facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2013-01-07
 

Elbrus - wyprawa Klubu Górskiego OLIMP

Relacja z wyprawy Klubu Górskiego OLIMP przy Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu
Z górami to jest tak, że człowiek albo się w nich zakocha bez opamiętania, albo będzie je omijał szerokim łukiem. W naszym przypadku padło na ten pierwszy wariant. I trzeba przyznać, że zakochaliśmy się po uszy. Dopiero co zeszliśmy z Mont Blanc, a już na horyzoncie pojawił się następny cel: Elbrus. Elbrus to pierwsza góra w projekcie Klubu "8x5000 czyli Kaukaskie Piątki". Przygotowania do wyprawy szły pełną parą, skupiliśmy się na uzupełnieniu ekwipunku i poszukiwaniu sponsorów. To właśnie dzięki wsparciu życzliwych nam osób udało się zorganizować tą wyprawę i dziś możemy podzielić się z wami jej przebiegiem oraz towarzyszącymi nam emocjami.                                  

Pierwszy raz o wejściu na Elbrus pomyślałem, gdy zapisywałem się do Klubu Górskiego OLIMP. Przeglądałem zdjęcia z wyprawy, zorganizowanej z okazji 10-lecia klubu, zaimponowały mi one na tyle, iż zapragnąłem zdobyć ten szczyt. Przez długi czas wydawało mi się to tylko marzeniem ściętej głowy, które nie ma szans na realizację. Jednak marzenia się spełniają. Trzy lata później podczas powrotu z Silveretty wraz z Piotrkiem i Tomkiem, zastanawialiśmy się nad kolejnym celem na przyszły rok. Po zdobyciu Mont Blanc chcieliśmy zdobyć coś równie ambitnego. Niemal jednogłośnie padło na ELBRUS!  Chcieliśmy, aby na wyprawę pojechało 5-6 osób. Głównie ze względów bezpieczeństwa, gdyż opinie na temat tego regionu nie były zbyt pochlebne. Do tego wszystkiego jeszcze konflikt, który został zażegnany dopiero w listopadzie 2011 roku.

Chętnych na zdobycie najwyższego szczytu Rosji uzbierała się czwórka. Dołączył do nas jeszcze Bartek z pierwszego roku, a ostatnie miejsce zajął Michał. Lista była zamknięta. Podzieliśmy się obowiązkami i tak każdy z nas przystąpił do przygotowań. Pierwszą rzeczą, jaką się zająłem, było przygotowanie oferty sponsorskiej i patronackiej. Udało nam się złapać parę patronatów, jednakże sponsorzy nie dopisali. Nie poddając się, szukaliśmy dalej. Nasza rodzima akademia objęła wyprawę patronatem i wsparła nas finansowo. Dzięki temu kupiliśmy na rzecz klubu dwa namioty wyprawowe i dwie maszynki wielopaliwowe. Udało się nam także zrobić spore zakupy dzięki uprzejmości sklepu górskiego PIETROS. Brak innych sponsorów, to nie był jednak największy problem. Na dwa miesiące przed wyprawą pierwszy odpadł Bartek. Jakby problemów było mało, kilka dni później okazało się, że Michał nie ma ważnego paszportu. Był wtedy we Francji, więc nie było szansy, aby zdążył z wyrobieniem nowego na czas. Tomek – kolejny uczestnik odmówił wyjazdu, ze względu na zmianę pracy i niepewny termin urlopu. W ten sposób zostało nas trzech. Szukaliśmy ochotników wśród znajomych, lecz nikt nie chciał podjąć takiego wyzwania. Wojtek szukając wyjścia z opresji umieścił zapytanie na forum Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego.

Na 3 tygodnie przed wyprawą nie mieliśmy jeszcze nic zorganizowanego. Wciąż nie mieliśmy wiz ani biletów kolejowych. Braki w uczestnikach nie napawały nas optymizmem. Mimo wszystko nie poddawaliśmy się i podjęliśmy decyzję, że i tak pojedziemy choćby w trójkę. Jednak na drodze pojawił się kolejny problem. Okazało się, iż Piotrek nie może dostać tak długiego urlopu, aby móc jechać z nami. Byliśmy w kropce. Jednak po kilku dniach pojawiła się iskierka nadziei. Z forum WKW odezwał się Damian, który wyraził chęć wyjazdu z nami. Wojtek omówił wszystkie szczegóły wyprawy z Damianem. Damian namówił również swojego kolegę Kajtka i dzięki temu skład wyprawy się wykrystalizował. Szybko oddaliśmy nasze paszporty do biura TB alces. Tam również złożyliśmy wnioski o wizę turystyczną do Rosji. Kajtek z Wojtkiem kupili na dworcu we Wrocławiu bilety na pociąg TLK do Przemyśla, a następnie na kuszetkę do Kijowa. Przez internet zamówili bilet relacji Kijów – Piatagorsk. Kajtek dodatkowo kupił bilet w stronę powrotną, gdyż musiał wrócić 10 sierpnia do pracy. Nas czas nie gonił, więc postanowiliśmy bilety powrotne kupić dopiero w drodze powrotnej.  

Po raz pierwszy wszyscy spotykamy się na dzień przed wyjazdem. Damiana i Kajtka widziałem pierwszy raz. Damian – wysoki gość, który na pierwszy rzut oka wydał się bardzo rozgadany. Kajtek – dużo niższy, chudy i w dredach do pasa, raczej spokojny. Razem zrobiliśmy zakupy i umówiliśmy się następnego dnia na dworcu. Ja z Wojtkiem podzieliliśmy się jedzeniem oraz sprzętem, tak aby mieć mniej więcej podobny ciężar plecaka. U Wojtka było okropnie gorąco. Podczas pakowania lał się z nas pot. Ok. 1 w nocy skończyliśmy pakowanie i położyliśmy się spać.                

Dzień 1 (29.07.2012)

Wrocław – Medyka

Dzień startu. Pobudka o 530. Poranek powitał nas rzęsistym deszczem. Szybkie śniadanie, ostatnie dopięcia plecaków i wyjście na tramwaj. O 700 wszyscy spotkaliśmy się na Dworcu Głównym we Wrocławiu, skąd udaliśmy się w jedenastogodzinną podróż na południe Polski. Przemyśl przywitał nas piękną pogodą. Do odjazdu pociągu do Kijowa pozostała jeszcze godzina, więc w pobliskiej restauracji zjedliśmy obiad - pyszne, ciepłe i sycące pierogi. Po powrocie na dworzec okazało się, że aby wsiąść do pociągu, musimy przejść przez terminal odprawy międzynarodowej. Do zakończenia odprawy zostało pół godziny, a wszystkie drzwi były już zamknięte. Zdenerwowani desperacko szukaliśmy choćby dziury w płocie, która umożliwiłaby nam dostanie się na peron. W końcu jeden ze strażników poinformował nas, że odprawa już dawno się skończyła. Byliśmy przerażeni. Po usilnych prośbach strażnik skontaktował się ze swoim kierownikiem, który jak tylko dowiedział się, że mamy polskie paszporty oraz bilety pozwolił nam wejść. Ledwo co ochłonęliśmy po przygodzie w Przemyślu, a już parę minut później kolejna stresująca sytuacja. W Medyce rozpoczęła się kontrola graniczna. Akurat w tym czasie Wojtek udał się do toalety. Jednak nie zdążył do niej wejść, gdyż strażnik od razu podszedł do niego:

- Gdzie?

