facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2004-03-03
 

Waldemar Podhajny

Autor kilkuset dróg na ścianach Jury Północnej i Hejszowiny. Od kilkunastu lat niestrudzony eksplorator naszych skał.


Autor kilkuset dróg na ścianach Jury Północnej i Hejszowiny. Od kilkunastu lat niestrudzony eksplorator naszych skał. Znany z "nosa" do wyszukiwania efektownych linii zarówno w miejscach zapomnianych lub nowoodkrytych, jak i tych, na pozór, wyeksploatowanych. Linii, które zazwyczaj słyną z solidnych wycen i estetyki przechwytów.

Piotr Czmoch: Kojarzysz się teraz głównie ze skałkami, a przecież kiedyś dużo wspinałeś się w Tatrach?

Waldemar Podhajny: Tak. Sporo się tam kiedyś wspinałem, dlatego że wspinanie w skałach traktowane było zupełnie rekreacyjnie, towarzysko. Nie liczyły się żadne wyniki, nie było żadnego sportowego podejścia do wspinania w skałkach, liczyły się tylko góry. Głównie były to Tatry, ponieważ niewielu dążyło do wyjazdu w Alpy czy Himalaje. Wspinanie w Tatrach było czymś powszechnym, gdyż były to jedyne góry, w które dało się normalnie pojechać. Kiedy zaczynaliśmy się wspinać, pory roku były bardzo przyjazne, wczesne wiosny, piękne lata. Pamiętam, jak w kwietniu 1984 roku jeździliśmy na Raptawicką Turnię. Już wtedy gonili tam filance. Potem już co tydzień, w każdy weekend, wyjeżdżaliśmy w Tatry, tak że w maju wspinanie na Mnichu czy Zamarłej to była już zupełnie normalna sprawa.

A czy to prawda, że byłeś mistrzem hakówki?

Nie, ale bardzo lubiłem tę zabawę. Teraz wiele osób nie jest w stanie tego zrozumieć, ponieważ króluje wspinanie klasyczne. Hakówka to zupełnie inna odmiana naszego sportu, ekscytująca i bardzo fajna. Ćwiczyliśmy haczenie w skałkach, co polegało na wbijaniu pięciu największych rynien w płytką dziurkę, skracanie tego sznurówką i wieszanie się w tym. Trenowaliśmy głównie zimą. Nie było wtedy sztucznych ścian, nie było co robić. Był to okres, kiedy większość wspinaczy żyła z robót wysokościowych, które zimą ustają z przyczyn naturalnych. Wtedy jeździliśmy haczyć w skałki. Zazwyczaj wybieraliśmy ściany, które były pokonywane tylko techniką hakową, aczkolwiek zdarzało się nam pokonywać również drogi klasyczne. Hakówki w skałkach są zawsze bardzo "intymne". Gleba jest zawsze blisko, a haki słabe, więc dawało to niezłą szkołę przed wyjazdem w Tatry.

Nazwisko Waldemara Podhajnego kojarzone jest z tworzeniem nowych dróg, które najczęściej mają "mocną" wycenę. Ile własnych projektów zrealizowałeś w skałkach?

Nie jestem tego w stanie zliczyć. Przed naszą rozmową starałem sobie szybko przypomnieć i stwierdziłem, że idzie to w setki. Nowe drogi zacząłem realizować w piaskowcu, na Hejszowinie, gdzie jestem autorem czy współautorem ponad setki dróg . Na Jurze - tak mi się wydaje - można się doliczyć ponad dwustu linii mojego autorstwa. Współautorstwo w piaskowcu jest ważne, ponieważ następuje zmiana na prowadzeniu, wbija się ringi, idąc od dołu, wisząc w dziwnych pozycjach i na jeszcze dziwniejszych przyrządach.

Myszołapka VIIa na Szczelińcu WielkimA ile nowych dróg udaje Ci się zrobić w roku?

