facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-08-07
 

Uhuru Peak – ostatnie lodowce Afryki

W mroku rozświetlanym tylko gwiazdami spoglądam na „Dach Afryki" - Kilimanjaro, jedną z najwyższych wolnostojących gór na świecie, czeka na nas cierpliwie... Relacja z wyprawy na Kilimanjaro Klubu Alpinistycznego „Homohibernatus”

Energiczne szarpnięcie budzi mnie ze snu, wokoło ciemno, tylko snop światła z czołówki każe mi się zorientować, że to jeden z naszych przewodników budzi nas na atak szczytowy. Zegarek wskazuje 1 w nocy, wszystko według planu - pomyślałem zrezygnowany. Wyjątkowo dokuczające nam niewyspanie, wysokość, co niejednego przyprawiła o ból głowy, nie dodaje nam skrzydeł i tylko ambicja i wola walki podrywa nas ze śpiworów i każe wyjść z namiotów. W mroku rozświetlanym tylko gwiazdami spoglądam na „Dach Afryki" - Kilimanjaro, jedną z najwyższych wolnostojących gór na świecie, czeka na nas cierpliwie...


Widok na Kilimanjaro

8 dni wcześniej
Podroż do Tanzanii rozpoczęła się dzień wcześniej niż planowaliśmy. Celowo przylecieliśmy do Zurichu - miasta przesiadkowego dobę przed odlotem, aby obejrzeć sobie dokładnie stolicę kraju słynącego z banków, scyzoryków i czekolady. Dopiero wieczorem dołączają do nas na lotnisku Magda, Jacek i Czesio, których to poznaliśmy przez Internet i którzy towarzyszyć nam będą w drodze na dach Afryki. Lądujemy nad brzegiem Oceanu Indyjskiego w Dar es Salaam (co w języku Suahili oznacza Dom Pokoju), skąd odbiera nas właściciel agencji turystycznej organizujący wyprawy po czarnym kontynencie. Śpimy w hotelu chyba jednogwiazdkowym, wszędzie kraty, widać, że to dość niebezpieczne miasto, nie tylko dla obcokrajowców. Pakujemy rano bagaże i w drogę do Moshi, miasteczka, skąd wyrusza większość wypraw na Kili jak pieszczotliwie nazywają najwyższy szczyt Afryki alpiniści.

Moshi urzeka swoją egzotyką i barwnością. Mnóstwo tu straganów, targowisk, całe życie toczy się na ulicach. Przepakowujemy sprzęt i busem jedziemy do bram parku, skąd już pieszo razem z nami ruszy 18 osób obsługi (tragarze, kucharze, przewodnicy). Nie jest to nasz wybór, inaczej nie można. W pewnym sensie jednak jest to dobry sposób na bezrobocie panujące w tym regionie. Wyżej w górach spotkaliśmy 6 Anglików, którym towarzyszyło 46 osób - to już była lekka przesada, mieli nawet przenośną toaletę. Droga, którą idziemy to Machame Rout, może trudniejsza i dłuższa, ale pewniejsza, co do wejścia, bo zawiera więcej dni na aklimatyzację.


W oczekiwaniu na podział bagaży


Początkowo droga wiedzie przez las uregulowanym duktem, z czasem jednak i ze zwiększającą się wysokością pomału milkną odgłosy zwierząt i ptaków i zanika szata roślinna. Do Machame Camp, pierwszego obozu na 2900 m dochodzimy w strugach deszczu. Poranek jednak wita nas słońcem, Kilimanjaro i jego biała, ośnieżona czapa jest pięknie oświetlona, urzeka nas swoją innością, swoim kontrastem, jaki nadaje tu, w centrum gorącego kontynentu. Pomału nikną utarte ścieżki, pojawia się więcej głazów, roślinność znika z każdym metrem. Dostajemy każdego dnia tzw. lunch boxy - małe pudełeczka z jedzeniem, dzięki temu do wieczora podczas wędrówki nie musimy na nikogo czekać, każdy idzie swoim tempem. Tragarze z naszymi bambetlami są równie szybcy, to efekt ciągłej aklimatyzacji, której są poddawani podczas pracy. Wywołują w nas podziw swoja mobilnością, jak z wielkimi worami na plecach pokonują kolejne wzniesienia. W Shira Camp na 3840 m n.p.m. zaczynamy już odczuwać zimno, ziemia jest zmarznięta, namioty o poranku są solidnie oszronione. Widać po nich, że towarzyszyły już niejednej wyprawie. Jedzenie mamy dość zróżnicowane. Posiłki jadamy w 4-osobowym namiociku, gdzie można się wyprostować, podawane są na stoliku, pełna kultura.

Dochodzimy po 4 dniach do przedostatniego obozowiska, jakim jest Baranco Camp na 3950 m. Po drodze byliśmy już na 4500 m dla lepszego przyswojenia wysokości. Niektórzy narzekają już na bóle głowy związane z tą wysokością. Ostatni obóz zakładamy w Banafu Camp (4600 m). Każdy jest już trochę podenerwowany, jutro o 1 w nocy zaczynamy atak szczytowy. O zaśnięciu mało kto może pomarzyć. W około mnóstwo grup, listopad jest tutaj jednym z najlepszych miesięcy do wejścia i ekipy z całego świata zjeżdżają się tutaj tabunami. Przed wyjściem herbatka, krakers i w górę.