- Do ubikacja?!

- Kontrola jest. Dawaj paszport!.... Na miejsca!

Zrezygnowany Wojtek szedł w kierunku swojego miejsca. Strażnik wciąż kroczył za nim zbierając po drodze paszporty podróżnych. Po chwili wszedł do naszego, zawołał Wojtka do siebie i obaj udali się do sąsiedniego wagonu. Strażnik zapytał, skąd jest i dokąd jedzie. Wojtek odpowiedział mu, że jest turystą i jedzie w góry. Strażnik zaczął grozić Wojtkowi mandatem.

- Masz złotówki?

- Mam, ale mało

- Ile masz ?

- 10 zł

- To dawaj tu do paszportu i nikomu nic nie mów! Bo będzie 20 zł i mandat!

W ten właśnie sposób, na własnej skórze, przekonaliśmy się o przychylności stróżów prawa do turystów. Dzięki Bogu dalsza droga przebiegła bez problemów.


Dzień 2 (30.07.2012)

Kijów

Po sześciu godzinach dotarliśmy do Kijowa. Żar lał się z nieba. Rozpoczęliśmy zwiedzanie. Pierwsze co rzuciło się nam w oczy, to fakt, iż przepisy drogowe są tam mało respektowane. Nawet przechodząc przez jezdnię na zielonym świetle, trzeba było uważać na rozpędzone samochody. W powszechnej opinii Ukrainę uważana się za biedniejszy kraj, a na ulicy nie było tego widać. Lexusy, Mercedesy, Bentley’e, Ferrari wciąż mijały nas na ulicach. Najbardziej naszą uwagę przykuła oczywiście uroda Ukrainek. Wiele z nich ma niezwykle zgrabne nogi. Zwiedziliśmy cerkwie św. Michała, która zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Po wielu godzinach dotarliśmy do najpiękniejszego miejsca. Znad wysokiego brzegu Dniepru widzieliśmy panoramę stolicy. Po długim zwiedzaniu głos zabrały nasze brzuchy, domagając się strawy. Wstąpiliśmy do pobliskiej pizzeri gdzie za 40 hrywien zjedliśmy średnią pizze. Z zaspokojonymi brzuchami poszliśmy na zakupy, na dalszą podróż. Około godziny 18.30 byliśmy już na dworcu, aby wydrukować bilety, które kupiliśmy jeszcze w Polsce przez Internet. Dobrze, że byliśmy na dworcu wcześniej, bo jak się okazało kasa międzynarodowa zamykana jest już o 20.30. Na dworcu czas bardzo nam się dłużył. O 22 podstawiono nasz pociąg.  Był to początek 28-godzinnej podróży w głąb Ukrainy. 

Dzień 3 (31.07.2012)

Kijów – Piatagorsk


Jedziemy, jedziemy i końca nie widać. Czas niemiłosiernie się dłużył, słońce wciąż nam doskwierało, ale nikt nie marudził. Świadomość celu podróży dodawała nam sił…  Nad ranem dojechaliśmy do Dniepropietrowska.


Dzień 4 (01.08.2012)

Piatagorsk - Azau

Na dworcu głównym w Piatagorsku byliśmy o 4.30 czasu lokalnego. Chcieliśmy z dworca złapać jakąś marszrutkę do Nalczyka. Jedna, która stała nieopodal, była już pełna, jednak kierowca zadzwonił już po drugą. Na ten sam busik czekał z nami młody Ukrainiec oraz starszy pan z przytroczonym czekanem do plecaka. Gdy podjechała żółta Gazela (nowszy model GAZ’a) kierowca powiedział, że osób jest za mało i on nigdzie nie pojedzie. Nasz krzepki Ukrainiec wdał się w krótką, ale dość intensywną rozmowę z rosyjskim kierowcą. Po chwili przyjechała kolejna marszruta, ale udająca się w innym kierunku niż my. Za kilka rubli podjechaliśmy nią  na dworzec autobusowy. Tam czekaliśmy ok. 30 minut na autobus rejsowy do Nalczyka. Gdy autobus podjechał szybko załadowaliśmy plecaki i usiedliśmy w starym, wysłużonym Ikarusie. Podróż trwała dwie godziny. Większość drogi przespaliśmy. Na miejscu spotkaliśmy dwóch Węgrów, którzy na szczęście mówili po angielsku. Mieli problem z nawiązaniem kontaktu z miejscowymi taksówkarzami. Oni także wybierali się na Elbrus. Wszyscy razem wyruszyliśmy w kierunku miasta na komisariat policji, aby załatwić prepust na strefę przygraniczną. Dowiedzieliśmy się, że dojedziemy tam jedną z marszrutek. Zadziwiającym faktem było to, że marszrutki w Nalczyku opisane są tylko numerami. Nigdzie nie było informacji dokąd dana marszrutka jedzie. Przystanki nie są oznaczone znakami, więc połapanie się w ich komunikacji miejskiej jest naprawdę trudne. Do budynku policji udało nam się dotrzeć przed godziną 800, a komisariat otwierali dopiero o 9.00. Zrezygnowani, zmęczeni udaliśmy się do najbliższego sklepu, aby w końcu coś zjeść.  O godzinie 900 byliśmy już z powrotem pod komisariatem. Czekaliśmy tam ok. pół godziny, aż ktoś z nami porozmawia. Do małego pokoju wszedł Ukrainiec i poinformował nas, że wszelkie pozwolenia załatwia się u pograniczników 250 m dalej. Tam z kolei powiedzieli nam, że to również nie należy do ich obowiązku i należy udać się do straży granicznej. Ci znów odesłali nas do innego swojego oddziału oddalonego ok. km dalej. Tam spędziliśmy 2 h po czym okazało się, że wchodząc na sam Elbrus, to pozwolenie nie jest nam w ogóle potrzebne. Zdenerwowani wędrówką od Annasza do Kajfasza wróciliśmy na dworzec, gdzie zaspokoiliśmy głód. Koło godziny 13 wraz z Węgrami, Ukraińcem oraz starszym panem ruszyliśmy w stronę doliny Baksanu, a dokładnie do Terskola. Po drodze mijaliśmy wioski, w których widać było wiele opuszczonych budynków. W krajobrazie pagórki z pięknie widoczną budową geologiczną. Zbliżając się do Tirnauza można było zauważyć coraz więcej zniszczonych i zdewastowanych zakładów pracy. Na każdym kroku widzieliśmy żołnierzy z karabinami oraz blokady na drogach. Gdy dojechaliśmy do Terskola, Daniel (Ukrainiec) zaprowadził nas do Azau, do kempingu, w którym on spał przed czterema laty. Terskol od Azau dzieli 3,5-kilometrowa droga. Z naszymi ciężkimi plecakami podjęliśmy trud wędrówki. Na miejscu w końcu po czterech dniach podróży mogliśmy wziąć prysznic. Kto by pomyślał, że tak się ucieszymy z bieżącego strumienia wody.  Miejsca na rozbicia namiotów nie było za wiele, ponieważ wszędzie były ruiny starych budynków, kamienie. Wieczór przyniósł deszcz. Wycieńczeni podróżą położyliśmy się spać.


