Pustelnik

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Adamem Pustelnikiem, którego udzielił podczas 9 Spotkań z Filmem Górskim w Zakopanem.
Podczas adidas Outdoor Tour na Słowacji byłem świadkiem twojego pierwszego prowadzenia po wypadku. Zdjęcia z tego przejścia otwierają wywiad. Było to dla ciebie jakieś szczególne przeżycie czy raczej „powrót do domu”?

Wspinałem się na drodze lekko podkutej, z przelotami starej daty, po uprzednim sprawdzeniu jej na wędkę. Odczucia trochę jak z pierwszych lat wspinania na Jurze :-). A mówiąc serio, było to coś miłego, znowu być na prowadzeniu, choć w zasadzie niewiele różniło się ono od wspinania, które robiłem wcześniej. Zalecenia, że nie powinienem spadać, trzymam się dość rygorystycznie, także wspinając się na ścianie, na przykład po obwodach. Teraz mogę już trochę więcej robić (zeskakiwać z niskich stopni), ale na początku, kiedy wychodziłem do góry, bałem się możliwości zeskoku i musiałem być pewien, że nie spadnę.

Prowadzenie dodaje pewien element przygody do wspinania. Powoduje, że nie ogranicza się ono tylko do kolejnych przechwytów w ścianie. To miłe i motywujące. W czasie ostatnich miesięcy wspinałeś się tylko na wędkę. Jakie robiłeś trudności?

Ponieważ wiedziałem, że nie mogę prowadzić, nie stawiałem sobie żadnego „naturalnego” celu na ten rok. Skupiłem się na tym, żeby być w formie na kręcenie zawodów i żeby te wyszły możliwie  jak najlepiej. W skałach wspinałem się bardziej dla siebie. W maju byliśmy standardowo w Labaku i tam chodziłem po klasykach (maksymalnie Xb). Po zawodach w Chamonix wspinałem się kilka dni z Alexem [Raczyńskim – przyp. red.] i chłopakami w okolicach Ailfroide. W ciągu robiłem nie więcej niż 7c (OS), a trudniejsze rzeczy były... trudniejsze :-). Ale to naprawdę bez znaczenia. Ważne, że mogłem działać, być w skałach.

Autoironicznie stwierdziłeś, że obecnie brylujesz w stylu, który jakieś dziesięć lat temu Anglosasi określali mianem „stylu Chrisa Sharmy” :-)...

Tak, był taki moment, że na ściankę wchodziłem w kapciach i nawet na chwilę nie zmieniałem ich na buty do wspinania. Ponieważ miałem (zresztą jeszcze mam) problemy z dobrym działaniem łydki w lewej nodze, przez jakiś czas ćwiczyłem tylko na rękach. Przystawki, obwody, campus itp. Pomogły w tym zresztą wszystkie ćwiczenia rehabilitacyjne na mięśnie grzbietu i brzucha. Nogi nie latały mi tak swobodnie, jak wcześniej. Ale nie do końca przełożyło się to na wspinanie. Na pewno pomogło w powrocie do formy, ale uświadomiło mi dobitnie, jak dużo obciążenia przekłada się na nogi podczas wspinania. Przed zawodami w Chamonix w górnych partiach czułem, że jestem w dobrej formie. Kiedy jednak zacząłem chodzić po drogach naturalnych bądź takich jak na zawodach, okazało się, że wytrzymałość (mimo że trenowaną) w rzeczywistości mam do bani. Tam, gdzie pojawiało się większe przewieszenie, samo ustawianie ciała w „dobrych” technicznie pozycjach nie wystarczało. Ciągle mam słabe nogi i nie odejmują one niestety obciążenia z rąk. W zasadzie nic zaskakującego, ale chyba niejeden wspinacz chciałby mieć maksymalnie drobne nogi i tyłek, żeby mniej nosić.



Adam podczas pracy. Fot. Piotr Drożdż

A jak w tym stanie dawałeś sobie radę, układając drogi na Pucharze Świata, a ostatnio podczas Mistrzostw Świata? Brak możliwości prowadzenia nie utrudniał sprawy?