Rocznie wychodzi około dziesięciu-dwunastu dróg.

Wspinasz się po drogach wytyczonych przez innych wspinaczy?

Czasami. Lubię na przykład pojechać pod Kraków, gdzie dróg zupełnie nie znam, co umożliwia mi działanie w stylu on-sight. Zresztą przygotowanie punktów asekuracyjnych pod Krakowem jest znacznie lepsze niż na Jurze Północnej, co zawdzięczamy tytanicznej pracy kolegi "Miksera" [Piotr Drobot]. Chylę czoła przed jego dokonaniami, jest to coś naprawdę wspaniałego. Bez wątpienia ma on duży wkład w świadomość ubezpieczania dróg w Polsce. Inna sprawa, że megaklasyki w Dolinkach Podkrakowskich bywają już skrajnie trudne z powodu wyślizgania.

Nie jest tajemnicą, że nadal dużą sympatią darzysz Hejszowinę?

O tak, to jest bardzo fajny rejon. Krążą o nim straszliwe legendy - że asekuracja to rozpacz, że jest niebezpiecznie, że łatwo się zabić. Na pewno można znaleźć drogi, których nie mogę polecić, chyba że wspinaczom poszukującym trudności moralnych. Ale wiele dróg jest dobrze ubezpieczonych, mających komplet przelotów w rozsądnych odległościach, nazwijmy to "północnojurajskich". Hejszowina to sympatyczny rejon, położony w górach, ściany posiadają różne wystawy, co daje możliwość powspinania się również latem. Polemizowałbym tutaj z artykułem Piotra "Szalonego" Korczaka i Jacka "Jacy" Zaczkowskiego [chodzi o wywiady z tymi wspinaczami zamieszczone w GÓRACH 6/2003], że z pozycji Krakowa szkoda było jechać na Hejszowinę, ponieważ w podobnej odległości są piaskowce czeskie czy niemieckie. Te ostatnie są raczej dla "tytanów" psychy, dlatego ja zawsze wolałem jechać w nasze piachy. Dlatego, jeżeli ktoś chce powspinać się przyjemnie, po dobrze ubezpieczonych drogach, to bardzo polecam Hejszowinę, gdzie - w porównaniu do innych piaskowców - można wspinać się relaksacyjnie.

Jesteś przez wiele osób posądzany o kucie chwytów...

To jest temat-rzeka. Zawsze można powiedzieć, że drogi są wykute, czy - mówiąc w sposób bardziej wysublimowany - podkute. Ale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że na naszej Jurze każda dziurka wykorzystywana jest przez różnego rodzaju rośliny, które rosną w nich wzdłuż i wszerz, więc podczas czyszczenia wiele chwytów zmienia swoją strukturę. Zresztą za bezsensowne uważam wspinanie się po drodze, na której każda przystawka kończy się rżnięciem skóry na nad wyraz ostrych brzytewkach i zadziorkach. Jednocześnie sądzę, że kucie chwytów na gładkiej skale jest w równym stopniu bez sensu. Niestety, muszę się przyznać do kilku takich posunięć. Aby zadać kłam opiniom, że większość moich dróg jest podkuta,  powiem, że - nie licząc dróg z zawodów -  naprawdę można by policzyć takowe na palcach jednej ręki. Do chwytów, który nigdy nie istniał i który umożliwił otwarcie wspaniałej linii należy dziurka na Końcu Wyścigu na Okienniku. Jest to jedna z nielicznych dziurek, którą wyrzezałem w zupełnie gładkiej skale. Spotkałem się natomiast z kilkoma problemami, które zostały już przez kogoś przygotowane, ale z różnych powodów nie zrealizowane, a które miałem przyjemność dokończyć. I droga może jest moja, ale chwyty nie do końca moje. Podobnym przykładem jest słynna droga Kuby Rozbickiego Wściekłe Psy na Górze Zborów. Kiedyś pojawił się tam ring wbity prawdopodobnie przez wspinaczy z Łodzi, a Marcin Bartocha zauważył, że jest to ściana o trudnościach około VI.5, którą da się zrobić. Pomyślałem, że trudności przyjemne, skała fajna, rejon popularny, więc nie widzę problemu. Dobiłem w górnej części spita i stwierdziłem, że po pierwsze droga jest dla mnie zbyt trudna, po drugie - stopień naturalności chwytów jest minimalny. I dlatego odpuściłem. Zajął się tym Kuba Rozbicki i też można by go posądzić, że ponieważ jest to jego droga, to i on musiał wykuć chwyty, co jest oczywiście nieprawdą. Kucie jest w każdym razie problemem. Jestem w stanie zgodzić się na preparację chwytów w miejscach takich jak Jaskinia Mamutowa, aczkolwiek zjawisko, które pojawiło się teraz w Mamutowej burzy również ten pogląd. Jeżeli droga była robiona po przykręconych chwytach, a teraz zrobił to ktoś bez tych chwytów, to powstaje pytanie, czy zawodnicy, którzy robili ten problem po przykręconych chwytach zrobili tą drogę, czy nie. Jest to oczywiście bezsensowne, dlatego moim zdaniem lepiej wykuć chwyt niż przykręcić, ponieważ zostaje na zawsze i mniej razi. Ale to temat poważny i ciekawy, temat do osobnej dyskusji i warto chyba kiedyś takową w sposób rozsądny  przeprowadzić.  

