facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-05-22
 

Zadanie na weekend - Mount Chephren

Planowaliśmy zwyczajną trzydniową wycieczkę na Wild Thing na północno--wschodniej ścianie Chephren, ze śpiworami i wszystkimi rzeczami niezbędnymi do biwakowania. Niestety, plany planami, a praca pracą – w rezultacie został nam do dyspozycji weekend...
Tekst: Rafał Sławiński

Tłumaczenie: Katarzyna Okuszko


Pogoda i warunki śnieżne były jednak zbyt dobre, żeby odpuścić i w ten sposób narodził się pomysł zrobienia tej drogi w stylu „single push”.

Godzina 0 (2.30 rano, sobota, 21 lutego). Zdaję sobie sprawę, że zaraz zadzwoni budzik. Czas wstawać!

Nigdy nie śpię dobrze przed wielkimi wspinaczkami i tym razem nie było wyjątku. Byłem zbyt podniecony tym, co ma nadejść, żeby się rozluźnić. Sprawdzałem zegarek co godzinę. Poczułem ulgę, kiedy w końcu wstałem i ruszyłem w drogę.

Po 1.5 godzinie (4.00 rano). Zabieram Eamonna z Canmore. Zatrzymujemy się na śniadanie w czynnym przez 24 godziny barze Tima Hortona. Eamonn bierze krem bostoński, a ja szarlotkę.

Jedynym sposobem na przełknięcie śniadania o tak wczesnej porze jest jedzenie go w półśnie. Smażone na obfitym tłuszczu ciasto zsuwało się powoli do żołądka, kiedy jechaliśmy pustą autostradą Trans-Canada.

Po 4 godzinach (6.30 rano). Zaczynamy podchodzić na nartach pod ścianę.

Spotkaliśmy Dana, który przyjechał z Jasper, w miejscu gdzie niewielki potok przeplywa pod Icefields Parkway. To nie jest oczywisty punkt, szczególnie w ciemnościach, ale znaliśmy go z innych przygód na Chephrenie. Pakowanie bez sprzętu biwakowego poszło szybko i wyruszyliśmy w drogę.

Po 6 godzinach (8.30 rano). Zaczynamy pierwszy wyciąg.

Przeszliśmy po wielkim lawinisku poniżej środkowego żlebu. Było to nieme przypomnienie lawin, które tu schodzą wraz z pierwszymi oznakami złej pogody. W zeszłym roku zlapała nas w ścianie  burza i nie jest to doświadczenie, które chcielibyśmy powtórzyć. Tym razem jednak pogoda była idealna i wkrótce posuwaliśmy się w górę po zielonym lodzie i śniegu o konsystencji styropianu. Start na wprost oznaczał wolniejsze wspinanie w lodzie zamiast szybszego brnięcia przez śniegi na standardowym wariancie. Przyszliśmy tu jednak właśnie po to – aby się wspinać.


Wspinaczka na The Wild Thing. Fot. arch. Rafał Sławiński

Po 16 godzinach (6.30 wieczorem). Zakładamy czołówki. Zaczynamy kluczowy wyciąg.

Cały dzień przebiegł gładko. Na zmianę wspinaliśmy się estetycznymi wyciągami lodowymi lub zaśnieżonymi żlebami ubitymi przez pyłówki. Po dłuższym czasie wspinania z lotną asekuracją, oddzieleni 70-metrową liną, spotkaliśmy się znów na małym stanowisku pod owianym złą sławą kluczowym wyciągiem. Blask dnia szybko odchodził, ale droga przed nami była oczywista, nawet w świetle czołówki. Po ciasnym kominie nastąpił delikatny trawers po gładkiej płycie, który doprowadził do zacięcia podprowadzającego pod okap strzeżony przez wielki grzyb śnieżny. Na szczęście maleńka szczelina po lewej stronie, w sam raz na ostrza dziabek, pozwoliła na obejście tej przeszkody. Jeszcze jeden wyciąg i byliśmy nad najtrudniejszą barierą skalną.

Po 20,5 godzinach (11.00 wieczorem). Wykopujemy półkę i siedzimy na plecakach, czekając aż Eamonn zrobi wegetariańskiego liofa.