Dzień 5 (02.08.2012)

Azau

Dzień zaczął się pechowo. Najpierw problemy na poczcie z załatwieniem OVIR`u, a potem samochód, który nieomal nas rozjechał. Mieliśmy nadzieję, że tego dnia podjedziemy kolejką co najmniej do stacji MIR, aby tam rozbić obóz drugi. Jednak po niedługiej chwili zaczął padać jak co dzień popołudniu deszcz i nasze plany spełzy na niczym. Zdecydowaliśmy, że Wojtek pójdzie wraz z Węgrami odnieść dokumenty na pocztę. Tam otrzymali rejestrację. W tym czasie ja wraz z Damianem i Kajtkiem wybraliśmy się w górę Azau, sprawdzić, ile kosztuje kolejka do stacji Krugozor (stacja przesiadkowa kolejki na 3000 m n.p.m). Gdy doszliśmy pod dolną stację, zaczął siąpić deszcz. Z oddali obserwowaliśmy grupę Japończyków, którzy akurat zjeżdżali z góry. Każdy z nich był profesjonalnie ubrany. W krótkim czasie deszcz znacznie zyskał na sile. Nie było żadnej szansy, aby zejść 200 metrów niżej do naszych namiotów.  Z racji tego, że nie mieliśmy żadnych ciuchów przeciwdeszczowych po chwili stania bez ruchu zrobiło się nam bardzo zimno. Z zimna wyostrzył się nam humor. Zaczęliśmy śmiać się, że zamarzniemy 200 metrów od namiotu. Gdy tylko deszcz zmniejszył swą siłę, od razu pobiegliśmy do naszych namiotów. Gdy dobiegliśmy do naszych „pałatek”, czekał na nas już Wojtek. Tak jak się obawialiśmy, był cały przemoczony. Wieczorem się rozpogodziło, wraz z  Wojtkiem postanowiłem przejść się na wyższą wysokość, aby złapać troszkę aklimatyzacji. Podchodziliśmy wzdłuż kolejki, stokiem narciarskim. Podchodziło się dość ciężko, ponieważ stok był pod dość dużym nachyleniem, a podłoże było miękkie i sypkie. Gdy przeszliśmy jakieś 350-400 metrów, znaleźliśmy się na wysokości ok. 2700 m n.p.m. Na tej wysokości znajdował się Hostel. Spotkaliśmy tam dwóch Rosjan, z którymi zamieniliśmy kilka słów. Gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski i Wrocławia, powiedzieli, że w hotelu niżej również są alpiniści z naszego miasta. Byliśmy zadowoleni, że nie jesteśmy tu sami. Jak się później okazało, Wrocławianie, o których mówili Rosjanie to Damian i Kajtek, których spotkali podczas ich wyjścia aklimatyzacyjnego. Rozbawili oni nas tekstem:

- Ja znaju pare slow: „Kurwa”, „Ja pierdole”, „Prosto, prosto na Elbrus”

Na odchodne powiedzieli nam: „Dacie rade”. My odpowiedzieliśmy: „Oby Oby!”

Pokrzepieni tymi słowami wróciliśmy do obozu. Czas na sen.

Dzień 6 (03.08.2012)

Azau – Beczki (obóz II)

Pogoda nienajlepsza. Inwentaryzacja bagaży, co niepotrzebne, zostaje. Lżejszy plecak, lżej się idzie. Ostatni raz korzystamy z cywilizowanej ubikacji. Na miejsce II obozu ma nas dowieźć kolejka górska. Ani mi, ani Wojtkowi nie podoba się ten pomysł, chcieliśmy wejść o własnych siłach. Na dodatek zapomniałem zabrać dzienniczek wyprawowy - pech. Małe wagoniki wywiozły nas do stacji Krugozor (stacja pośrednia). Tam postanowiliśmy poczekać około godziny, aby nie wjeżdżać od razu bezpośrednio na górę. Miało nam to pomóc przyzwyczaić się choć odrobinę do wysokości. Na stacji spędziliśmy ponad godzinę. Przez ten czas przewinęło się tam sporo osób, a to niedzielni turyści, a to całe agencje wyprawowe. Po godzinie spędzonej na 3000 m n.p.m. wsiedliśmy do kolejnego wagoniku i w ciągu paru minut znaleźliśmy się na stacji MIR na wysokości 3500 m n.p.m. Tam po raz kolejny zaplanowaliśmy sobie ponadgodzinną przerwę. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to niesamowity syf. Na ziemi leżało pełno śmieci, nikomu niepotrzebnych rzeczy. To różnego rodzaju pręty, to druty i urządzenia kolejki. Pod nogami walały się zerwane druty linii wysokiego napięcia. Do tego wszystkiego można dodać dwumetrowy stos worków ze śmieciami oraz zniszczone i zdewastowane budynki niewiadomego przeznaczenia. Na małym wypłaszczeniu stał barak, który działał jako bar, a wokoło rozbrzmiewała głośna muzyka lecąca z megafonu. Z biegiem czasu postanowiliśmy, iż pomimo wykupionego biletu na ostatnią trasę kolejki, podejść ten kawałek o własnych siłach. Zrobiliśmy tak, aby organizm przyzwyczaił się do wysiłku już na większej wysokości. Podchodziło się dość ciężko, ale szliśmy dość dobrym tempem. Damian z Kajtkiem poruszali się znacznie szybciej niż ja i Wojtek. Z dala widać było już popularne beczki. Po dotarciu do charakterystycznego punktu przywitał nas odrażający zapach odchodów, śmieci oraz różnego rodzaju starych olejów. Tuż nad beczkami znajdował się „parking” dla ratraków, które wywoziły ludzi nawet do trawersu wschodniego wierzchołka. Jak co dzień w godzinach południowych zaczynają się zbierać chmury, zaczyna grzmieć i padać deszcz. Postanowiliśmy schować się w jednym z opuszczonych i zniszczonych budynków. W środku było pełno śmieci, ludzkich odchodów, a część dachu była zerwana. Po kilku minutach deszcz ustąpił. Damian wyruszył szukać miejsca, gdzie moglibyśmy się rozbić. Ten ostatni kawałek do platformy podchodziło mi się fatalnie. Po dotarciu na miejsce, Wojtek zaczął gotować obiad, a ja zająłem się układaniem wiatrochronu dla naszego namiotu. Wieczorem obudziło mnie słońce, które dość mocno świeciło na nasz namiot. Złapałem za górny zamek namiotu, delikatnie go otworzyłem i widok, który zobaczyłem był powalający. Pojedyncze chmurki rozświetlone przez światło zachodzącego słońca. Był to piękny spektakl barw. Doskonale widać było Ushbę, Cheget, Donguzorun i inne szczyty otaczające Elbrus. To właśnie wtedy po raz pierwszy mogliśmy ujrzeć białego giganta w całej okazałości, bo wyłonił się zza chmur. Gdy podziwialiśmy piękny widok, ku górze podchodziły 3 osoby. Gdy do nas zagadnęły, okazało się, że są to nasi sąsiedzi zza południowej granicy – Czesi. Po krótkiej wymianie zdań zmorzył nas sen.