Spokojnie, to akurat nie było wielkim problemem. Mieliśmy podnośniki, a z nich łatwo zakłada się wędkę. Tak też da się testować drogi. Na obu zawodach, jakie układałem w tym roku, z wymyślonych przez cały team 24 dróg nie próbowałem tylko 2,5. Co prawda na przewieszonych ścianach chodzenie z liną z góry często jest bardziej problematyczne niż prowadzenie: lina plącze się między rękami, a kiedy się odpadnie, jest się dalej od ściany. Ponadto trudno jest próbować ruchy odchodzące od linii ekspresów. Ale bez przesady. W kontekście konsekwencji powypadkowych było naprawdę świetnie. O możliwości działania przy Mistrzostwach Świata dowiedziałem się w listopadzie, kiedy jeszcze „intensywnie” leżałem w łóżku w oczekiwaniu na zrost kości krzyżowej. Natomiast ta nominacja potwierdziła się w połowie stycznia, czyli w trzecim tygodniu rehabilitacji, kiedy dopiero zaczynałem podciągać się na drążku. Od tamtego momentu miałem pół roku na to, żeby wrócić do formy na najważniejsze zawody w sezonie.

Dlatego ogólnie swoją pracę przy układaniu oceniam bardzo dobrze. Takie rzeczy jak nie do końca sprawna noga czy chodzenie na wędkę to naprawdę mało istotne szczegóły. Wydaje mi się, że działałem równie intensywnie, co przed wypadkiem. Starałem się dobrze wejść w rolę szefa i dużo się wspinałem, testowałem, pomagałem w zmianach. W Bercy nawet demonstrowałem dwie drogi. Także ogólnie rzecz ujmując, podczas tych imprez nie odczułem tak mocno tego, że miałem wcześniej wypadek.

Zostańmy chwilę przy tym temacie. Wydawałoby się, że aby być pierwszoligowym „układaczem”, trzeba było być pierwszoligowym zawodnikiem, startującym w Pucharze Świata (jak na przykład Christian Bindhammer). Tymczasem ty nim nigdy nie byłeś, a mimo to grasz pierwsze skrzypce w tym fachu na światowej scenie. Co więc jest konieczne, aby mistrzowsko projektować drogi? Jakie są cechy wirtuoza wśród „kompozytorów dróg”?

Nie zapominaj, że to przede wszystkim praca. Zobowiązanie, które się podejmuje. Najważniejszą rzeczą jest profesjonalne podejście. To zaznaczają wszyscy, od układaczy po IFSC, które działa przy wyznaczaniu dyrektyw dla nich. Sam kształt drogi jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Zorganizowanie wszystkiego dookoła i utrzymanie kontroli nad tym, jak toczą się zawody (czyli jak działają drogi) jest większą częścią tej pracy. Wydaje mi się, że dopiero doświadczenie w tej materii daje możliwość właściwej oceny sytuacji i realnego podejmowania ważnych decyzji.

Szef układaczy jest jedną z ważniejszych osób na zawodach. Znam niewiele sportów, gdzie kształt rywalizacji tak mocno zależałby od jednej osoby. Z tym wiąże się duża odpowiedzialność. Bo granica między tym, co możliwe i nie, jest wąska i zupełnie ludzką rzeczą jest się pomylić. A kiedy tak się stanie, „wirtuozeria” i „magia” przechwytów idą na bok, bo wyniki są niejasne, zawodnicy wkurzeni, publiczność rozczarowana, a organizator ma pretensje. I nic dziwnego – zawody po pierwsze mają w jak najbardziej obiektywny sposób wyłaniać zwycięzcę. To jest tak naprawdę rola szefa układaczy. Oprócz samego stworzenia linii, ma kontrolować to, co się dzieje i podejmować takie decyzje, dzięki którym drogi będą możliwie najlepiej wyłaniały najlepszego zawodnika. Te decyzje dotyczą często bardzo prostych rzeczy. Robić dynamiczny ruch na drodze dla kobiet czy nie? To chyba najlepszy przykład dylematu „widowisko czy rywalizacja?”. W takich momentach widoczna jest różnica między szefem a resztą zespołu. Pracują w zasadzie tak samo (przynajmniej z założenia), ale to na nim spoczywa cała odpowiedzialność. Reszta może myśleć, mówić i robić, co chce, ale to on musi być pewien tego, w jakim stanie dopuszcza drogę do startu. Z jednej strony ma przepisy i zadanie stworzenia pola do równej rywalizacji, z drugiej organizatora i potrzebę zrobienia „show” dla publiczności, a z trzeciej zespół, który czasem potrafi mieć naprawdę przerażające pomysły.