Dolne przewieszenie na Końcu Wyścigu VI.5+ na Okienniku SkarzyckimA jaki jest twój stosunek do ograniczników? Bo na twoich drogach raczej ich nie ma?

Bo nie specjalnie kocham ograniczniki. Wiadomo, że nasze skałki nie są wielkie. Dlatego za całkiem sensowne uważam ograniczniki naturalne, czyli naturalne formacje, takie jak komin, czy rysa. Dobrym przykładem może być tutaj popularna Magnezjówka na Lechworze. Malowanie na skale ma kilka wad - albo są to ograniczniki brutalne i bardzo widoczne, czego przykładem są nowsze drogi na głównej ścianie Okiennika w okolicach Samotności Długodystansowca, gdzie ograniczniki schodzą się w charakterystyczne V, co nie wiadomo czemu ma służyć. Z kolei ograniczniki małe są słabo widoczne. Spotkało mnie to na Nagłym Ataku Murarza, gdzie u góry jest ogranicznik, który trudno dojrzeć. Niestety ograniczniki występują i nie ma dla nich alternatywy. Nasze skałki są, jakie są, a do tego - zostały już mocno wyeksploatowane. Ale (uśmiech) na Północnej Jurze jest kilka fajnych ścian, które można jeszcze zaadoptować do wspinania i które nie są zatrawionymi kamieniami.

Które?

To już na razie zostanie moją słodką tajemnicą, chociaż mogę coś niecoś zdradzić. W ubiegłym roku często jeździliśmy do Smolenia, który kryje w sobie jeszcze duży potencjał. Wydawało mi się, że jeżeli chodzi o duże ściany, to ja już wszystko widziałem na Jurze Północnej i że drugiej Cimy to już się nie znajdzie. I zawsze, będąc w Smoleniu, słyszałem, że tam w lesie jest taka skała, prawie jak Cima. Któregoś dnia poprosiłem osobę, która tak twierdziła, aby mi to pokazała. Jak zobaczę, to uwierzę - pomyślałem. No i zobaczyłem w rzadkim bukowym lesie skałę, może nie Dużą Cimę, ale coś pośredniego między Dużą a Małą Cimą, całkiem dobrze urzeźbioną. I takich skał jest w okolicy kilka, a wśród nich nawet potężny, prawie trzydziestometrowy filar. W takich Podlesicach wydawało się, że wszystko jest już poprowadzone, a okazało się że na Leśnej Ścianie, gdzie znajdują się tak historyczne linie jak Leśna Zwierzyna, są możliwości poprowadzenia całkiem trudnych dróg. Potencjał Jastrzębnika już się powoli wyczerpuje, do czego przyłożyłem rękę, prowadząc tam ponad dwadzieścia nowych dróg. Ale jest to kawał ściany i wciąż jest tam możliwość poprowadzenia bardzo długich, trudnych dróg. Ściana czołowa jest wyeksploatowana w ok. 50%. Rejon ma ogromny potencjał, przyjemny klimat na lato, a z powodu braku łatwych dróg, brak również tłumów. Ostatnio znana mi ekipa drwali-anonimów dokonała na Jastrzębniku wiekopomnego dzieła trwałego przesadzenia paru dorodnych buczków i teraz jest tam bardzo przyjemnie. Na marginesie warto zauważyć, że nasze skały bardzo zarastają i jeżeli czegoś z tym nie zrobimy, to za kilka lat będziemy się wspinać po samych krzakach.

