facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-08-31
 

Z Diablaka na Rysy

Relacja z tygodniowego wypadu w Beskidy i Tatry. Pogoda piękna..., widoki też;)
Z Węgierskiej Górki na Rysy

13.VII – 17.VII.2009

12 VII 2009. Od jutra pierwszy mój taki wyjazd w góry. Tydzień z plecakiem, namiotem, biwak w na szlakach. Z Beskidów w Tatry. Po raz pierwszy też wybieram się na takie tatrzańskie szczyty. Po Tatrach chodziłem, owszem..., ale bardziej dolinki lub niewielkie szczyty. Pierwsze moje zastanowienie – jak to będzie? Pierwszy raz takie szczyty i od razu na łańcuchy… No zobaczymy. Wierzę w siebie… Na pewno się uda.

Trasa daleka. Co tak właściwie wziąć do plecaka, a co zostawić? Trudno… plecak spakowany. Trochę ciężki. Będzie najwyżej szybka lekcja, co zbędne, a co nie. Woda, trochę jedzenia w torebkach, kuchenka turystyczna, trochę ubrań na zmianę. Wydaje mi się, że wszystko jest.

Planowana trasa: Węgierska Górka i dalej czerwonym szlakiem przez Halę Rysiankę, Halę Miziową, Babią Górę, Kiczorę, Jordanów. Następnie 2 dni w Tatrach…, czyli po prostu Rysy. Takie plany. Co z nich wyjdzie, okaże się w trakcie. Najważniejsze jednak, co chcę przez te parę dni osiągnąć, to próba przezwyciężenia swoich słabości.

13 VII 2009. Dzień pierwszy. Wyruszam z koleżanką z Bochni o 5:47. Potem przesiadka w Krakowie. Na miejscu jesteśmy o 10:30. Przed wyruszeniem na szlak jeszcze pora parę rzeczy dokupić, o których człowiek zapomniał przy pakowaniu. O 11 ruszamy przed siebie. Pogoda piękna od samego początku. Słońce z nieba przypieka. Ale tego człowiekowi potrzeba było po tak długim okresie deszczy. Im wyżej coraz bardziej odsłaniają się piękne widoki. Po przejściu małego odcinka na szlaku, spotykamy dwójkę wędrowców. Po rozmowie okazuje się, że idą już trzeci dzień. A w planie przejście całego czerwonego szlaku beskidzkiego. Jeden z panów wyraźnie zostaje w tyle. Okazuje się, że zatrzymują go małe problemy zdrowotne. Ale nie poddaje się i idzie dalej. Po jakimś czasie rozstajemy się z towarzyszami wędrówki i dalej już idziemy sami. Po paru kilometrach ciężar plecaka powoli daje o sobie znać. W miarę upływu dnia przystanki muszę robić coraz częstsze. Powoli zaczynam widzieć, co tak właściwie mogłem zostawić lub wymienić na coś innego. Taka szybka lekcja. Nic… Następnym razem już będę wiedział, z czego człowiek powinien zrezygnować. No i jeszcze ten mój aparat. Ale z niego nie zrezygnowałbym nigdy.

Pierwszy dłuższy postój wypada przy schronisku na Hali Rysianka. Pora uzupełnić zapasy wody. Coś słodkiego też się przyda. Schronisko wygląda dość przyjemnie, chociaż trochę bardziej jak hotel. Nawet sauna się znalazła… Przy okienku do baru też zaskoczenie… Żeby cokolwiek kupić, trzeba było poczekać ok. 10 minut zanim ktoś przyszedł. Nie wiem.. Może za cicho dzwonek przy ladzie działa? Zaczynamy się powoi zbierać, a tu niespodzianka. Dochodzą do schroniska nasi znajomi z początku wyprawy. Niestety zdrowie nie pozwala jednemu jednak iść dalej. Wyszło, że pora na rekonwalescencję. Robią sobie 2 dni odpoczynku. Zostawiamy ich i idziemy dalej. Jeszcze trochę przed nami. Chcemy dojść do schroniska na Hali Miziowej i tam rozbić namiot.

Na miejsce dochodzimy ok. 20-stej. Niestety przy schronisku nie ma pola namiotowego. Pozwalają się rozbić, ale na własną odpowiedzialność, bo to park narodowy. Dochodzimy do wniosku, że weźmiemy jednak sobie nocleg w schronisku. Cena nie jest duża szczególnie, że posiadamy legitymację członkowską PTTK-u. Ze zniżką nocleg wynosi nas po 16 zł od osoby. Jeśli chodzi o schronisko… Kolejne, które wygląda jak typowy hotel. Po częstych wycieczkach w Pieniny, Gorce, Beskid Wyspowy widoki takich schronisk trochę mnie zdziwiły. Jednak zdecydowanie jestem wielbicielem małych przytulnych bacówek. Ale obsługa dość przyjemna. Pokój też niczego sobie. Wszystko porozkładane, przygotowane do spania. Można wybrać się na robienie kolacji. Kuchenka przydała się po raz pierwszy. Zupka tradycyjnie z torebki, tzw. 3 minutki. Nie ma to jak posiłek przy widoku zachodzącego słońca. Do tego jeszcze z górami w tle. I co tu ukrywać człowiek głodny, ale zamiast zjeść ciepłą zupę, biorę aparat. Jedzenie może poczekać.