Dzień 7 (04.08.2012)

Obóz II (Beczki) – Obóz III (Priut 11)

Silne słońce uderzające w ściany naszego żółtego namiotu sprawiło, że w środku zrobiło się bardzo gorąco. Nie mogąc dalej spać, otworzyłem namiot i  zobaczyłem przepiękną panoramę bez żadnej chmurki na niebie. Obudziłem chłopaków, aby mogli podziwiać ten niecodzienny widok. Po zjedzeniu śniadania, rozpoczęliśmy dalszą wędrówkę. Na początku próbowaliśmy iść jak najdłużej się dało skałami, dopiero gdy się skończyły, zeszliśmy na lodowiec. Szło się dość ciężko, ponieważ od samego rana mocno operowało słońce, tak iż po lodowcu płynęły masy wody. Temperatura również była bardzo wysoka, jak na taką wysokość, a my szliśmy w krótkich rękawkach. Na ostatnie podejście przed Priutem 11 postanowiliśmy założyć raki, gdyż widzieliśmy, jak ludzie co chwilę się przewracali w mokrym śniegu. Gdy bez problemu przeszliśmy ten odcinek, Damian znów zaczął szukać platformy na namioty. Znajdowały się one jakieś 50 metrów wyżej. Do pokonania miałem zaledwie kilkumetrowe strome podejście, które z ciężkim plecakiem wydawało mi się nieskończenie długie. Co chwilę ktoś nas zaczepiał i pytał, skąd jesteśmy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że przy skałach też są rozbici Polacy. Po paru minutach ciężkiego podchodzenia znaleźliśmy się właśnie pod tymi skałami. Zrzuciłem plecak, usiadłem i odpoczywałem. Grupa Polaków składała się z grupy ok. 30 osób i mieli oni wyprawę organizowaną przez jedną z agencji. Wraz z Wojtkiem zastanawialiśmy się, gdzie rozbić namiot. Postanowiliśmy najpierw rozłożyć namiot, a dopiero później go przenieść w dogodne miejsce. Cała grupa Polaków, była akurat w trakcie składania i pakowania swojego sprzętu. Kilka osób z tej grupy zapytało nas, czy nie potrzebujemy gazu i żywności, ponieważ oni schodzili i ciążyłoby to w ich plecakach. Dla nas kartusze z gazem były jak zbawienie, przy problemach z naszą maszynką paliwową. Na całe szczęście w tej maszynce była nakrętka na kartusze. Dostaliśmy od nich również kilogram rosyjskiej szynki oraz chleb. Po przymocowaniu namiotu do skał, położyliśmy się spać, aby troszkę odpocząć. W namiocie panowała bardzo wysoka temperatura, przez co bardzo ciężko przychodził sen. Ok. godziny 13 na lekko wyruszyliśmy w kierunku Skał Pastuchowa. Z racji dość mocno rozmrożonego śniegu na lodowcu podchodziło się bardzo ciężko. Co chwilę musiałem się zatrzymywać i łapać oddech. Damian z Kajtkiem byli bardzo silni i szybko podchodzili, przez co musieli co pewien czas zatrzymywać się i czekać na mnie, abym do nich doszedł. Po drodze spotkaliśmy 3 Polaków. Po rozmowie dowiedzieliśmy się, że tej nocy chcą spróbować wyjść na szczyt. Umawiamy się z nimi, że jak zejdziemy, to podejdziemy do nich na piwo, ponieważ bazę mieli naprzeciwko poczty w Terskolu. Pogoda od samego rana była piękna, jednak po południu zaczęły pojawiać się pojedyncze chmurki. Gdy świeciło słońce, było bardzo gorąco - można było iść w koszulce z krótkim rękawem, a gdy chowało się za chmurami, robiło się znowu bardzo zimno. Trasa podejścia biegnie najpierw wzdłuż dwu rzędu skał i jest równomierna. Następnie trasa ma lekkie wypłaszczenie i trochę bardziej strome podejście wzdłuż dolnych skał. Jednak ostatnie metry były dla mnie niemal mordercze. Zostało mi 20 metrów stromego podejścia. Robię 5 kroków i muszę odpocząć. Kolejne 5 kroków i znów odpoczynek. Zostało ostatnie dwa metry – jedynie dwa metry, niecałe 5 kroków, a nie potrafię tego przejść na jeden raz. Te kilka metrów wyssało ze mnie wszystkie siły. Siadam na kamieniu i odpoczywam. Damian z Kajtkiem chwilę już byli na górnych Skałach Pastuchowa, więc trochę zmarzli. Żeby trochę się rozruszać, postanowili, że podejdą jeszcze wyżej. Gdy tak siedziałem, a chłopaki powoli ginęli we mgle, rozmawiałem z mamą, która dostarczyła nam aktualnej prognozy pogody. Tej nocy miało spaść ok. 1 cm śniegu, wiatr w granicach 30 km/h. Nad ranem prognoza przewidywała rozjaśnienie. Gdy po dłuższej chwili chłopaki ciągle podchodzili, zacząłem się denerwować, bo było mi coraz zimniej. Pierwszy zaczął schodzić Kajetan, lecz Damian ciągle podchodził. Podjęliśmy decyzję, że dzisiejszej nocy będziemy atakować, ponieważ później pogoda miała ulec załamaniu. Gdy było mi już naprawdę zimno, zacząłem powoli schodzić w dół. Schodziło się znacznie przyjemniej, gdyż śnieg świetnie amortyzował kroki. Po dojściu do namiotu, od razu położyłem się do śpiwora. Tego wieczora nie czułem się najlepiej. Na twarzy byłem bardzo rozpalony i najprawdopodobniej miałem gorączkę od ciągłej zmiany temperatur. Do tego strasznie bolała mnie głowa, więc wziąłem tabletki licząc, że postawią mnie na nogi. Przez cały wieczór leżałem i nie mogłem się ruszyć. Wojtek w tym czasie gotował wodę i przygotował wszystko do ataku szczytowego. Po jakimś czasie przyszedł Kajtek, zapytać jak się czuję. On sam z Damianem także nie czuli się najlepiej. Gdy termosy były pełne, Wojtek również się położył. Przez cały wieczór miałem obawy co do ataku szczytowego. Bałem się, że nie jesteśmy dostatecznie zaaklimatyzowani i że może złapać nas choroba wysokościowa.