Pierwsze przejście Rysy Skierskiego na Ryglu, 1984Które ze swoich dróg uważasz za najładniejsze?

Bardzo trudne pytanie. Na pewno mogę polecić drogi na Okienniku, ze względu na otoczenie i "całokształt". Bardzo podobają mi się drogi w rejonie Końca Wyścigu, Ostatniego Dzwonka. Są to ładne, ciągowe drogi, biegnące w lekkim przewieszeniu, co jest na naszej Jurze wyjątkowe. Z kolei na Jastrzębniku wskazałbym Linię Specjalną i Atak Glonów. Ale taką drogą, która jest bardzo piękna, a niedoceniona, jest Perpetum Debile w Smoleniu - linia biegnąca efektownym filarem, oferująca bardzo urozmaicone wspinanie. Perpetum należy chyba do najtrudniejszych VI.5-tek w naszej Jurze. Po przejściu moim i Adama Doleżycha, z którym pracowałem nad drogą, nie doczekała się powtórzeń. Jeżeli się mylę, to będę wdzięczny za sprostowanie i przy okazji złożę zdobywcy gratulacje.

A które ze swoich dróg uważasz za najtrudniejsze?

Niespecjalnie kocham najtrudniejsze drogi. Nie mam do nich cierpliwości, wiem, że wymagają czasu. Moje drogi "dobijają" maksymalnie do stopnia VI.6, ale czy go osiągają, tego nie jestem już pewien. W pamięci mam najświeższe drogi, a więc te z ostatniego roku - na przykład Atak Glonów. Epizod 2 na Jastrzębniku. Dla tych, którzy lubią trudności bulderowe polecam Leśną Ścianę w Podlesicach. Tamtejsze drogi oferują trudności na samym początku, więc można je patentować nawet bez asekuracji. Trudno autorowi drogi wypowiadać się o jej trudnościach. Niech ci, którzy je powtarzają powiedzą, co jest łatwiejsze, a co trudniejsze.

A skąd bierzesz nazwy dla swoich dróg?

Z tym też jest trudna sprawa. Są problemy, do których zanim się człowiek przystawi, to nazwa już się pojawia i istnieje, po prostu nazwa zależy od charakteru ściany czy formacji lub nawiązuje do nazw dróg, które biegną obok. Ale jeżeli robi się sporo dróg, a na dodatek jeżeli droga puściła w miarę szybko i niczym się nie wyróżniała, to czasami trudno wybrać dla niej sensowną nazwę. Dlatego czasem pojawiają się wśród wymyślonych przez mnie nazw również i głupie. Bardzo podobała mi się nazwa Kierowca Bombowca na Jarzębince. Każdy, kto będzie na Jastrzębniku, zrozumie również nazwę Atak Glonów. Czasami nazwy są śmieszne, czasami patetyczne. Szczególnie podobają mi się te ostatnie, ale ciężko w naszych skałach, z powodu ich charakteru, nadawać takie nazwy. Pamiętam jeszcze z niemieckich piaskowców, że jak się widzi gościa, który stoi dziesięć metrów nad ringiem w terenie, który widać że jest masywny, do ziemi może nie doleci, bo ściana ma ze 60 metrów, ale... droga nazywa się Bariera Dźwięku - wtedy wiem, że jak spadnie, to może takową osiągnąć. Czasami sama nazwa potrafi wzbudzić szacunek dla drogi.

