facebook
 
znajdź partnera
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-09-22
 

Turcja - słoneczny wspin

Geyikbayiri (czyt. Gejikbajiri) to największy rejon wspinaczki sportowej w Turcji. Położony jest zaraz koło miasta Antalya – znanego kurortu wypoczynkowego na południu kraju. Rejon przejął swoją nazwę, bądź co bądź mało „przyjazną” obcokrajowcom, od położonej tuż za nim wioski.
Tekst: Ola Stańczak

Zdjęcia: Bernardo Gimenez

GEYIKBAYIRI


Geyikbayiri (czyt. Gejikbajiri) to największy rejon wspinaczki sportowej w Turcji. Położony jest zaraz koło miasta Antalya – znanego kurortu wypoczynkowego na południu kraju. Rejon przejął swoją nazwę, bądź co bądź mało „przyjazną” obcokrajowcom, od położonej tuż za nim wioski. Licząc od centrum Antalyi, do Geyikbayiri jest około 25 kilometrów. Przemierzając je, trzeba pokonać jakieś 500 metrów przewyższenia i na tej właśnie wysokości nad poziomem morza znajdują się sektory wspinaczkowe. Są na tyle ukryte między wzniesieniami, że dopiero gdy wepnie się linę w łańcuch i rozejrzy dookoła po skończeniu drogi, można zobaczyć leżące nad morzem miasto.

Lotnisko (po turecku: havaalani) w Antalyi położone jest po wschodniej stronie miasta, zaś rejon wspinaczkowy po stronie zachodniej. Trzeba więc przejechać przez miasto (polecam trasę biegnącą wzdłuż morza), a następnie kierować się na miasteczko o nazwie Çakirlar (czyt. Czakirlar). Stąd jest już tylko około 7 km. Po drodze mija się otwarty w weekendy bazar, gdzie tanio kupić można owoce, warzywa oraz różne ciekawe tureckie przysmaki. Skał nie da się przeoczyć, bo mur rozciąga się zaraz koło drogi po jej prawej stronie.

Najwygodniejszą opcją jest wynajęcie samochodu w Antalyi lub zarezerwowanie transportu z lotniska na jednym z dwóch campów znajdujących się bezpośrednio w skałach. Do wszystkich sektorów można stamtąd dojść już na piechotę, więc na miejscu generalnie samochód nie jest koniecznością. Jeśli zaś chcielibyście pojechać gdzieś tylko w dzień restowy, na campie Josito można wynająć auto na jeden dzień. No problem, just 40 euro. Ci, którzy mają mocno ograniczony budżet i lubią docierać do celu z przygodami, mogą zawsze skorzystać z transportu publicznego lub jazdy autostopem. Robiłam tak milion razy i świetnie to wspominam. Turcy są z reguły bardzo pomocni, łatwo podróżuje się stopem, a jak będzie trzeba to sami wsadzą Was do odpowiedniego busa. Polecam tylko zaopatrzenie się w mały słowniczek turecki. Minibusy nazywają się tutaj dolmuş (czyt. dolmusz) i można nimi dojechać z Antalyi do Çakirlar. Niestety stamtąd do Geyikbayiri jedzie już tylko jeden bus dziennie – ogólnie mówiąc po południu (nie przykładałabym jednak wagi do rozkładów jazdy, bo różnie to bywa z publicznym transportem w Turcji) – więc zdecydowanie łatwiej jest łapać stopa.


Sektor Magara. Fot. Bernardo Gimenez


WSPINANIE

Pomarańczowe wapienne skały tworzą dwie długie na kilka kilometrów ściany o wystawie południowej, położone równolegle do siebie. Jedna leży wyżej i wzdłuż niej biegnie mało uczęszczana asfaltowa droga, a druga znajduje się poniżej i aby do niej dotrzeć, należy skręcić w lewo w piaszczystą drogę. Pierwsze tutejsze drogi zostały obite przez lokalnych wspinaczy w roku 2000. Dwa lata później wzmianka o nowym rejonie ukazała się w niemieckim magazynie „Klettern”, co ściągnęło kilku zapaleńców skłonnych poświęcić kilka lat życia na wbijanie kolejnych boltów. Paru z nich osiedliło się tam na stałe i tym oto sposobem Niemcy mają olbrzymi wkład w powstanie kilkuset fajnych dróg sportowych w Turcji :). Rejon oferuje wspaniałe wspinanie w śródziemnomorskim słoneczku po najróżniejszych formacjach, więc każdy znajdzie coś dla siebie. No ale oczywiście warto wypróbować tutejsze tufy i przewieszenia.