 

Dzień 8 (05.08.2012)

I atak szczytowy

W nocy co jakiś czas się budziłem, na namiot padało delikatne światło księżyca. O 145 obudziłem się, ponieważ słyszałem pierwszy ratrak, który wywoził alpinistów do góry powyżej Skał Pastuchowa. Budzę Wojtka, ponieważ początkowo byliśmy umówieni, że budzimy się o 2. Wojtek jednak mnie uświadomił, że gdy spałem chłopaki umówili się pół godziny później. Próbuję zasnąć. O godzinie 2.30 dzwoni Wojtkowi budzik. Powoli wychodzimy ze śpiworów. Ubieram się w ciuchy, które teraz wydają mi się lodowate. Wojtek pierwszy wyszedł z namiotu i poszedł obudzić Kajtka i Damiana. Po chwili przyszedł i powiedział, że Damian fatalnie się czuje i nie idzie tej nocy na szczyt. Wojtek wstawił wodę na herbatę. Ja w tym czasie zdążyłem się ubrać i powoli zacząłem ubierać raki. Damian po chwili wyszedł z namiotu i również zaczął się przygotowywać do wyjścia. Pytał się nas, czy to dobry pomysł, aby dzisiaj wychodzić. Mówił tak, ponieważ na horyzoncie było widać burzę. A po ruchach chmur widać było, że idzie to w naszym kierunku. Wtedy też dopadły mnie kolejne wątpliwości co do słuszności decyzji o dzisiejszym ataku i próbowałem przekonać Wojtka, że może dzisiaj jednak nie wyruszymy na szczyt. Wojtek jednak był bardzo zdeterminowany. Po chwili jednak bierzemy plecaki i ruszamy ku górze. Pierwszy do przodu wyrwał Wojtek. Za nim szedł Kajtek, ja a na samym końcu i Damian. Szedł on bardzo powoli. W pewnym momencie z Kajtkiem poczekaliśmy na niego. Gdy do nas doszedł, nie wyglądał najlepiej. Chłopaki powiedzieli, żebym szedł dalej, a oni nie wiadomo ile jeszcze przejdą. Ruszyłem więc dalej i szedłem z grupą 3 Rosjan. Wojtka widziałem cały czas z przodu. Co jakiś czas się obracał, lecz był ok. 30 min przede mną. Widziałem, że chłopaki chwilę jeszcze podchodzili, jednak po niedługim czasie zmuszeni byli zawrócić. Ja natomiast byłem strasznie zły na Wojtka, że na mnie nie czekał. Po wszystkich moich wątpliwościach odnośnie aklimatyzacji, nadchodzącej burzy i wycofaniu się chłopaków chciałem zawrócić. Ale nie mogłem mu tego przekazać, a nie mogłem również zostawić swojego partnera samego, więc cały czas powoli podchodziłem do góry. Był za daleko, żeby mu przekazać tą informację. Tuż przed ostatnimi metrami Skał Pastuchowa zauważyłem, że Wojtek czeka na mnie. Musiałem pokonać jeszcze to fatalne podejście do górnej części skał. Wyciągnąłem termos z plecaka, wypiłem dwa kubki herbaty i zaczęliśmy z Wojtkiem dalej podchodzić. Szliśmy dość wolno ciągle lekko trawersując zbocze. Wysokość dawała o sobie znać. Co kilkanaście kroków musiałem się zatrzymywać i łapać oddech. Po godzinie zatrzymaliśmy się, wypiliśmy po kubku herbaty, a ja w międzyczasie zmieniłem kurtkę na puchówkę, bo zaczęło mocno wiać. Po ok. 1,5 h od Skał Pastuchowa byliśmy na wysokości ok. 5200 m n.p.m. Wiatr coraz bardziej się nasilał. Do tego padający śnieg, uderzał w nasze twarze jak ostre igiełki. Widoczność była zaledwie na kilka metrów. Jedynie co pozwalało nam iść w dobrym kierunku, to trasery występujące co 30 metrów. Po chwili rozpętała się burza śnieżna i ciężko się szło. Jedna osoba ubrana bardzo profesjonalnie zaczęła się wycofywać. Po chwili widzieliśmy jak duża grupa z przewodnikiem również zaczyna schodzić. Wiedziałem już, że tego dnia nie mamy szans na zdobycie szczytu, gdyż mieliśmy przed sobą przynajmniej 3-4 h podejścia, a w tych warunkach to raczej niemożliwe. Ja zaczynam wykonywać ruchy rękami, aby Wojtek zaczął do mnie też schodzić. Po chwili zastanowienia zaczął powoli schodzić. Zaproponował mi, abyśmy przeczekali to. Ja nie widziałem sensu czekania, bo pogoda była paskudna, wszyscy się wycofywali, a do tego w podmuchach wiatru ciężko dało się ustać na nogach. Schodziliśmy powoli uważnie stawiając każdy krok. Co chwilę zapadaliśmy się w nawianym śniegu. Do tego wiatr dmuchał z dużą siłą, tak że z trudem dało utrzymać się równowagę. Schodziliśmy bardzo zmęczeni. Wojtek co jakiś czas siadał i odpoczywał. Wraz ze zmniejszaniem wysokości wprost proporcjonalnie zmniejszała się siła wiatru i widoczność była lepsza. Wydawało nam się, że namioty są w bardzo dużej odległości od nas. Dopiero ok. godziny 10 doszliśmy do naszych namiotów. Zrzuciliśmy plecaki, usiedliśmy na prowizorycznej ławeczce. Zdjęliśmy raki, a następnie poszedłem do chłopaków powiedzieć im, że już jesteśmy i zapytać się o zdrowie Damiana. Jednak nie było ono najlepsze. Damian nie wyglądał dobrze. Po chwili z Wojtkiem znaleźliśmy się w śpiworach i od razu zasnęliśmy. Obudził nas Kajtek i powiedział, że oni z Damianem będą schodzić na dół. Wojtek przeszedł się do Damiana zobaczyć, jak się czuje i jak wrócił, to mnie przeraził. Powiedział, że jest on tak osłabiony i odwodniony, że trzeba będzie mu znieść plecak. Już wtedy wiedziałem, że jeśli któryś z nas zejdzie na dół, nie będzie szans tej nocy ponowić atak. Jednak zdrowie partnera było ważniejsze. Pomogliśmy Kajtkowi złożyć namiot. Damian w tym czasie siedział i nie mógł nam w niczym pomóc. Ledwo też założył raki. Wojtek wziął plecak i powoli zaczęli schodzić na dół. Ja w tym czasie gotowałem wodę na herbatę, zrobiłem jeden liofilizat. Później położyłem się i czekałem na Wojtka. Co chwilę wychodziłem z namiotu i sprawdzałem czy przypadkiem nie idzie. Po jakimś czasie pogoda znacznie się popsuła i widoczność była na ok. 40 m. Zaczynałem się martwić o niego, ponieważ od rana nic nie zjadł, nie miał ze sobą sprzętu. A przy tej mgle mógł się pogubić na lodowcu, lub lekko zbaczając z trasy wpaść do szczeliny lodowcowej. Na całe szczęście po godzinie 17 przyszedł on do namiotu. Był kompletnie wyczerpany, bo od godziny 2.30 w nocy do 17 po południu nic nie zjadł. A przez cały ten czas wykonywał wysiłek fizyczny. W butach wszedł do namiotu i od razu zasnął. Dałem mu jeszcze herbaty do wypicia i od razu zacząłem gotować wodę na liofilizat. Gdy zjadł, położyliśmy się spać. Co jakiś czas wystawiałem głowę, by zobaczyć, jaka pogoda jest na zewnątrz. Przez cały czas było pochmurnie i mgliście. Podjęliśmy wspólnie z Wojtkiem decyzję, że tej nocy na pewno nie ruszymy na szczyt i ostatnią szansę będziemy mieli w nocy z poniedziałku na wtorek.