Na początku lat dziewięćdziesiątych nastąpił bum zawodów i ponieważ bardzo profesjonalnie zaczęto je przygotowywać, wyglądało na to, że może będzie to poważna sprawa, może nawet sport olimpijski. Może nie powstanie coś na wzór ligi piłkarskiej ze swoim związkiem, ale że na pewno coś wymyślimy. I nagle, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ucichło, coraz trudniej o organizatorów zawodów. Może ma to związek z faktem, że coraz trudniej o sponsorów. Może dzieje się tak dlatego, że przy organizacji dobrych zawodów trzeba się sporo napracować. Musi być ekipa, która zrobi to profesjonalnie, co wiąże się również z pieniędzmi, o które nie jest łatwo. Z drugiej strony coraz mniej ludzi chce to robić za darmo, nie każdy ma możliwości i chęci, aby poświęcić swój prywatny czas. Jak patrzę z boku, to obecnie mamy regres i nic nie wskazuje na to, aby ta tendencja miała się  zmienić. Kiedyś nam się wydawało, że zawody wspinaczkowe "na trudność" są bardzo medialne, interesujące dla publiczności. Jednak chyba tak nie jest, ponieważ samemu, oglądając takie zawody, czasami się nudzę. Idzie sobie człowieczek spokojnie i nagle nie wiadomo dlaczego spada, następny robi to samo. Są co prawda sporty dużo nudniejsze, które istnieją w mediach, więc może coś się zmieni. Widzę na przykład światełko w tunelu, jeżeli chodzi o zawody bulderowe, których dawniej zupełnie nie było, a teraz organizowane są dosyć często i coraz bardziej profesjonalnie. Może wiąże się to z faktem, że są łatwiejsze i tańsze do przygotowania. Wydają się również bardziej widowiskowe od wspinania z liną.

Czasami jednak nadal samemu startujesz w zawodach, nawet trzy lata temu wygrałeś gliwickie zawody o Przechodni Puchar Posępnej Klamy, na który przyjeżdża całkiem mocna ekipa.

To czysty przypadek. Prawdopodobnie powinienem zostać wykluczony z rywalizacji, ponieważ przyznaję się, że używałem dopingu w postaci piwa. Nie pamiętam marki, ale byłem w lekkim stanie "wskazującym". Specyfika mojego wspinania polega na tym, że wraz ze wspólnikami prowadzę firmę i jesienią jestem bardzo zajęty, zresztą czuję już wtedy zmęczenie wspinaniem. Dlatego zawsze mam przerwę od końca sierpnia do stycznia. Nie wiem, jak to się stało, że wygrałem, ponieważ zawody odbywały się w listopadzie i zupełnie się do nich nie przygotowywałem. Chyba po prostu przystawki bardzo mi pasowały. Byłem bardzo dumny ze zwycięstwa i mogę powiedzieć, że jeden z zawodników, Mateusz Kilarski, zwany ostatnio "Betonowym Alim", podszedł do mnie po zawodach i powiedział: "Ja się już nie boję być starym". W następnych edycjach już nie udało mi się nawet zbliżyć do tego miejsca, chociaż w ostatniej załapałem się do finału, z czego również jestem dumny.

Jak zmieniło się wspinanie przez ponad dwadzieścia lat uprawiania przez Ciebie tego sportu?