Natomiast jeśli popatrzeć na listę CRS (Chief Route Setters), widać, że większość znajdujących się na niej osób to co najmniej byli zawodnicy. Doświadczenie na pewno pomaga, bo łatwiej im ocenić poziom układanych dróg. Na początku nie było to dla mnie łatwe, teraz jednak czuję, że mam na tyle doświadczenia, że o wiele bardziej świadomie podejmuję decyzje dotyczące trudności dróg. Między innymi dlatego nie chcę obecnie układać zawodów bulderowych. Przynajmniej nie jako szef. Robiłem to w Moskwie, wyszło nawet nieźle, ale myślę, że kosztowałoby mnie zbyt wiele stresu. Czuję się o wiele lepiej, pracując przy prowadzeniu.

A sama wirtuozeria... Mocno generalizując, tam muszą być drogi, po których chciałoby się wspinać. Dla mnie na przykład największym komplementem było, jak po męskim finale w Bercy jedna z czołowych zawodniczek bulderowych powiedziała, że wraca do wspinania z liną na poważnie, bo tak jej się zachciało robić podobne drogi.

Wróćmy do analogii wokół nazwy – udanej czy też nie – „kompozytor dróg”. Mam wrażenie, że ty, oglądając, jak droga sprawdza się w praktyce w trakcie zawodów, musisz przeżywać podobne emocje co artysta, który konfrontuje się z obiorem swojego dzieła przez publikę...

Prawda, że jest w tym sporo „tworzenia”. Jak mówiłem wcześniej, chcemy, żeby drogi się podobały. Niekoniecznie oznacza to granie pod publikę, ale na pewno staramy się robić takie rzeczy, po których sami z chęcią byśmy się wspinali. Kiedyś nie było innej opcji na „samorealizację” w tej materii niż kucie. Dzięki bogu te czasy się skończyły i jeśli chce się podzielić z innymi swoim pomysłem na to, co się podoba się we wspinaniu,
to jest dobre zajęcie. Jest w nim trochę ekshibicjonizmu czy egocentryzmu, zwłaszcza jeśli prezentujemy nasze pomysły na Mistrzostwach Świata. Ale z drugiej strony, kiedy już do tego dochodzi, dla mnie jest to przede wszystkim praca.

Większość układaczy stoi gdzieś w kącie, najlepiej ciemnym, i cholernie się stresuje. Niezależnie od tego, co się dzieje na scenie, można tylko stać z boku i się przyglądać. Nawet kiedy widzisz, że coś nie gra, niczego nie jesteś w stanie zrobić i musisz brać na klatę każdy wynik. Po starcie pierwszego ma się informację zwrotną i można z większym prawdopodobieństwem przewidywać, czy uda się zrealizować plan. Ta świadomość może być niezwykle budująca, ale i przygnębiająca. W efekcie nie liczy się, jak nam się podoba droga i jakich patentów używamy. Ważne jest to, jak odbiorą ją zawodnicy i widzowie. Bo jeśli będzie zbyt skomplikowana, trudna do odczytania albo po prostu brzydka, publiczność prędzej świad-
kiem frustracji niż walki.

Powiesz coś więcej o blaskach i cieniach tej pracy?

W tym roku udały się obie edycje zawodów (Chamonix i Paryż), przy których pracowałem. Wszystkie emocje, które gromadzą się podczas takich imprez, miały pozytywne ujście. Przede wszystkim towarzyszy temu uczucie satysfakcji z dobrze wykonanej pracy, z tego, jak odbierają ją zawodnicy, publika. Jeśli do tego pojawiają się dobre komentarze, nabiera się, należytego chyba, poczucia pewności siebie. Ale nie zawsze tak jest. W zeszłym roku w Chamonix, ułożyłem chyba najbardziej kontrowersyjne ze wszystkich zawodów zeszłej edycji Pucharu Świata w prowadzeniu. Na pierwszym miejscu podium znalazły się ex aequo cztery kobiety. Wkurzeni byli zawodnicy (nie tylko zawodniczki), IFSC, organizatorzy i podobało się chyba jedynie publiczności, ale pewnie dlatego że wśród „wygranych” była Francuzka Caroline Ciavaldini. Tak jak wspominałem, staramy się działać na granicy tego, co jest możliwe do zrobienia. Po tym doświadczeniu nauczyłem się, że nie można układać drogi, którą ktoś miałby skończyć. Poziom jest tak wyrównany, że wycelowanie idealnie w jeden top jest niezwykle losowe.

