facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-04-20
 

Spotkania z Dzigitem – Kirgistan

Dwa dni poślizgu w stosunku do umówionego terminu spotkania to naprawdę niewiele, jeśli weźmiemy pod uwagę, że miejsce spotkania to Kirgizja, gdzie – jak mówią – musisz mieć trzy plany awaryjne, a pewnie i tak będziesz improwizował. W dodatku Marcin przybywał do Biszkeku (stolicy Kirgizji) z samego pogranicza kirgisko-tadżyckiego, skąd wszędzie jest daleko i to, czy cokolwiek załatwisz, zależy od twojej zdolności absorpcji wódki. Moja trasa, mimo że dłuższa, była jednak znacznie łatwiejsza i bardziej przewidywalna: Warszawa – Moskwa– Biszkek na skrzydłach „stalowego ptaka”, z jedną małą niedogodnością – wielogodzinnym czekaniem na moskiewskim terminalu. Nie śmiałbym jednak nawet porównać tego do niewygód i niebezpieczeństw czyhających na pokonywanej zabytkową wołgą trasie Batkien–Biszkek.

 

 

Widok z lodowca na Dżigit, Festiwalną i Słoniątko fot. Błażej Ceranka

 

Wolny czas wykorzystuję na zapoznanie się z rejonem górskim Ala-Archa, leżącym 40 kilometrów od Biszkeku. Są tam pierwszorzędne góry do wspinania i wędrówek.Bliskość dużego miasta sprawia, że teren odwiedza stosunkowo dużo turystów (lecz wciąż o wiele mniej niż liczba odwiedzających Tatry czy Alpy) i funkcjonuje tu wyjątkowo rozbudowana jak na Kirgizję baza noclegowa (hotel i baraki w dolinie oraz kilka schronów w górach). Honorne ściany obfitują w drogi o szerokim zakresie trudności i różnorodnym charakterze. Napotkamy tutaj i strzeliste, skalne turnie turnie i lodowe kuluary o kilometrowej długości. Możliwości nowych dróg – a jakże! I pogoda ponoć stabilna.

 

Wędruję przez zalane słońcem doliny, dochodzę do lodowca, ponad którym wznoszą się okazałe szczyty. Łapię aklimatyzację. Niestety, oprócz górskich widoków znajduję na samym środku lodowca hałdę śmieci – tam ekologia jeszcze nie dotarła (miejmy nadzieję, że niebawem dotrze). Świat staje się coraz mniejszy i można być pewnym, że te piękne strony będzie odwiedzać coraz więcej turystów. Szkoda byłoby zasypać je śmieciami. Noc spędzam w schronie Ratsek – niegdyś czynnym schronisku, dziś kamiennej ruderze z zerwanym dachem. Rosyjscy alpiniści jak zwykle przyjaźni – częstują wódką i słoniną, wieczorem pojawia się gitara, ktoś brzdąka Wysockiego...


Po dwóch dniach wracam do Biszkeku, gdzie już czekają na mnie dopiero co przybyli z Batkienu rodacy: Bolki, Jaro, Wiewiór i Marcin, który przepakowuje się do kolejnej części wyprawy. Opowieściom nie ma końca: zdaję krótką relację, co w kraju, a potem słucham opowieści o granitowych turniach Karawszyna, ludziach stamtąd, którzy żyją jakby poza czasem i przygodach moich przyjaciół. Razem udajemy się nad ogromne jezioro Issyk Kul, gdzie w piekącym słońcu delektujemy się smakiem serwowanej przez Wiewióra kirgiskiej wódki, zakąszanej melonem. Po dniu wypoczynku, wypełnionym przez kąpiele w szafirowej toni jeziora i obżarstwie ponad miarę, Marcin i ja oddalamy się rozklekotanym autobusem w kierunku miasta Karakoł, pozostali kierują się na zachód, ku naszej ojczyźnie.

 

Dżigit – ściana północno-wschodnia fot. Marcin Rutkowski


Karakoł to jedno z głównych miast Kirgizji, ale według europejskich standardów przypomina raczej rozległą wieś. Jest to jedno z miast stworzone za świetności Sojuza na przekór tubylcom. Sieć ulic to regularna kratownica – spoglądając z dowolnego punktu miasta w linii biegnącej ulicy widać pustkowie rozciągające się wokół aglomeracji. Miasto wytyczone na papierze i przeniesione do rzeczywistości. Jednak drogi to istny sprawdzian umiejętności kierowców – nie poruszając się slalomem pomiędzy dziurami szybko urwiesz zawieszenie. Na placu w centrum siedziba gubernatora, otoczona przez klomby nienaturalnych tutaj (bez przerwy nawadnianych) kolorowych kwiatów. Wygląda okazale. Jeden dom handlowy, pełen przeróżnych panasonigów i adidosów. Nieopodal kilka bloków, jakby przeniesionych z naszych osiedli, ciut bardziej zaniedbanych. A wokół tego niezliczona ilość maleńkich chałupek, krytych eternitem, pobielanych wapnem, z niebieskimi okiennicami i psami ujadającymi za ogrodzeniem z drewnianych palików. Choć z roku na rok  przybywa zagranicznych turystów, nie dostaniesz tutaj mapy okolicznych gór (można je kupić tylko w jednej księgarni w całej Kirgizji!). Pocztówki, dostępne w trzech wzorach, które nie zmieniły się od czasu naszej ostatniej wizyty, można kupić tylko w jednym sklepiku. Z drugiej jednak strony nie da się nie zauważyć postępu cywilizacyjnego – nie jest już problemem wysłanie sms-a czy połączenie się z Internetem.

