facebook
 
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
 
 

Weisshorn 2.0, czyli wyrównanie rachunków

Potężny szczyt… Kształtna biała piramida góruje nad otoczeniem. Widać ją już z daleka i łatwo rozpoznać dwie długie granie podcięte stromymi ścianami. Po drodze do Zermatt to właśnie Weisshorn, a nie Matterhorn pierwszy rzuca się w oczy i od razu przykuwa uwagę.

W końcu po trudnościach, chociaż na szczyt jeszcze daleko

 

W odróżnieniu od tego drugiego, który jest stromą skalną wieżą, niezależną od innych szczytów, Weisshorn jest bardziej rozległy. Długa południowa grań ciągnie się w stronę Zinalrothornu i Obergabelhornu. Porównanie z Mattem nie jest przypadkowe, bowiem wymienione tu szczyty należą do czołówki najtrudniejszych czterotysięczników Europy Zachodniej, a ten najbardziej kultowy… jest chyba najłatwiejszym z nich.

 

Chociaż może nie powinno nas dziwić, że to właśnie Matterhorn jest ikoną Szwajcarii i jednym z najsłynniejszych wierzchołków świata. Właśnie przez wspomniane oddalenie od innych masywów oraz imponujący kształt, doskonale widoczny z najbardziej komercyjnego miasteczka górskiego w okolicy – Zermatt, od wieków rozpalał wyobraźnię ludzi. Oczywiście dochodzi do tego wciągająca historia pierwszych prób zdobywania wierzchołka, w których Szwajcarzy konkurowali z Włochami, oraz legendarna północna ściana. Matt bez wątpienia zasłużył na swoją pozycję, ale z drugiej strony aż dziwi zupełna nieobecność w powszechnej świadomości górskiej takich szczytów, jak Weisshorn, Dent Blanche, Zinalrothorn czy Obergabelhorn. Alpinistom te cele są znane, ale jeśli spytamy przeciętnego turystę o szwajcarskie czterotysięczniki, zapewne będzie w stanie wymienić trzy z nich: Matterhorn, Eiger i Dufourspitze.

 

Dwa pierwsze znane są głównie dzięki swoim północnym ścianom, na których pisała się XX-wieczna historia alpinizmu, a ostatni jest po prostu najwyższym punktem w tym kraju. Jednak ambitne ściany – z którymi zmierzyć się mogą jedynie wytrawni alpiniści techniczni – nie powodują automatycznie, że droga normalna na wierzchołek też musi taka być. Grań Hörnli oczywiście jest wymagająca, ale z całą pewnością nie jest to najtrudniejsza droga normalna w Alpach, a chyba taka łatka przylgnęła do niej w powszechnym mniemaniu. Jednak gdy trochę podziałamy w tych górach, zorientujemy się, że Matterhorn leży daleko na liście najbardziej niedostępnych czterotysięczników Alp. W masywie Mont Blanc mamy przecież Grandes Jorasses, Aiguille Verte, Les Droites, a w Szwajcarii te wymienione w poprzednim akapicie.

 

Dlaczego uważam, że wszystkie one są trudniejsze od Matta? Być może sprawy miałyby się inaczej, gdyby na Matterhornie nie zamontowano dużej liczby sztucznych ułatwień. Chodzi o poręczówki w kopule szczytowej na grani Hörnli, które znacząco ułatwiają wspinaczkę. Obiektywnie mamy tam obecnie małą ilość skomplikowanego terenu – raptem jedno krótkie i łatwe miejsce za III. Jednak trudności techniczne to nie wszystko. W górach często większą rolę odgrywa tak zwana powaga drogi, czyli jej długość, możliwości wycofu, zagrożenia obiektywne, asekuracja itd. Gdyby zestawić ze sobą wszystkie te punkty, Weisshorn wygrałby w każdej kategorii. Droga Normalna jest dużo dłuższa zarówno pod względem dystansu, jak i przewyższenia (ze schroniska to 1600 metrów vs. 1200 metrów na Matterhornie), wymagająca orientacyjnie, nie ma tu poręczówek, a nagromadzenie trudności technicznych znacząco przewyższa grań Hörnli. Już nie wspominając o takim niuansie, że pod schronisko nie zawiezie nas kolejka.

 

Ma to swoje plusy i minusy. Dla mnie te pierwsze przeważają, bo dzięki temu pod Weisshornem jest mało ludzi. W tym właśnie należy upatrywać piękna mniej znanych szwajcarskich czterotysięczników. Leżą na uboczu, z dala od kolejek i drogich górskich schronisk, aż kipiących od luksusu. Gdy na Matterhornie codziennie ustawiają się tłumy chętnych do zdobycia szczytu, tutaj panują cisza i spokój. Małe, rodzinne schronisko prowadzi przewodnik górski, który zawsze znajdzie chwilę na rozmowę i z chęcią wytłumaczy zawiłości drogi na szczyt. I, co nie mniej ważne, nie przepędzi cię, jeśli rozbijesz namiot na lodowcu.