Na szczególną uwagę zasługują takie sektory, jak Sarkit (mój ulubiony), Mağara, gdzie powstały pierwsze drogi i lokalsi nie bardzo wiedzieli, jak je wycenić, więc czasem można się zdziwić :) oraz Anatolia. Wszystkie trzy leżą zaraz koło siebie i można się przemieszczać między nimi bez większego trudu.

Uwaga tylko na pasterzy i ich kozy, które chętnie zjedzą nie tylko wasze drugie śniadanie, ale także wszystko inne, co da się przeżuć. Dróg, które warto tu przewspinać, jest całe mnóstwo, ale na szczególną uwagę zasługuje z pewnością: Jaja City 7a+ – mająca aż 40 metrów i kończąca się wejściem na gigantyczny stalaktyt w dachu (lufa pod nogami na takiej wysokości robi pewne wrażenie), Geyikbayiri Games 7b+ – wzdłuż długiej zabarwionej na ciemno, lekko przewieszającej się na całej długości tufy, Colonist 8a+, Olympos Games 8b, Ange de l’oubli 7c czy też Turkish Airways 8a+.

Z „oferty” sektorów znajdujących się na niżej położonym murze skalnym polecam Black Moon 7b+ i Junimond 7c+ w sektorze Left Cave położonym zaraz koło campu Josito. Na szczęście mamy tu także skały o wystawie północnej, gdzie można wspinać się w czasie upałów. Cały mur skalny położony jest naprzeciwko sektorów o wystawie południowej i tworzy go system jaskiń i filarów.
Nazwano go Trebenna. Skała nie ma tak mocno pomarańczowego kolorytu jak ta o wystawie południowej, ale jeśli wspinanie w słońcu nie jest tym, czego szukacie, to tutaj można znaleźć jedne z najciekawszych dróg. Formacje są naprawdę bajkowe. Liczne tufy, zarówno te mniejsze, jak i te masywne, następnie jakiś bulder w środku drogi, a na koniec sekwencja w dachu. Sektor jest na tyle duży, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, niezależnie od poziomu, chociaż z drugiej strony to tutaj właśnie obserwujemy największą kumulację wysokich wycen.


Wspinaczka w sektorze Trebenna. Fot. Bernardo Gimenez

Polecam Diplomarbeit 7b, Fight the Butcher 7a czy też Freedom is a battle 7a. Ta ostatnia składa się z dwóch wyciągów, z których pierwszy to dość skomplikowany system tuf, a drugi – wyceniony na 8a+, prowadzi po „kalafiorach” w dachu. Bez wątpienia jest to jeden z klasyków. Rejon ma do zaoferowania trochę perełek z zakresu 7b+ do 7c+: No Money No Dance, Pumping on Big Mother’s Breast, Anakonda i wiele więcej. Kilka innych klasyków to Richtfest 8a, Ikarus i Boncuk Power 8a+ czy też Sarpedon 8b+.

W tym miejscu ważna uwaga: mówiąc o klasykach, wymieniam po prostu drogi, o których mówi się, że są warte przejścia, a z reguły przy wieczornym piwku wspomina się raczej drogi ciut trudniejsze. Nie oznacza to wcale, że w Geyikbayiri brakuje przepięknych, długich dróg „dla każdego” o wycenach takich, jak 6a, b czy c. Wręcz przeciwnie – jest ich naprawdę mnóstwo, ale wymienianie setek nazw nie byłoby specjalnie atrakcyjne dla czytelnika. Stąd też padają perełki z wyższych szczebelków drabiny skali trudności.

Aktualnie w całym Geyikbayiri obitych jest około 500 dróg, które podzielono na 30 sektorów. Dużo wspinania w słońcu – dla tych, co chcą się trochę opalić, dużo wspinania w cieniu – dla tych, którzy już się za bardzo spiekli, a w razie deszczu zawsze można się schować do jaskini. No chyba, że natraficie na większy opad, wtedy trzeba się schować i czekać aż jezioro znów zamieni się w pole campingowe :).

Reasumując, jest to całkiem fajne miejsce na spędzenie tej zimy i oczywiście nie tylko ja miałam taki pomysł. Wspinaczy pracujących tu w zamian za zakwaterowanie i wyżywienie jest oprócz mnie kilku: dwóch Niemców, Szwajcar i Belg.