14 VII 2009. Pobudka wcześnie, bo o 4.00. Szybkie śniadanie, jeszcze parę zdjęć wschodu słońca i ruszamy dalej. Dzisiaj trochę do przejścia jest… Ruszamy z Hali Miziowej, a przed nami m.in. Przełęcz Glisne, Student, Beskid Korbielowski, Beskid Krzyżowski, Jaworzyna, Przełęcz Głuchaczki, Mędralowa, no i Babia Góra. Z noclegiem zobaczy się jak wyjdzie. W końcu namiot po coś się taszczy?! Pierwszy przystanek to Beskid Krzyżowski. Tu pora na małe co nieco. Czyli kaszka z owocami na ciepło oraz kisiel z dodatkami własnymi… Po małym odpoczynku danym stopom, pakujemy cały sprzęt i idziemy dalej. Co jakiś czas pojawia nam się widok dzisiejszego celu. Mijamy Jaworzynę i ok. 12.00 docieramy do przełęczy Głuchaczki. Tu przerwa na obiad. Rozkładamy powoli karimatę i kuchenkę polową. I tu niespodzianka. Na obiad Asia przygotowuje pyszny żurek z kabanosami i jajkami. Po prostu palce lizać. Niestety dokładki nie było, a szkoda. Ale wiem, z kim następny wypad w góry można zrobić:)

Godzinka odpoczynku i podejmujemy decyzję, że omijamy Mendralową i odbijamy żółtym szlakiem na Słowację. I tu pojawił się problem. Bo niestety mapa pokazuje co innego, a szlak też jakiś taki jakby nie szlak. Postanawiam iść asfaltem w górę, jak pokazuje mapa, a nie w dół, jak pokazuje szlak. Po paru minutach marszu spotykam 2 dziewczyny, które zresztą od samego rana kilka razy mijaliśmy. Stwierdziły, że też chciały zrobić to samo, co my tylko, że tam nie ma żadnego szlaku. Po błądzeniu w tę i z powrotem, po ok. 3 godzinach spoglądania na mapę i kombinowania szlak został odnaleziony. Nie ma to jak robić skróty, które zazwyczaj okazują się dłuższe. Ale trudno. Przynajmniej zahaczyliśmy trochę o sąsiednie państwo.

Zaczyna się powoli ściemniać, a do schroniska jeszcze kawałek drogi. Decydujemy, że tę noc spędzimy na polance. Jestem trochę zmęczony. Zasypiam więc momentalnie. Rano pobudka wcześnie, bo ok. 4. Szybkie pakowanie. I nagle do naszych uszu dochodzą odgłosy. Po chwili przebiegają koło nas 2 jelenie. Coś słodkiego do przegryzienia i wyruszamy dalej. W okolicy 7 rano dochodzimy do Markowych Szczawin. Pojawiają się poznane dzień wcześniej dziewczyny. Po małych rozmowach i przyrządzeniu śniadania wybieramy drogę na Babią Górę. Idziemy Akademicką Percią. Pierwszy raz idę szlakiem, gdzie znajdują się łańcuchy. Po drodze mijamy kilka potoków. Uzupełniamy w nich nasz zapas wody. I dziś pogoda dopisuje. Niebo czyściutkie i z minuty na minutę robi się coraz cieplej.

To była dobra decyzja wychodzić na Diablak właśnie tym szlakiem. Człowiek nie może oderwać wzroku od pięknych widoków, które go otaczają. Około godziny 9 zdobywamy szczyt. Opłacało się tak wcześnie budzić się i tu wychodzić. Jest po prostu pięknie. Na szczycie może 4 osoby. Jedyny mankament to, że słabo widać Tatry. Widocznie w Tatrach trochę pogoda się psuje. Robię serię zdjęć. Będzie co wspominać oglądając je w domu. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw wymyślamy, że schodzimy w dół i zobaczymy, co dalej. Jedziemy do Zakopanego i na Rysy, czy ten szczyt zostawimy sobie na kiedy indziej. Przy okazji zacząłem się zastanawiać nad nazwą Diablak. Skąd się wziął, jaka jest legenda związana z tą nazwą.