Teraz współorganizujesz zawody wspinaczkowe w Gliwicach. Jak to się zmieniło przez te piętnaście lat, które minęły od pierwszych zawodów?

Pierwsze przjście Gloria Victis VI.5+/6 na Okienniku WielkimZmieniło się radykalnie. Począwszy, o czym mówiliśmy wcześniej, od podejścia do wspinania w skałkach, w które jeździło się tylko na wiosnę i wczesnym latem na zasadach towarzyskich. Nikt nie traktował tego w sposób sportowy. W Gliwicach pierwszą osobą, która stwierdziła, że chce się wspinać tylko w skałkach był Jasiu Szlenk i pamiętam, że nie mogliśmy tego zrozumieć. Wtedy w skałkach dróg było mało, wspinało się prawie wyłącznie na wędkę i jak teraz patrzę, po drogach wręcz łatwych. Obecnie przede wszystkim zmienił się sprzęt, zaczynając od butów. Trzeba powiedzieć prawdę - po naszym śliskim wapieniu w królujących wtedy korkerach można się było poruszać dość żałośnie. Chociaż dobrze podklejony i dopasowany korker zdawał egzamin. To też fakt. Pamiętam, jak kiedyś przyjechali do nas dobrzy wspinacze z Anglii, było to w 1984 i 85 roku, i buty, które przywieźli ze sobą, spisywały się gorzej w porównaniu z naszymi korkerami. Jednak prawdziwą rewolucją było pojawienie się butów z podeszwą typu friction. Na marginesie powiem, że już w latach osiemdziesiątych Marek Płonka wymyślił specjalną pastę na bazie kalafonii, którą smarowało się podeszwy w celu zwiększenia ich przyczepności. Na pierwszych kilku metrach buty całkiem fajnie się kleiły, potem jednak wapienny pył zatykał pory w gumie i było gorzej.
Jednak nie obuwie, ale pojawienie się stałych punktów asekuracyjnych otworzyło nowe horyzonty. Kiedy tworzyliśmy nowe drogi w piaskowcach i osadzaliśmy ringi w roku 1983, krążyła opinia, że wapień jest bardzo twardy i osadzenie w nim ringa będzie wymagało całego dnia pracy, przy której praca w kamieniołomach to wakacje. Po skończonym sezonie, w lutym, umówiłem się z "Jacą" [Jacek Zaczkowski] i pojechaliśmy do Podlesic na Jarzębinkę. Stwierdziliśmy, że jeżeli podczas tego krótkiego, zimowego dnia uda nam się wbić po jednym ringu, to będzie dobrze. Jaca powiesił się na Pajączkach, ja na Zacięciu Jarzębinki. Okazało się, że wapień jest bardzo przyjemną skałą. Z naszymi tępymi koronkowymi wiertłami i bez odpowiedniej techniki po półtorej godzinie mieliśmy osadzone ringi. Oczywiście po jednym, bo tak się wtedy prowadziło te drogi. Wracając na zasłużony obiad do Ostańca stwierdziliśmy, że to jest przełom i jeżeli ktoś jest zażarty, to w ciągu jednego dnia wbije dwa, trzy ringi, co przy rozmiarach naszych skał powodowało, że stały one przed nami otworem. Potem ruszyła lawina i widać było, że jest to nie do opanowania, bo większość chce się wspinać przyjemnie, po drogach ubezpieczonych. Szybko zaczął się podnosić poziom pokonywanych dróg. Żeby młodzi wspinacze nie myśleli jacy są świetni, przypomnę, że znana droga Wszystko Na Sprzedaż w Podzamczu, wyceniana na VI.7+, została pokonana na wędkę przez Lecha Mielczarka już w 1989 roku. Zatem już wówczas z poziomem wspinania w Polsce było nie najgorzej i chociaż oczywiście teraz jest lepiej, ciężko już zliczyć osoby, które robią poważne drogi w skałach. 

Tobie również udaje się podnosić formę wspinaczkową...

