facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-07-20
 

Bogna Jakubowicz – pierwsza dama wrocławskiej wspinaczki

"W tamtych czasach wyjazdy za granicę nie były tak łatwe jak dziś. Więc siłą rzeczy trzeba się było wspinać w Polsce, głównie w stylu RP. W Podzamczu można było miło spędzić czas, dopisywało towarzystwo (w osobie choćby Szalonego czy Jacka Zaczkowskiego) i dlatego drogi padały tam jedna po drugiej."

MONIKA NIEDBALSKA NAPISAŁA, ŻE MA EUFORYCZNE WSPOMNIENIA Z PRZEJŚCIA DROGI HASSE-BRANDLER NA CIMIE OVEST. CO TY Z NIEGO PAMIĘTASZ?

Mam takie same odczucia. Wspinanie na tej drodze, w dodatku z Moniką, było bardzo emocjonujące, ale też stresujące. Mnóstwo nauczyłam się od niej podczas wyjazdu, a po dwutygodniowym pobycie w Dolomitach i Arco byłyśmy świetnie przygotowane do przejścia Hasse-Brandler. Mimo to nie wierzyłyśmy, że uda nam się w tak dobrym stylu. Monika była bez wątpienia inicjatorką całego przedsięwzięcia, podziwiam ją, gdyż jest świetną, doświadczoną wspinaczką, która dokładnie wie, czego chce. Tak naprawdę, w ciągu całej kariery nigdy nie związałam się liną z tak silną psychicznie dziewczyną i myślę, że to właśnie było w tym dniu najważniejsze.
Monika przyjęła zasadę jak najmniejszego obciążenia plecaków, w związku z tym doszło do komicznej sytuacji. Po ukończeniu drogi spotkałyśmy dwóch Austriaków i schodziłyśmy razem z nimi. W momencie, gdy można było zdjąć buty wspinaczkowe, a zaczynała się właśnie burza, chłopaki wyjęli z plecaków solidne górskie buty za kostkę, a my cieniutkie chińskie tenisówki, co wywołało salwę śmiechu. Cóż, wytłumaczyłyśmy im, że lekki plecak był jedną z przyczyn naszego sukcesu.

MASZ JESZCZE JAKIEŚ TEGO TYPU PRZEJŚCIA NA KONCIE?

Nie, to moje jest najlepsze i najważniejsze w tej kategorii. Sądzę, że byłam trochę za mało zdeterminowana. Poza tym, nie wybrałyśmy się już w góry z Moniką.



Bogna i Janusz "Paker" Krajewski. Fot. arch. Bogna Jakubowicz

TWOJE NAJLEPSZE SKAŁKOWE PRZEJŚCIA RÓWNIEŻ MIAŁY MIEJSCE NA CIMACH (ALE TYCH NA PODZAMCZU:) KOCHANEK Z CZEREMCHOWEJ I WÓDKO, POZWÓL ŻYĆ TO BYŁY WTEDY DUŻE OSIĄGNIĘCIA. JAK TO WSPOMINASZ Z DZISIEJSZEJ PERSPEKTYWY? DLACZEGO WYBRAŁAŚ TAKIE DROGI?

W tamtych czasach wyjazdy za granicę nie były tak łatwe jak dziś. Więc siłą rzeczy trzeba się było wspinać w Polsce, głównie w stylu RP. W Podzamczu można było miło spędzić czas, dopisywało towarzystwo (w osobie choćby Szalonego czy Jacka Zaczkowskiego) i dlatego drogi padały tam jedna po drugiej. Po prostu tak się złożyło. Taki układ, karma, przypadek… Myślę, że w naszym (a na pewno w moim) życiu fantastyczne jest to, że nie każda rzecz jest dogłębnie przemyślana i zaplanowana. Uwielbiałam się wspinać, wspinanie mi się odwzajemniało, więc robiłam to wszędzie, gdzie się dało. Byle dużo…

JESTEŚ OSOBĄ JAK NAJBARDZIEJ KOMPETENTNĄ, BY OPOWIEDZIEĆ, JAK ZMIENIAŁY SIĘ ZAWODY W POLSCE.


Zmieniło się bardzo wiele. Pierwsze zawody (te, które w skałach organizował Gliwicki KW) były spontanicznym, pospolitym ruszeniem. Wszyscy pomagali, razem organizowali, spotykało się na nich całe środowisko. Nie zauważyłam, aby było podzielone czy skłócone.
Bardzo dobrze wspominam zawody, które w połowie lat dziewięćdziesiątych organizowali na Koronie Darek Król i Rafał Nowak. To była chyba najlepiej nagłośniona medialnie impreza w ciągu ostatnich 25 lat. Wspinanie było nową dyscypliną, a hasło z bilboardu „na pewno będą latać” przyciągnęło całą salę widzów, którzy kupowali bilety i tłoczyli się przy wejściu. Każdy mógł w nich startować, były to zawody DLA wspinaczy, DLA środowiska, DLA zawodników.
Później zaczęło się wszystko coraz bardziej „profesjonalizować”. Zaczęła się era działaczy, którzy, dążąc do tego, aby wspinanie stało się „prawdziwym” sportem, zaczęli tworzyć masę przepisów, wprowadzać licencje zawodników, licencje klubów, nie dopuszczać do startów bez ważnej karty zdrowia sportowca itd. I stworzyły się dwie kategorie zawodów – te pod egidą związku, gdzie startuje 30-40 profesjonalistów i te towarzyskie, organizowane przez różne ściany wspinaczkowe (choćby na ZERWIE), gdzie frekwencja to 200-300 uczestników, a świetna zabawa jest gwarantowana.
Myślę, że na ten „profesjonalizm”, licencje i bariery było jeszcze za wcześnie, bo ograniczył on znacznie dopływ świeżych zawodników. PZA chyba też doszedł do tego wniosku i na szczęście zniósł w tym roku licencje.
Tomek Kugler podjął bardzo cenną inicjatywę w rozpowszechnianiu tej dyscypliny, organizując zawody wspinaczkowe na rynkach dużych miast Polski (Warszawa, Gdańsk, Wrocław). Jeśli chodzi o poziom, oczywiście w naturalny sposób się on podnosi i to cieszy. Może kiedyś zdarzy się i u nas jakaś wybitna jednostka, jak Ondra czy Mrázek. Mediami rządzą wielkie pieniądze, więc wcale nie musimy się obrażać, że nie ma już na Eurosporcie relacji z zawodów – wielu ciekawych i poważnych dyscyplin też nie ma na tym i innych kanałach.