 

Dzień 9 (06.08.2012)

Dzień restu

Mieliśmy prawie całą pierwszą noc przespaną. Rano obudziła nas lejąca się woda z sufitu. W środku namiotu było ciemno. Gdy dotknąłem sufitu poleciał na mnie strumień wody, a na dachu było dużo śniegu. Gdy otworzyliśmy namiot, okazało się, że napadało ponad 10 cm śniegu. Szybko się ubrałem, wziąłem menażkę i jak najszybciej zrzucałem śnieg z dachu. Po całej operacji wskoczyłem z powrotem do śpiwora. Rano powoli wyjrzałem przez namiot i pogoda była jak zwykle pochmurna, więc nie wychodziliśmy z namiotu. Po godzinie 10 Wojtek wyszedł w końcu na zewnątrz i zaczął gotować wodę na herbatę. Słońce powoli zaczęło wychodzić za chmur. Po chwili powiedział, żebym również wyszedł się dotlenić. Szybko się zebrałem i wyszedłem na zewnątrz. Wypiłem herbatę i poszedłem usiąść na skały, aby podziwiać widoki. Gdy tak siedzieliśmy z Wojtkiem zauważył, że po drugiej stronie stoku, jest trójka ludzi, a jeden z nich ma żółte spodnie takie jak Kuba, którego spotkaliśmy podczas podejścia na Skały Pastuchowa. Wojtek poszedł do tej trójki. Ja siedziałem dalej, a poniżej zaczął się spektakl. Jedna dziewczyna poniżej robiła sobie sesję zdjęciową w samym bikini na lodowcu. Wojtek w tym czasie umówił się z Polakami, że o 1 w nocy spotykamy się na szlaku i razem atakujemy. Ugotowaliśmy wodę na liofilizat, następnie pokroiliśmy rosyjską kiełbasę, którą otrzymaliśmy od Polaków. Ponieważ nie wyglądała najlepiej, poddaliśmy ją obróbce termicznej na patelni. Wytopiło się z niej mnóstwo tłuszczu. Dodaliśmy to do naszego spaghetti bolognes. Po południu zaczęliśmy gotować wodę na herbatę do ataku szczytowego. Wieczorem zrobiliśmy kolejny liofilizat. Risotto curry z kurczakiem w migdałach, ananasie i rodzynkach. Gdy wziąłem do ust łyżkę z małą porcją myślałem, że zwymiotuje. Było to tak niedobre, że nie mogliśmy tego zjeść. Wojtek wziął kilka łyżek i też musiał się poddać. Ok. 18 położyliśmy się spać, lecz sen nie przychodził. Strasznie się męczyliśmy, nie mogąc zasnąć. Ja włączyłem swoją MP3 i słuchałem muzyki. Pearl Jam – Just Breath, Pink Floyd oraz Lady Pank – wspinaczka. Co chwile odtwarzałem te same piosenki. W końcu ok. 21 udało nam się zasnąć.


Dzień 10


II atak szczytowy

Budzik dzwoni równo o północy. Budzimy się ze świadomością, że w Polsce jest dopiero 22 i wszyscy powoli będą kłaść się spać. A my? My musimy wyjść w środku nocy. Wojtek był bardzo podekscytowany. Zbudził mnie słowami:

- Paweł! Wstawaj ! wychodzimy! No dawaj, dawaj! Wstawaj!