W oddali Uhuru Peak


Przed nami ruszyło już sporo zespołów, o czym świadczy wąż świateł z czołówek, jaki obserwujemy na trawersie. Żwir powulkaniczny oprószony śniegiem osuwa się pod nogami nie ułatwiając zadania. Dróżka dość ostro idzie w górę, tempo dość ślimacze. Co chwilę ktoś potyka się o nogi poprzednika, za bardzo nie można wyprzedzić, ale pamiętając słowa przewodnika - pole, pole (wolniej, wolniej) nie rwiemy się do przodu. Zaczynają się pomału z ekip wykruszać ludzie. Co raz to jakiś asystent przewodnika sprowadza kogoś na dół. Słychać czasami nawet płacz, w oczach widać zawód, no cóż, nie tego się chyba spodziewali. Agencje w swoich reklamach opisują przygodę na Kilimanjaro w efektowny sposób, ale wysokość prawie 6 tysięcy metrów to już nie przelewki. Obok mnie idzie Niemiec, wiek ok. 60 lat, ale widać, że w górami jest za pan brat. Imponuje siłą woli i wytrwałością. Oddychamy coraz ciężej, coraz częstsze i dłuższe postoje, góra się łatwo nie poddaje. O 6.15 świt zastaje nas na brzegu krateru (bo przecież Kili to wygasły wulkan), jest niesamowity i niepowtarzalny. Malowniczy wschód słońca na wysokości prawie 6 tysięcy jest jedyny w swoim rodzaju, masy chmur pod nami, słońce niczym gigantyczna pomarańcza szybko wędruje po niebie. Podczas wejścia na szczyt obserwuję dziwne objawy u siebie i kolegów z wyprawy. A to podczas mowy połyka się końcówki słów, mowa robi się bełkotliwa, czasami wydaje mi się, jakbym szedł obok siebie. Piotr 2 razy zasnął podczas wspinaczki na stojąco. Słyszałem też o czasowej ślepocie ludzi na tych wysokościach, która to dopiero po zejściu niżej ustępowała. Jeszcze ostatnie 100 m i jest upragniony szczyt - Kilimanjaro zdobyty.


Tablica pamiątkowa Uhuru Peak (5895 m)


Robimy szybką serię zdjęć przy tablicy informacyjnej, bo nadchodzą inni chętni na pamiątkowe fotografie. Podziwiamy zalegający lodowiec, który jak twierdzą meteorolodzy za kilka lat całkowicie zniknie z góry ze względu na globalne ocieplenie. Póki co za pośrednictwem agencji można za sowitą opłatą wynająć sobie helikopter i w środku Afryki pozjeżdżać na nartach. Po dość szybkim zejściu padamy w namiotach ze zmęczenia, ale nie na długo. Jeszcze tego samego dnia schodzimy w strugach deszczu drugą drogą Marangu Roud na 3100 m. Błoto jest wszędzie, ubrania mamy przemoczone do ostatniej nitki, niedługo zacznie się pora deszczowa, nawet Piotrowi puszczają nerwy...

Następnego dnia schodzimy do bram parku, skąd zabiera nas znajomy już bus. Jeszcze pamiątkowe dyplomy i lądujemy w hotelu, skąd nazajutrz ruszamy z inna ekipą na safari po Serengetti i Ngorongoro. Nasz przewodnik, Juma, który jest zarazem wyśmienitym kucharzem, wygląda na doświadczonego trapera, drugi to kierowca, którym naszym Land Rowerem dokonuje cudów na bezdrożach Afryki. Po południu zjeżdżamy do krateru Ngorongoro o 30 kilometrowej średnicy. Powala wielkością i zróżnicowaniem setek gatunków zwierząt, gdzie od wieków żyją w niezmąconej symbiozie. Dzień później jedziemy przez wyschnięte jezioro Lake Natron w okolice częściowo czynnego wulkanu Otonyo, na który część naszego teamu ma zamiar „wdrapać” się najbliższej nocy. Kąpiel w okolicznych wodospadach jest nieziemska. Na terenie parku Serengetti w nocy na dzikich obozowiskach trzęsiemy trochę portkami, ze wszech stron dochodzą odgłosy drapieżników, wyobraźnia działa... Zjadamy ostatnią puszkę mielonki przewiezioną z kraju, która profilaktycznie ląduje daleko od namiotów, co by zapachem pozostałego tłuszczu nie zwabić nieproszonych gości. Wracamy znowu do Moshi, gdzie mamy nieprzyjemny incydent w hotelu, jednemu z naszych kolegów kradną pieniądze, noc mija na posterunku policji. Busem jedziemy do Dar es Salaam, skąd promem ruszamy w rejs na Zanzibar - wyspę, która w dawnych czasach była jednym z największych centrów handlowych na świecie. Wyspa urzeka nas odmiennością, niepowtarzalnym klimatem, białym piaskiem, turkusową wodą. Niestety czas naszej podroży dobiega końca, pozostaje nam mnóstwo fotografii, wspomnień i nadzieja, że to nie ostania taka podróż. Warto abyście również myśleli, że żadna z waszych podróży nie była waszą podróżą życia, ta wyprawa jeszcze przed Wami, do szybkiego...

Tekst: Zbyszek Bąk

Foto: Magdalena Prask, Piotr Bujalski, Zbyszek Bąk

Więcej zdjęć wkrótce w fotogalerii


(kg)
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com