OD JAK DAWNA STARTUJESZ, JAKIE NAJLEPSZE MIEJSCE ZAJĘŁAŚ? JAKIE ZNACZENIE W TWOJEJ KARIERZE MIAŁA BARDONECCHIA?

W mojej karierze sportowej było wiele przerw. Pierwszy raz startowałam w 1988 roku, w 1989 roku pojechałam na Puchar Świata do Bardonecchia, gdzie zajęłam 11 miejsce, wygrywając z wieloma utytułowanymi zawodniczkami i z moją główna rywalką: Iwoną Gronkiewicz. Zdążyłam jeszcze pojechać do Jałty, a potem poszłam na urlop macierzyński. Później startowałam przez kilka sezonów, by znowu robić sobie odpoczynek. Zdarzyło mi się nawet, pod nieobecność Iwony :), wygrać zawody Pucharu Polski, wiele razy zajmowałam drugie miejsce. Ostatni raz startowałam w Pucharze Polski 2007 na wrocławskim Rynku, razem ze swoją córką Agnieszką – dołożyła mi! :)
Zawody były dla mnie czymś wspaniałym. Po pierwsze, to spotkanie całego wspinaczkowego środowiska, szansa na poznanie nowych ludzi, rozmowy ze starymi znajomymi. Po prostu świetna zabawa. Później zazwyczaj są imprezy…
Po drugie, uwielbiam rywalizować, umiem wtedy dać z siebie wszystko. Adrenalina, która towarzyszy startom, nie stresuje mnie, tylko mobilizuje. Nigdy nie miało dla mnie znaczenia, czy mam szansę na wygraną lub choćby dobre miejsce. Same zawody dają takiego „kopa” do trenowania i wyjścia powyżej swoich dotychczasowych możliwości, że jak tylko pojawiają się takie, gdzie mam szansę zrobić cokolwiek, zaraz w nich startuję. To rywalizacja (z innymi, ze skałą, ze sobą) jest motorem rozwoju. Te słowa kieruję zwłaszcza do tak zwanych mistrzów treningu, którzy nigdy nie są na tyle wytrenowani, by zmierzyć się z czymkolwiek.



Bogna podczas zawodów PP w 2007 na wrocławskim rynku. Fot. Janusz Krajewski


W JAKICH ASPEKTACH WSPINANIA WOLISZ WSPÓŁPRACOWAĆ Z KOBIETAMI, A W JAKICH Z MĘŻCZYZNAMI?

Taki podział jest troszeczkę sztuczny. Współpracuje się po prostu z fajnymi, kompetentnymi ludźmi, którzy to, co robią, robią dobrze. Lubię ludzi konkretnych. I z takimi staram się wspinać.
Jedyne, co przemawia za rozgraniczeniem płci, to aspekt wartości sportowej przejść górskich. Wtedy liczy się „przejście kobiece”. Ale z drugiej strony, bardzo trudno jest umówić się na wspinanie z kompetentną kobietą. Niewiele jest takich dziewczyn jak Monika Niedbalska.
Dlatego siłą rzeczy trzeba się wspinać z mężczyznami. Czasem są oni lepsi i można na tym skorzystać. Ja bardzo często wiążę się liną ze słabszymi ode mnie partnerami i wcale mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – lubię być osobą prowadzącą zespół.

A JAKI WPŁYW MIAŁ NA CIEBIE LESZEK MIELCZAREK?

Jest on osobą o wielkim zapale, który udziela się innym. Na moim życiu wspinaczkowym mocno zaważył wyjazd do Frankenjury latem 1988 roku, na którym był Leszek i cały kwiat środowiska warszawskiego: Darek Pawlak, Marcin Malczak, Paweł Haciski i inni. Otóż w naszym dolnośląskim środowisku pod koniec lat 80. panowali puryści stylu. Wędka była niemile widziana, patentowanie surowo potępiane. Warszawiacy się śmiali z tej „ Albanii” i postanowili nauczyć mnie, jak trenować i jak „robić przejścia”. Na rezultaty tych lekcji nie trzeba było długo czekać: w ciągu miesiąca zrobiłam przeskok z poziomu VI.1+ na VI.3+. A ledwie rok później zrobiłam VI.4+.

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRACH, nr 5 (204) maj 2011.

Rozmawiał: Andrzej Mirek
Goryonline
 
2018-11-14
GÓRY
 

Zmarł Paweł Zadarnowski, ratownik TOPR

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-10-30
GÓRY
 

David Lama zdobywa samotnie Luang Ri w Himalajach!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com