Jego ekscytacja i entuzjazm udzieliły się także mnie. Mimo, że do wyjścia mieliśmy prawie godzinę czasu, Wojtek szybko się ubrał i wyszedł z namiotu. Poprosiłem, by ugotował wodę na herbatę. Sam zabrałem się za ubieranie. Nauczony po uprzednim ataku szczytowym, że rano ciuchy są bardzo zimne, wszystkie na noc wrzuciłem do swojego śpiwora. Dzięki temu były dość ciepłe. Ubrałem się i wyszedłem. Założyłem raki i czekałem na herbatę. Po jakimś czasie zauważyliśmy czołówkę od naszych polskich znajomych, która przesuwała się w naszym kierunku. To był Kuba. O godzinie 1.15 zaczęliśmy podchodzić. Do przodu wyrwał Wojtek i Grzegorz. Szli naprawdę szybko i po godzinie marszu byli daleko przede mną. Gdy doszedłem jednak do Skał Pastuchowa, Wojtek i Grzegorz byli już wysoko, mniej więcej w miejscu, do którego doszliśmy poprzednim razem z Wojtkiem. Ja na chwilę schowałem się za dużym kamieniem, aby ochronić się od wiatru. Napiłem się herbaty i ruszyłem dalej. W miedzyczasie pod skały podjechał ratrak i wysadził grupę ludzi. Szli jakieś 20 metrów za mną. W ciągu drogi kilkukrotnie chciało mi się wymiotować, bo odbijał mi się wczorajszy liofilizat. Szedłem z tą grupą przez większość trawersu. Raz ja byłem z przodu, później oni mnie wyprzedzali i tak w kółko. Wyciągnąłem aparat. Zza chmur wyłonił się piękny widok. Gdy byłem niedaleko przełęczy, zaczęło dość mocno wiać. Warunki pogodowe się pogorszyły. Trójka schodzących ratowników powiedziała do mnie, że na górze jest bardzo niebezpiecznie i żebym nie szedł dalej. Pomimo ostrzeżeń ruszyłem ku szczytowi. Szedłem bardzo powoli, co chwilę zatrzymując się i łapiąc oddech. Zauważyłem Grzegorza, który schodził, nawiązaliśmy krótką rozmowę. Powiedział, że do szczytu mam jeszcze ok. 40 minut.  Po chwili doszedł do nas Wojtek. Był zdziwiony, że byłem sam. Powiedziałem chłopakom, że idę sam i prosiłem, żeby czekali na mnie na przełęczy. Rozdzieliliśmy się. Ja szedłem cały czas do przodu. Przede mną nie było nikogo. Widoczność była bardzo słaba, więc szliśmy wzdłuż traserów. Wiatr tak mocno wiał, że parę razy dość mocno zwiewało mnie ze szlaku. Jakby tego było mało, musiałem stać bokiem do kierunku wiatru, bo nie dało się oddychać. Po ok. 15 minutach zauważyłem górkę o wysokości 3 metrów. Wspiąłem się na czworaka, bo na nogach nie dało się ustać. Gdy wyjrzałem na szczyt górki po raz kolejny moim oczom ukazał się charakterystyczny kamień ze szczytu. W mojej głowie była myśl: „Jest! Udało się. Teraz tylko kilka zdjęć, żeby udokumentować i schodzę. Boże daj mi zejść!” Usiadłem. Ostrożnie wyciągnąłem aparat, żeby przypadkiem nie wypadł mi z ręki i zrobiłem sobie zdjęcie. Jeszcze chwilę cieszyłem oko tym niezwykłym i powalającym widokiem i zacząłem schodzić. Znowu kierowałem się od tyczki do tyczki. Wiatr ciągle przybierał na sile. Pod koniec wywłaszczenia spotkałem kilku ludzi, którzy złożonymi rękami wyciągniętymi ku górze gratulowali mi wejścia. Postanowiłem założyć gogle. Miały żółte szybki, więc nie było widać różnicy między śniegiem a mgłą. Po prostu jedna wielka biel. Zrobiłem kilka kroków i spadam... czuję, że spadam! Po chwili jednak zatrzymuję się w śniegu. Spadłem jakieś 3 m. Znów schodzę, tym razem uważniej stawiając kroki. Kilkukrotnie się przewracam. Idę, ciągle idę. Od tyczki do tyczki. W pewnym momencie kończy się ślad. Nie widzę ani tyczki, ani śladów ścieżki. Zaczynam się bać. „Żebym przypadkiem nie zgubił się na 140 km2 lodowca”- myślę. Schodzę dalej. Po chwili do mych uszu dobiega muzyka, która bardzo ładnie brzmiała. Pomyślałem, że być może to muzyka ze schronu, który miał się znajdować na przełęczy. Schodziłem i co jakiś czas gubiłem tyczki. Musiałem się zatrzymać. Byłem potwornie zmęczony i nie miałem siły iść dalej. Chciałem usiąść. Chciało mi się płakać, bo nie miałem już sił. Wyciągnąłem termos, żel energetyczny i po chwili mogłem iść dalej. Po kilkunastu minutach marszu wiatr słabnął, a z mgły wyłoniła się trasa. Nie byłem już sam. Szedł ze mną Wojtek. Cały czas powoli schodziliśmy. Poniżej Skał Pastuchowa pogoda była bardzo przyjemna. W promieniach słońca dotarliśmy do Grzegorza, Adama i Kuby. Pogratulowali nam wejścia. Po krótkiej relacji, zrobiliśmy pamiątkowe fotografie i poszliśmy się pakować. Po prawie 1,5 h pakowania, złożyliśmy namiot, zebraliśmy śmieci i ruszyliśmy w dół. Lodowiec był strasznie roztopiony i szliśmy praktycznie po kostki w wodzie. Musieliśmy jeszcze przetrawersować lodowiec, aby dojść do górnych beczek, by wziąć śmieci z naszego poprzedniego obozu. Gdy doszliśmy do skał Wojtek poprowadził mnie „ścieżką”, której nie było. Szliśmy przez kamienie, a ja przeklinałem, że wybrał tak drogę zamiast iść dalej lodowcem. Gdy doszliśmy na miejsce obozu II, zabraliśmy śmieci i popędziliśmy do górnej stacji kolejki. Bez zatrzymywania wsiedliśmy na wątpliwej jakości krzesełka. Krzesełka były pojedyncze, a plecaki musieliśmy mieć założone na przód, przez co nie mogliśmy zapiąć zabezpieczenia przed wypadnięciem. . Dojechaliśmy do Stacji MIR. Tam przesiedliśmy się do gondolek i szybko znaleźliśmy się w Azau. Oddaliśmy karty do kasy i poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Każda z knajpek pozostawiała wiele do życzenia, ale po 6 dniach jedzenia różnego rodzajów świństwa i tak było nieźle. Zamówiliśmy szaszłyki z kurczaka i baraniny. Nie były tanie, ale warto było. Zeszliśmy do naszych namiotów i się pożegnaliśmy z chłopakami. Gdy doszliśmy do namiotów, zobaczyliśmy Damiana w dość dobrej kondycji. Mówił nam, że miał myśli, żeby podejść znowu na górę, jednak jak my zdobyliśmy szczyt, dobrze by było jakbyśmy już dzisiaj złapali coś do Mineralnych Wód. Szybko więc się wykąpaliśmy, dopakowaliśmy rzeczy, które zostawiliśmy i po 2 godzinach pożegnaliśmy się z Kajtkiem, który miał bilety na jutrzejszy pociąg do Kijowa. Gdy szliśmy do Terskola chcieliśmy złapać marszrutę do Wód. Jednak nic nie jechało. W Terskolu natomiast spotkaliśmy jednego kierowcę, który jeździł taksówką właśnie do Wód. Niestety za przejazd chciał 2800 rubli. Po negocjacjach zszedł na 2500. Ale i ta cena nie była najlepsza. Myśleliśmy już, żeby rozbić się tam i poczekać do jutra, bo nie było pewności, czy dostaniemy bilety na nocny pociąg do Rostova. Po chwili zastanowienia zgodziliśmy się jednak na kwotę 2400 rubli. Zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy starą Ładą w trasę licząca prawie 200 km. Łada nie najlepiej trzymała się drogi i na każdym zakręcie wypadała na przeciwległy pas ruchu. Auto było rozpędzone do 130 km/h. W środku czuć było gaz LPG. Gdy kierowca odpalał papierosa, myśleliśmy że auto po chwili wyleci w powietrze. Na jednym z zakrętów pędzące BMW ścięło zakręt i o mały włos nie zderzyło się z nami. Nie mielibyśmy żadnych szans w starej Ładzie. Przy każdym wjeździe do miejscowości stały patrole policyjne i wojska. Na jednym z takich wjazdów, policjant, który zaświecił do środka naszej Łady, kazał zjechać na pobocze. Musieliśmy wszyscy wysiąść z samochodu i dać mu dokumenty. Kierowcy kazał otworzyć bagażnik. Baliśmy się, że będziemy musieli wszystko wyciągnąć i pewnie później zapłacić łapówkę. Jednak gdy policjant zobaczył, że mamy sprzęt alpinistyczny, oddał nam paszporty i pozwolił jechać dalej. Po 2,5 h dojechaliśmy do Wód Mineralnych. Tam chcieliśmy dostać bilety pociąg do Rostova nad Donem. Udało się, były wolne miejscówki. Dwie koło siebie i jedna w osobnym wagonie. Stamtąd mieliśmy nadzieję, że złapiemy pociąg do Kijowa bądź Lwowa. W pociągu znów była straszna temperatura. Już od samego siedzenia byłem mokry.
 