Oprócz tego, że błędy się zdarzają, trzeba pamiętać, że to jest jednak sport i wiele nieoczekiwanych rzeczy potrafi się wydarzyć. Jacky Godoffe mówi, że w układaniu najbardziej pociąga go niepewność wyniku. Zawody są polem do sprawdzenia, co jest możliwe, a co nie we wspinaniu. Widowisko też nakręcane jest tą niepewnością. Bo gdyby z góry wiadomo było, kto wygra, nie miałoby ono takiego powodzenia.

Ciekaw jestem, jakie są ogólne tendencje, jeśli chodzi o konstruowanie dróg. Kiedyś podstawą była przede wszystkim „ciągowość”. Czy mi się zdaje, czy obecnie nie jest to takie ewidentne?

Kiedyś tak. Teraz tendencja jednak trochę się zmienia. Drogi mają być przede wszystkim intensywne, szybkie. Żeby zachować tempo zawodów, nie robi się już dróg długich, na których kluczowa byłaby sama wytrzymałość. Na ścianie, która stała w Chamonix i Paryżu, eliminacje miały średnio 37-40 ruchów, półfinały i finały – około 55. Trudności dróg żeńskich w kolejności eliminacje/półfinały/finały to około: 8a+/8b/8b+. U mężczyzn to odpowiednio 8b+/8c/8c+.



Osobiście bardzo podobała mi się i dobrze wpisywała się w ten trend droga finałowa mężczyzn z Chamonix. Układał ją Michaël Fuselier i razem działaliśmy przy końcówce. Bardzo równa w sensie trudności poszczególnych partii. Szybka, bez żadnych miejsc odpoczynkowych. Limit czasowy na przejście drogi wynosił 8 minut. To i tak wystarczająco dużo, żeby uśpić publiczność. Jak pokazał przykład tegorocznych zawodów w Briancon, ściągniecie zawodnika, dlatego, że skończył mu się czas, jest po prostu nudne i nieciekawe. Na ściankach takich jak w Imst czy Puurs, niełatwo ukręcić szybką drogę. One są na to po prostu za wysokie. Jakiekolwiek kluczenie po ścianie powoduje, że linia ma ponad 60 ruchów i przejście będzie trwało długo. Jedyny sposób to iść prosto do góry, a tak trudno o zróżnicowanie stylu. Na to też zwraca się uwagę. Żeby nie układać drabiny, tylko sprawdzać różne umiejętności zawodników.

Nie brakuje głosów, że konkurencja, którą ty się „zajmujesz” zawodowo jest najmniej efektowną i najmniej zrozumiałą dla szerokiej publiki. Wiele osób uważa, że przegrywa ona zarówno z bulderingiem, jak i czasówkami. Podjąłbyś się obrony „prowadzenia” czy też – jak to się kiedyś ładniej mówiło – „trudności”?

Nie chcę bronić żadnej konkurencji, bo wszystkie reprezentują różne ważne elementy wspinania. No, może oprócz czasówki, ale tę z kolei lubię oglądać. Od jakiegoś czasu mam taką opinię, że sportowe – w sensie „rywalizacyjne” – wspinanie jest tylko na zawodach. W skałach
są różne warunki, różny czas potrzebny na działanie i ten dodatek „sportowe”, jak dla mnie przekłada się przede wszystkim na bezpieczeństwo z nim związane. A jeśli chce się rywalizować, być najlepszym, to trzeba to robić na zawodach, gdzie warunki są możliwie najmocniej zbliżone. Zarówno drogi, jak i buldery w skałach różnią się od tego, co układa się na imprezach. Na ścianie można sobie pozwolić na większą dynamikę ruchu, bardziej gimnastyczne przechwyty. Pod względem siłowym są to na pewno trudniejsze linie, bo niełatwo jest oddać techniczny charakter wspinania, który dominuje w naturze. Obie konkurencje opierają się na sztywnych formułach, które trzeba respektować. Szczególnie w przypadku bulderingu zmiana zasad rywalizacji łatwo mogłaby faworyzować różnych zawodników. Ale nie o tym mowa.