Bałem się, że stracimy nasz rytm i chciałem się dalej wspinać, ale Eamonn słusznie zauważył, że powinniśmy zrobić przerwę i uzupełnić płyny. Kiedy ja się trząsłem, a Dana drzemał, Eamonn topił śnieg i produkował litry cudownie gorącego napoju.

Po 22,5 godzinach (1.00 nad ranem, niedziela). Wstajemy. Zdaję sobie sprawę, że jestem przemarznięty i zesztywniały. Zaczynam kolejny wyciąg.

Chociaż noc nie była zbyt zimna, a do tego wyjątkowo bezwietrzna, zmarzliśmy. Na szczęście nie mieliśmy zamiaru biwakować. Niestety, ponowne rozpoczęcie wspinaczki było trudniejsze niż siedzenie i trzęsienie się z zimna, szczególnie na początku. Pierwszy wyciąg po odpoczynku, choć nietrudny, był kruchy i wymagał koncentracji – czegoś, z czym w tym momencie miałem spore kłopoty.

Po 28 godzinach (6.30 rano). Zasypiam na stanowisku, autoasekuracja z liny ratuje mnie przed odpadnięciem.

W pewnym momencie w przedświtowych ciemnościach uciekła ze mnie cała energia i z wdzięcznością oddałem prowadzenie Eamonnowi. Moje ciało zdecydowanie nalegało, żeby te poranne godziny przespać, a nie przewspinać. Korzystałem więc ze stanowisk, aby dać mu to, co mu się należało. Na szczęście Dana przejął obowiązki asekurującego, inaczej niż przed rokiem na Mount Wilson, kiedy zasypiałem, asekurując Jona (to jednak inna historia).

Po 33 godzinach (11.30 rano). Wychodzimy fajną lodową rynną dziesięć metrów poniżej szczytu. Jesteśmy bardzo szczęśliwi.


Zabawne, że jak tylko słońce wzeszło nad dnem doliny, poczułem się odświeżony jak po pełnowartościowym odpoczynku. Z zapałem przejąłem prowadzenie ostatnich wyciągów.
Żyła szarego lodu alpejskiego prowadziła prawie pionowym żlebem. Zanurkowałem pod zaklinowany kamień i następnym wrażeniem, które do mnie dotarło, było jasne światło południowego słońca na wymiecionym przez wiatr piarżystym zboczu. Wkrótce po tym moi przyjaciele dołączyli do mnie i razem pokonaliśmy ostatnie metry dzielące nas od szczytu.

Po 37,5 godzinach (4 po południu). Wykończeni wracamy.


Przedzieraliśmy się krok za krokiem w głębokim, parszywym śniegu po dnie doliny. Na szczęście Dana dostał wiatru w żagle i torował drogę przez całe zamarznięte jezioro Chephren i dalej przez las. Idąc kilkaset ostatnich metrów wzdłuż szosy, czułem się jak we śnie. Mijany przez zdziwionych turystów patrzyłem na wielką ścianę, która jeszcze tak niedawno nas pochłaniała…

Po 39 godzinach (5.30 po południu). Eamonn kupuje mi latte w Lake Louise.


Eamonn odpłynął na siedzeniu koło mnie, niewiele brakowało, żeby ze mną stało się to samo. Aby temu zapobiec, próbowałem wycisnąć jak najwięcej energii z Iggy Popa. Na szczęście potężna dawka kofeiny szybko zaczęła czynić cuda i znowu byliśmy w drodze, stanowiąc mniejsze ryzyko dla siebie i pozostałych użytkowników drogi.

Po 41,5 godzinach (8 wieczorem). Docieram do domu.


Prysznic, szybka kolacja i rzut na łóżko. Rano, po przebudzeniu, cały weekend wydawał mi się jednym wielkim zamazanym snem, którym w pewnym sensie naprawdę był.

Powyższy tekst dotyczy szóstego przejścia The Wild Thing (1300 m deniwelacji, VI M7 WI5), drogi znajdującej się na północno-wschodniej ścianie Mt. Chephren (3266 m) w Górach Skalistych Kanady. Autorami tej wspinaczki byli: Dana Ruddy, Rafał Sławiński i Eamonn Walsh. Było to pierwsze przejście drogi z wariantem prostującym na starcie i pierwsze przejście zimowe drogi wycenionej na VI (odpowiednik mniej więcej alpejskiego ED) w stylu „single push” w Górach Skalistych.

GÓRY, nr 4 (179) kwiecień 2009
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com