Nie wiem, czy ją podnoszę... To znaczy, mam nadzieję że tak jest. Jestem już chyba na etapie, że będę zachwycony, jeżeli moja forma wspinaczkowa nie będzie spadać. Niestety, mój rocznik i różnego rodzaju kontuzje, których przez te lata się nabawiłem, dają znać o sobie. Jak nie łokcie, to palce, jak nie palce, to coś innego, więc do góry zadrzeć coraz trudniej. Ale oczywiście, jeżeli tylko będzie to możliwe, to bardzo chciałbym podnosić moją formę. Jednak obowiązki w pracy i w domu często uniemożliwiają intensywny trening. Chociaż, nawet gdybym miał możliwości na poważny trening, to na niewiele by się zdał, ponieważ prawdopodobnie szybko nabawiłbym się kontuzji. Jesienna przerwa powoduje, że mój organizm jakoś wytrzymuje te obciążenia.

Zacząłeś sporo jeździć na wspinanie za granicę.

Czas minął w SmoleniuSą teraz możliwości, które kiedyś były ograniczone. A szkoda, ponieważ miałem wtedy sporo wolnego czasu. Problemem był wyjazd na Słowację, nie mówiąc o Weście. Dochodziła bariera cenowa. Pamiętam jak jeden z naszych kolegów, poruszając się na stopa w Szwajcarii, dostał od kierowcy prezent w postaci biletu lotniczego do Polski. Szwajcarowi nie mieściło się w głowie, jak można taki kawał drogi jechać na stopa. Kiedy Szwajcar wyszedł z lotniska, kolega natychmiast zwrócił w kasie bilet, który był warty kilka miesięcznych wypłat w Polsce i pojechał dalej stopem. Takie to były czasy. Teraz jest znacznie lepiej i trzeba z tego korzystać. Na Weście można się wspaniale powspinać on-sight. Drogi są długie i mają raczej wytrzymałościowy charakter. Dobrze widoczne ślady magnezji na chwytach ułatwiają pokonywanie trudności i podnoszenie swoich możliwości wspinaczkowych. Wspinanie na Jurze jest trochę inne - bardziej siłowe, poszczególne przechwyty bywają naprawdę trudne. Pozwala to na może nie najlepsze przejścia on-sight, ale daje dużą satysfakcję przy kompletowaniu trudnych przejść RP.

Czy to prawda, że w domu wisisz na drążku i oglądasz telewizję?

To już zostało kiedyś wyjaśnione, a zresztą kaseta w dyktafonie się skończyła... (śmiech).

Rozmawiał: Piotr Czmoch, 8a.pl

NAJCIEKAWSZE PRZEJŚCIA (WYBÓR)

Nowe drogi:
Okiennik Wielki, Gloria Victis VI 5+/6
Mirów, Prawo i Pięść VI 5+/6
Podlesice, Smutek Pełen VI 5+/6
Jastrzębnik, Atak Glonów Epizod 2 VI 6
Jastrzębnik, Aleja Zasłużonych VI5+/6
Rzędkowice, 622 upadki Bunga VI 6
Hejszowina, Bananowy Song  Xc
Hejszowina, Epicentrum wprost Xc

Powtórzenia:
Piaskowce niemieckie, Gewalt und Zartlichkeit Xc
Frankenjura, Force X RP
Frankenjura, Slim Line X- RP
Frankenjura, Liebe ohne Chance IX OS
Osp, Hugo 7c/c+  flash
Sperlonga Invidia  7c OS
Przełom Białki (Jaskinia Obłazowa) Dwie Twarze  IX+ flash
Frankenjura, Hidden Peak 7C Fb

"Góry", nr 3 (118), marzec 2005

(kb)







Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-11-14
GÓRY
 

Zmarł Paweł Zadarnowski, ratownik TOPR

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-10-30
GÓRY
 

David Lama zdobywa samotnie Luang Ri w Himalajach!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com