Prelekcja Thomasa Hubera. Fot. Piotr Drożdż


Ciekawe, że ze wszystkich dyscyplin wspinania do walki o miejsce na igrzyskach olimpijskich IFSC wybrało właśnie prowadzenie. Marco Scolaris tłumaczył to tradycją z tym związaną, ale i nawiązywał do popularności, jaką cieszy się wspinanie z liną i tego, że jednak wśród zrzeszonych w IFSC federacji ta dyscyplina należy do najbardziej lubianych. Poza tym wskazywano na symboliczną rywalizację z grawitacją i czynnik wysokości
atrakcyjny dla telewizji. Ponadto jest to jednak łatwa do zrozumienia dyscyplina. W odróżnieniu do bulderów, gdzie bez tabeli wyników nie sposób zapamiętać, kto wygrywa, a kto przegrywa. Tylko że w prowadzeniu różnice między zawodnikami muszą być wyraźne, a to już nasze zadanie.

Rozmawiamy niedługo po Mistrzostwach Świata w Paryżu, nie sposób więc nie poruszyć tego tematu. Wśród komentarzy o tej imprezie przeważają tak zwane „ochy i achy”. Przyłączysz się do nich?

Jako układacz jestem trochę obok tego, co dzieje się oficjalnie i obserwuję takie zawody z innej perspektywy. Każda praca ma taką „drugą stronę”, i nie ma co się nad tym rozpisywać. W tym przypadku celem było stworzenie pola do równej rywalizacji dla zawodników i ciekawego widowiska dla publiczności. I jeśli z obu stron opinie są raczej pozytywne, nie trzeba szczegółowo anlizować na forum, czego brakowało albo co nie zagrało w sprawach organizacyjnych. To nasza wewnętrzna sprawa, co nie oznacza, że nie pracuje się nad tym, żeby za każdym razem usprawniać przygotowania pod takie zawody. Jedyna dyscyplina, której rozgrywki zdecydowanie odbiegały od rangi zawodów, to czasówka. Szczególnie w rundzie eliminacyjnej, która mierzona była z ręki. Ale niestety i finały pełne były falstartów, niezrozumiałych komend i działań, które opóźniały start, a wśród publiczności słuchać było gwizdy i czuć wyraźne niezadowolenie. Zawodnikom w pozostałych konkurencjach brakowało publiki podczas zmagań półfinałowych i eliminacyjnych. I nie chodzi tu o to, że jej nie było, tylko że nie mogła ona wejść na teren hali poza rundami finałowymi.

Ale jeśli spojrzeć na poziom widowiska utrzymany w sobotni wieczór i niedzielne przedpołudnie, była to na pewno największa wspinaczkowa impreza sportowa, na jakiej byłem. Złożyło się na to wiele czynników, nie tylko związanych z rywalizacją. Kamery, ekrany, komentarz, światła, muzyka, oprawa artystyczna. Myślę, że zawody mogły się spodobać nawet ludziom niezwiązanym tak bardzo ze wspinaniem. Więcej nie ma co opisywać. W Internecie jest wszystko – nawet kiedy Chuck Norris zgra go na dyskietkę.

Pomówmy jeszcze o możliwościach fizycznych, jakie prezentuje obecna czołówka. Jesteś wspinaczem spod znaku 9a, ale rozumiem, że to, co potrafi zrobić Ondra, a także Schubert, Ramonet czy McColl, nawet dla ciebie jest „kosmosem”? Choć oczywiście, jako układacz, musisz być tego „kosmosu” świadom i potrafić go skalkulować...

Bez przesady z moim poziomem. Natomiast zawodnicy, których wymieniłeś, to światowa czołówka. Oni po to trenują, na tym się skupiają i tacy mają być. Po to też przychodzi się na zawody, żeby być świadkiem tego, jak radzą sobie radzą, kiedy walczą z całych sił. Moim zadaniem jest działać na granicy tego, co dla nich jest możliwe, i stworzyć im jak najlepsze ku temu pole. Przed zawodami w Chamonix specjalnie byłem w Innsbrucku, żeby powspinać się na drogach, na których trenują Austriacy. Poznać lepiej poziom i być bardziej na czasie. Niesamowita jest siła, którą dysponują najlepsi. Z czasem staje się to normalne, ale nieraz zastanawiałem się, jak by wyglądało moje wspinanie, gdybym był tak silny.

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRach nr 221 (Październik, 2012)
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com