 

Prosto z autobusu udajemy się do Igora, właściciela agencji trekingowej i przewodnika po okolicznych górach. Spędzamy u niego noc przed wyruszeniem w dalszą drogę. Wcześniej jednak wizyta „w baniu” i wieczorna porcja wódeczki. Rankiem Igor podwozi nas uazem do „alpłagieru” – należącej do niego i przepięknie położonej bazy alpinistycznej w dolinie rzeki Karakoł. Przedzieranie się „maszyną” w górę doliny to przygoda sama w sobie – uaz miota się w błotnistych koleinach, z trudem pokonuje wzniesienia, rzuca się w nurt przekraczanych strumieni. Cena tej przejażdżki u Igora nie jest może mała (20$ za wjazd), ale do bazy docieramy cali i zdrowi. Podróż tą samą drogą w wykonaniu naszych rodaków, którzy kilka tygodni przed nami znaleźli tańszy środek lokomocji, nie zakończyła się tak szczęśliwie – ich samochód miał dachowanie – na szczęście nie odnieśli poważnych obrażeń, jednak plan aklimatyzacji przed Chanem spełzł na niczym. Jak się później okazało, ich kierowca wybrał się na tę trasę po raz pierwszy... Niekiedy warto zapłacić trochę więcej i oddać swój los w ręce ludzi rozsądnych i zapobiegliwych – Igor nie tylko zapewnił nam niezawodny transport, ale też w trosce o nasze bezpieczeństwo, bezinteresownie opóźnił zwijanie „alpłagieru” po sezonie letnim o kilka dni, czekając na nasze zejście z gór.

 

Czterotysięczne szczyty nad lodowcem On-Tor fot. Błażej Ceranka

 

W okolicach „alpłagieru” spędzamy kilka kolejnych dni. Nauczeni perypetiami sprzed dwóch lat dużą wagę przywiązujemy do aklimatyzacji. Wchodzimy na dwa czterotysięczne szczyty, dla nas bezimienne, bo mapy, które posiadamy nie są, niestety, na tyle dokładne, aby podać ich nazwy. Kiedy uznajemy, że wystarczy biegania po pagórkach, ładujemy nasze tobołki na konika i razem z jego właścicielem ruszamy w górę doliny, ku granicy lodu i samotności. Jednak mimo wcześniejszych zapewnień, że koń podejdzie prawie pod sam Dżigit, nasze plecaki zajmują na ziemi nieruchomą pozycję jeszcze przed wejściem na lodowiec. Złe humory konserwuje codzienna porcja deszczu, który tego popołudnia zmienia się w ulewę. Nic dziwnego zatem, że pośpiesznie zaszywamy się w namiocie i do późnych godzin wieczornych wsłuchujemy się w bębnienie kropli, a potem kryształków o napięty tropik. Budzi nas za to słoneczny, acz rześki poranek. Niemiły obowiązek targania przez kilka godzin garbów sprawia, że przyjemnie zapowiadający się dzień mija wśród przekleństw i złorzeczeń, których nie śmiem przytoczyć. Po dojściu na morenę jeszcze tylko godzinka budowania platformy pod namiot i... baza założona!

 

* * *

Rozglądam się po sterczących ponad nami wierzchołkach – wracają wspomnienia sprzed dwóch lat. Jakże inaczej tu teraz wszystko wygląda. Morena, na której stoi namiot, jest cała biała, skalne partie ścian zasypane śniegiem. Wtedy było dużo cieplej, po lodowcu, którym dziś sączą się niewyraźnie strumyki, płynęły rzeczki. To prawda – gdy zerwała się burza to też bielało wokół, ale wystarczało kilka promyków słońca, by po świeżym śniegu pozostawało wspomnienie. Dużo trudu włożyliśmy wtedy w zdobywanie tej „Naszej Góry”. Począwszy od prawie samodzielnej (nie sposób zapomnieć dobrych rad Mrugasa i Jacka, weteranów kirgiskich wypraw) organizacji wyjazdu w tak bardzo egzotyczne dla nas strony, poprzez dwutygodniowy pobyt tylko we dwóch w dolinie, w której turysta jest rzadkością, po emocje samej wspinaczki. Przywołuję z pamięci nasze nieudane, ale uparte próby na północnym filarze Dżigita. Za pierwszym razem, zanim jeszcze wbiliśmy się w ścianę, burza śnieżna na biwaku zamieniła nas w skostniałe manekiny. Przy drugiej próbie pojawiły się problemy aklimatyzacyjne i musieliśmy się ratować zejściem na dzień do Karakoł (przy okazji uzupełniając zapasy). W czasie trzeciego, ostatniego podejścia, po pokonanych w ślimaczym tempie kilku wyciągach trudnej wspinaczki, dotarło do nas, że jesteśmy po prostu „za mali”, by mierzyć się z tym wyzwaniem. Całą noc na niewielkiej półeczce zadręczaliśmy się myślami, czy brnąć dalej z mizerną szansą na sukces, czy zlanować i wyznaczyć sobie cel bardziej przystępny. Zwyciężyła druga opcja.

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-05-26
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszym numerze GÓR (255) – Topy sportowe

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-05-25
Tylko w GÓRACH
 

Książki gór polecają

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-05-23
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszym numerze GÓR (255) – Wielki Szlak Himalajski

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-05-20
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszym numerze GÓR (255) – Spodnie wspinaczkowe

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-05-16
Tylko w GÓRACH
 

Co w nowych Górach?

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com