 

Dzień 11

Wody Mineralne - Dnietropietrowsk

W Rostovie nad Donem chcieliśmy złapać pociąg do Kijowa lub Lwowa. Jednak takowych nie było. Przeszliśmy na dworzec autobusowy. Z racji tego, że Rostov leży już niedaleko Ukrainy, chcieliśmy się dostać do Doniecka. Po odczekaniu dłuższej chwili w kolejce pani w okienku powiedziała, że dzisiaj już nie dojedziemy do Doniecka, bo nie ma biletów. Otworzyliśmy mapę w celu odszukania większej miejscowości już na Ukrainie. Najbliżej był Mariupol. I był do niego autobus. Zadziwiło nas jednak to, że autobus, który miał do przejechania 180 km, jechał ponad 6 h. Autobus nie był za duży, ale za to klimatyzowany. Niestety w środku od słońca i tak ledwo dało się wysiedzieć. Najgorzej z nas wszystkich miał Damian. Z racji swojego wzrostu nogi miał podkurczone i musiał je trzymać niemal przy swojej brodzie. Jechaliśmy wzdłuż brzegu morza Azowskiego. W krajobrazie można było zauważyć ciągnące się po horyzont pola pełne żółtych słoneczników. Gdy dojechaliśmy do granicy rosyjsko-ukraińskiej, musieliśmy wysiąść z bagażem z autobusu. Gdy weszliśmy do budynku straży granicznej, ustawiliśmy się w kolejce do odprawy. Oficer spytał tylko co mamy w plecakach i jak odpowiedzieliśmy, że sprzęt alpinistyczny, odszedł od nas. Problemy zaczęły się dopiero, gdy Damian przechodził odprawę. Pani kontrolerka chciała od nas rejestrację. Mieliśmy nasz druk z poczty, jednak nie mieliśmy karteczki migracyjnej, która jest wymagana. Niestety tę karteczkę powinniśmy dostać na granicy, kiedy wjeżdżaliśmy do Rosji. Nasz OVIR był wydrukowany, a nie na oryginalnej karteczce. Po krótkiej rozmowie miła pani w okienku puściła nas dalej. Ukraińscy celnicy wzięli od nas tylko paszporty i przybili pieczątkę. Ruszyliśmy dalej w podróż. Gdy dojechaliśmy ok. 12.30 do Mariupola, słońce grzało niesamowicie. Było ponad 35oC. Chcieliśmy dostać się na dworzec kolejowy. Ludzie powiedzieli nam, że dojedziemy tam dwoma nr marszrutek. Przyjeżdżały wszystkie nr oprócz naszych, nawet podwójnie, a naszych jak nie było tak nie było. Postanowiliśmy iść na nogach w kierunku dworca. Doszliśmy do głównej ulicy miasta i tam pytaliśmy się, jak dalej iść. Ludzie znów powiedzieli, żebyśmy poczekali na marszrutę. I znów sytuacja się powtórzyła, przyjeżdżały wszystkie nr oprócz naszych. Po pół godzinie czekania znów stwierdziliśmy, że pójdziemy na nogach. Gdy po pół godzinie zapytaliśmy o drogę, młody człowiek powiedział, że obok jest przystanek i tam musimy pojechać marszrutą nr 23. Na całe szczęście akurat jak podchodziliśmy, busik podjechał. Damian z Wojtkiem zapakowali się z tyłu, a ja nie miałem szansy wejść, bo tyle osób było. W końcu wepchnąłem się z plecakiem z przodu podając go prawie do kierowcy. Jechaliśmy dość długo, więc całe szczęście, że podjechaliśmy ten kawałek. Na dworcu kupiliśmy bilety. Najpier wagonem „kupiejnym”, gdzie w zamykanym przedziale są 4 łóżka do Dnietropietrowska. Stamtąd mieliśmy bilety na plackarty do Lwowa. W Mariupolu zakupiliśmy wodę oraz jedzenie na podróż. Sama jazda pociągiem przebiegła całkiem sprawnie i przyjemnie. O 23.30 byliśmy w Dnietropietrowsku. Tam musieliśmy poczekać na pociąg do Lwowa, który mieliśmy o 5.30.  Weszliśmy do jednej poczekalni, ale tam odrzucił nas odór ludzi bezdomnych. Kręciło się tam wiele podejrzanych osób. Poszliśmy do drugiej poczekalni. Była ona płatna, ale nie były to duże pieniądze. Za to skutecznie powstrzymywała najbiedniejszych mieszkańców Ukrainy. Co godzinę zmienialiśmy się, aby cały czas choć jeden z nas nie spał i doglądał naszych rzeczy. Noc była naprawdę ciężka.


Dzień 12

Dnietropietrowsk – Medyka



O godzinie 5.20 podjeżdża nasz pociąg. Wysiadają z niego sami opaleni ludzie. Pociąg ten jechał akurat z Krymu. Szybko wrzuciliśmy plecaki na siatki i położyliśmy się spać. Obudziliśmy się dopiero ok. 11, gdy w pociągu znowu robiło się ciepło. Przez pociąg znów przeszedł cały bazarek. Skusiliśmy się na lody, ponieważ mogliśmy pani zapłacić w rublach, które nam jeszcze zostały. W pociągu chciałem dokończyć relację, jednak tak trzęsło, że nie dało się pisać. Po za tym wszystkie 3 moje długopisy się wypisały. Bez problemów dojechaliśmy do Lwowa o godzinie 00.30. Damian zaczął szukać marszrutek do medyki bądź tez autobusu. Gdy jednak nic takiego nie było. Zapytaliśmy taksówkarza, ile by wziął za kurs do Medyki. Za 300 kopiejek zdecydowaliśmy się na tę podróż. Lwów mimo że nie widzieliśmy go za dużo, zrobił na nas spore wrażenie. Taksówkarz opowiadał nam, co zrobiono przed Euro2012. Jedna z prac było wykonanie nowej drogi z Medyki do Lwowa. Dlatego też jechało się bardzo przyjemnie ku polskiej granicy. Po niewiele ponad godzinę czasu byliśmy już pod granicą z Polską. Na granicy była duża kolejka. O 2 w nocy myśleliśmy, że będą pustki na przejściu. Jednak mały ruch graniczny w nocy kwitnie w najlepsze. Ukraińcy przechodzą granicę po polskie produkty. Byliśmy także tym zdziwieni, że to nie oni przywiozą do naszego kraju tanią wódkę i papierosy, tylko sami przechodzą głównie po polskie mięso oraz sprzęt RTV i AGD. Strażnicy z Polski przepuścili nas obok tej kolejki i mogliśmy iść na odprawę. Chwilę później stanęliśmy stopą w naszym kraju. Gdy przeszliśmy kawałek od budynku służby granicznej, przeżyliśmy szok. Do przekroczenia granicy w drugą stronę stało ok. 2000 osób, które pełne jakiś pakunków czekały na przejście. My czekaliśmy chwilę na mojego tatę, który nas odebrał z przejścia w Medyce.  Damiana i Wojtka odwieźliśmy na dworzec w Przemyślu. Tam się pożegnaliśmy i tak skończyła się ta niezapomniana przygoda. Pozostały wspomnienia, zdjęcia i miłość… Miłość do gór. Miłość, która nie skończy się nigdy.

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2017-06-16
HYDEPARK
 

Przewodnik przyrodniczy po Tatrach Polskich

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-06-06
HYDEPARK
 

Od marzenia do przygody. Wszystko o wędrowaniu. TREK

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com