 

 Gdy wychodzimy na szychtę zaczyna świtać

 

AMBITNE PLANY

 

Gdy stoimy w miejscowości Randa i patrzymy w górę, trudno się nadziwić, jak odległy wydaje się szczyt. Stąd to aż 3100 metrów przewyższenia! Ponad 200 metrów więcej niż z bazy na wierzchołek Makalu w Himalajach.

 

Pierwszy raz zjawiłem się tu dwa lata temu, z zamiarem zdobycia szczytu solo i w ciągu, zaraz po zejściu z Matterhornu. Niestety, pogubiłem drogę i było za późno, aby wracać, potem przyszło załamanie pogody, a ja już nie miałem jedzenia (GÓRY numer 283). Teraz przyjechałem w towarzystwie Maćka i Michała.

 

Planowaliśmy rozprawić się z granią północną – propozycją nieco ambitniejszą niż Droga Normalna, która wiedzie granią wschodnią. „Nieco” to chyba dobre określenie, bo zamiast AD mamy AD+, a same trudności techniczne oscylują na podobnym poziomie, czyli w okolicach III. Nasz plan był ambitny nie tylko przez wybór Nordgrat. Chcieliśmy przetrawersować szczyt, by zejść Drogą Normalną, a w okolice schroniska ruszyliśmy na ciężko – z namiotami i sporą ilością jedzenia. Zamierzaliśmy się aklimatyzować w oczekiwaniu na warunki. Te jednak nie nadchodziły. Na górze okazały się gorsze, niż sądziliśmy – na grani było pół metra świeżego śniegu, a przyzwoity warun miał nadejść za przynajmniej tydzień. Było to dla nas zdecydowanie zbyt długo, szczególnie że nie mieliśmy wiele do roboty w okolicy. Następnego dnia po południu weszliśmy na Bishorn, gdzie zamieć śnieżna oznaczała niemal zerową widoczność. Ale aklimatyzacja była zrobiona. Zeszliśmy więc w dolinę, aby objechać górę dookoła i z Zinal (wspaniałe miejsce na biwak) przenieść się do Randy.

 

 Na horyzoncie widać grań północną – nasz pierwotny cel. Potężna jest ta góra!

 

PODEJŚCIE DO SCHRONISKA

 

Startujemy po południu, bo przejazd, zakupy, szukanie bankomatu, śniadanie i przepak zajęły nam sporo czasu. Znam dobrze to podejście. Ścieżka, po minięciu zabytkowych zabudowań, wspina się stromo. Nachylenie nie bierze jeńców. Pamiętam, jak szedłem tędy z namiotem, jedzeniem i dziabkami, kilka dni po zejściu z Matterhornu i Weissmiesa, zazdroszcząc innym alpinistom lekkich plecaczków. Na szczęście teraz i my idziemy w miarę na lekko, bo wybraliśmy nocleg w schronisku. A i tak dźwigamy więcej niż schodzący Szwajcarzy – mamy jedzenie, kuchenkę oraz trochę szpeju.

 

Trzeba jednak przyznać, że jak na jeden z najdroższych krajów świata, ceny schronisk nie są wygórowane. Nawet dla Polaków 30 franków (jakieś 130 zł, czyli tyle, co lepszy pokój w Murowańcu, a taniej niż chata Téryego w Słowacji) to niewiele, nie mówiąc już o lokalsach. Oto jedna z korzyści wybierania szczytów leżących nieco na uboczu.

 

Tekst i zdjęcia / BARTOSZ WRZEŚNIEWSKI


* * *


Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.


GÓRY w formacie pdf można też kupić w naszej księgarni Książki Gór > link

 



Więcej nowości i ciekawych artykułów znajdziesz na naszym nowym serwisie: www.magazyngory.pl
 
Kinga
 
2026-01-02
Tylko w GÓRACH
 

Włoska przygoda na Spigolo Nord

Komentarze
0
 
 
Kinga
 
2026-01-02
Tylko w GÓRACH
 

Smaczna kawusia bez napinki

Komentarze
0
 
 
Kinga
 
2025-12-15
Tylko w GÓRACH
 

Przygoda w Pamirze, czyli Alpiniada 77

Komentarze
0
 
 
Kinga
 
2025-12-12
Tylko w GÓRACH
 

Górskie osiągnięcia w 2025 roku

Komentarze
0
 
 
Kinga
 
2025-09-18
Tylko w GÓRACH
 

Krystyna Palmowska (1948–2025)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2026 Goryonline.com