Schodzimy do przełęczy Krowiarki około południa. Tam pora coś przekąsić. Tym razem obiad składa się z konserwy z chipsami. Po odpoczynku decydujemy, że jednak jedziemy do Zakopanego. Idziemy drogą do Zawoi i tam będziemy kombinować z połączeniami. Po 15 minutach marszu decydujemy złapać jednak stopa. O dziwo pierwszy samochód, jaki jechał, od razu się zatrzymał. To się nazywa dopiero szczęście. Kierowcą okazuje się bardzo sympatyczny pan. Zaraz znajduję wspólny temat do rozmowy. A mianowicie rowery. Moja druga pasja zaraz po górach. A może to góry są drugą pasją po rowerze? Nie… Chyba obie są na tym samym pierwszym miejscu.

Wysiadamy na przystanku. Za parę minut jedzie bus do Suchej Beskidzkiej, a stamtąd na pewno coś do Zakopanego.

I nie myliłem się. Jest autobus o 15:55. Jest trochę czasu do odjazdu, więc można zrobić małe zakupy na drogę.

W Zakopanem jesteśmy ok. 18.00. Szukamy pola namiotowego. Znaleźliśmy jedno w okolicy skoczni. Po załatwieniu formalności zabieram się za rozkładanie namiotu. I tu znowu niespodzianka. Niektóre części namiotu odmówiły posłuszeństwa. Na szczęście udało mi się metodami harcerskimi zreperować go. Owszem… prowizoryczna naprawa, ale noc wytrzymał:)

Poranek przywitał nas niestety burzą. Po godzinie przypomniałem sobie, że przecież na zewnątrz mamy rozwieszone pranie, które mało wyschnąć przez noc. Trudno się mówi. Może wyschnie po drodze. Dziś dzień spokojny. W planie wyjście do Morskiego Oka i odpoczynek przed dniem następnym. Tatry jak to Tatry w sezonie letnim. Wielka ilość osób, która powoli zaczyna drażnić. Szczególnie widząc zachowanie się niektórych „turystów”. Piwa w ręce i kłótnia ile osoby w grupie wypiły. Bo było po 4 piwa, a ktoś wypił mniej i gdzie jest to piwo. To przykład jednej z ciekawszych dyskusji zasłyszanych na szlaku.

Dzień pochmurny. Szczyty zasnute mgłą i deszcz, który bez przerwy siąpi. Ok. 13 dochodzimy do Morskiego Oka. Ludzi jak w ulu. Ciężko znaleźć jakikolwiek wolny kąt dla siebie. Mały posiłek regenerujący i idę popytać o nocleg. Udaje nam się załatwić w starym schronisku. Niestety cena przeraża - 40 zł w pokojach wieloosobowych. Na szczęście mamy zniżkę PTTK-u… Ten tłum coraz bardziej zaczyna męczyć. Zbieramy więc manatki i idziemy zostawić rzeczy na noclegu. Tu wita nas inny świat. Cisza, parę osób przygotowujących sobie jedzenie. Rozkładamy sobie miejsce do spania i idziemy się wykąpać. Gdy powoli cały ten tłum znad Morskiego Oka wyrusza w dół, wyciągam koleżankę jeszcze na mały spacer przed snem. Ciągle chmury przykrywają szczyty, ale kilka pięknych zdjęć udało się zrobić. Jeszcze mała kolacja i można iść powoli do spania. Jutro ciężki dzień. Przynajmniej dla mnie. Ale wierzę, że uda mi się zdobyć to, co zaplanowałem. Na pewno się uda!

W nocy niestety mało śpię. Bez przerwy się budzę. W pokoju trochę duszno. Ale jakoś wytrzymuję do rana. Na szlak wyruszamy po 5. Cisza przy Morskim Oku zadziwia. Wczoraj tu był taki hałas, a dziś… Po drodze spotykamy jeszcze kilka osób idących jak my. Pogoda też przepiękna. Chmur nie widać.

Droga nie jest tak męcząca, jak sobie wyobrażałem. Owszem, trochę wysiłku trzeba włożyć. Ale nie jest źle. Na szczyt wychodzimy o 9. Widoki aż zapierają dech w piersiach. Sesja zdjęciowa wyszła świetnie. Po godzince odpoczynku i podziwiania widoków można schodzić. Decydujemy się na zejście stroną Słowacką. I zaraz na początku wita nas widok Chatki pod Rysami na tle wielkiej płaty śniegu.

I tak tydzień powoli dobiegł końca. Do Zakopanego powrót autobusem. Następnie do Krakowa i ok. 23.00 siedziałem spokojnie w domu. Z małymi urazami palców u stóp. Ale naprawdę długo będę wspominał ten wyjazd.

Na sam koniec chciałbym napisać kilka słów dla osoby, która mimo moich wad ciągle jeszcze chce jeździć ze mną w góry. Przede wszystkim dziękuję osobie, która mnie wyciągnęła na tę niesamowitą przygodę. Asiu… bardzo, bardzo, bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że kiedyś powtórzymy taką wyprawę;) Bardzo Ci dziękuję przede wszystkim za przyjaźń.
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com