SPRAWY PODSTAWOWE, CZYLI GDZIE SPAĆ I CO JEŚĆ


Mamy do wyboru dwa campy i oba znajdują się w samym „centrum wspinaczkowego wszechświata”. Pierwszy z nich to Climber’s Garden, który powstał przy górnym murze skalnym. Jest prowadzony przez Turków i Holendrów, a zaraz koło wejścia na jego teren stoi mały bar – rodzinny biznes tureckiej rodzinki, gdzie można kupić piwko lub coś do jedzenia. Climber’s Garden ma raczej spokojną i kameralną atmosferę. Podstawowym atutem tego miejsca jest dostęp do kuchni i lodówki, co nie dotyczy drugiego z campów, który nazwano Josito. Ten jest prowadzony przez Niemców, jest znacznie większy, ma swój bar oraz wydawane są tu posiłki i różne napoje.
Jedzenie nie należy do szczególnie tanich, ale jest naprawdę smaczne i na ogół przyrządzane przez tureckiego kucharza. Koszt campingu to 5 euro, a ceny bungalowów wahają się od 20 do 60 euro – w zależności od liczby miejsc w domku i jego wyposażenia (mogą być w nim tylko łóżka, a może być też kuchnia, łazienka oraz taras). Josito nie udostępnia kuchni dla gości, ale można tu wypożyczyć palnik i butlę z gazem za 1 euro dziennie. Można więc zaopatrzyć się w jedzenie na bazarach i w sklepach, co w Turcji wcale nie jest drogie. Najbliższy market znajduje się w pobliskim Çakirlar i nazywa się „Genpa”. Nie powinno być problemu ze złapaniem jakiegoś stopa czy też zabraniem się z kimś samochodem z campu. Kolejne jest duże centrum handlowe „Migros” na wjeździe do Antalyi. Tutaj kupicie już naprawdę wszystko, ale z doświadczenia wiem, że ceny są znacznie niższe na bazarach, których nie brakuje chyba w żadnym tureckim mieście. Oczywiście w dobrym tonie jest targowanie :). Dobrze jest zapytać pracowników campu o dni otwarcia bazarów, ponieważ w różnych dzielnicach Antalyi otwiera się je w innych dniach tygodnia.

Warto odwiedzić jeden z mniejszych rejonów wspinaczkowych, znajdujących się w pobliżu Antalyi. Kilkukrotnie odwiedziłam dwa z nich: Olympos i Akyarlar (czyt. akjarlar).

OLYMPOS

Znajdziemy tutaj 200 dróg w 12 sektorach. Aby tam dotrzeć, można jechać autobusem z Antalyi (co pół godziny) w kierunku miasta Kumulca i po 75 kilometrach wysiąść na rozwidleniu. Droga odchodząca w lewo, w dół, w kierunku morza, prowadzi do Olympos. Stamtąd jest jeszcze 10 km, więc można złapać minibusa lub spróbować stopem. Miasteczko Olympos jest dość znane wśród turystów, gdzie oprócz sektorów wspinaczkowych jest wiele innych atrakcji. Do najważniejszych należy bardzo ładna plaża, antyczne ruiny oraz tak zwana Chimera (nazwa turecka to Yanartaş, czyli płonący kamień). Jest ona naukową osobliwością polegającą na tym, że wydobywający się spod powierzchni ziemi gaz od wielu lat bez przerwy płonie. Polecam wybrać się tam nocą, wziąć butelkę z wodą i zapalniczkę :). Niektórzy biorą nawet kiełbaski. Serio.

Wróćmy jednak na chwilę do wspinania. Moim zdaniem Olympos można potraktować jako miejsce na krótki wypad, ponieważ lepsze wspinanie jest w Geyikbayiri. Warto jednak zobaczyć, co ma do zaoferowania inny rejon. Tutaj także znajdziecie skałę wapienną, a atrakcją może być wspinanie w bezpośredniej bliskości morza. Pełen chill out. Polecam sektor Cennet, znajdujący się nad morzem, i sektor o trudnej nazwie Hörgüç Mağara (w wolnym tłumaczeniu brzmi to chyba „garbata jaskinia”), niedaleko drewnianych domków.

Z zakwaterowaniem nie ma tu najmniejszego problemu. Drewniane domki wyrastają na każdym kroku. Ich idea zaczęła się od domków na drzewach Kadir’s Tree Houses, które stoją zresztą do dziś. Atmosfera jest super, szczególnie jeśli uda wam się jeszcze trafić na jeden z organizowanych tam festiwali. Ja trafiłam na wspinaczkowy, który był raczej mały – bo takie jest też tureckie środowisko wspinaczkowe (chociaż znalazło się tam też kilku Czechów, Niemców i Australijczyk, no i jedna Polka). W sumie była to raczej dziwna impreza, ale miło ją wspominam. Koszt noclegu wynosi 10 do 30 euro, ale można liczyć na specjalne zniżki dla wspinaczy (ostatnio było to 15%). Jest tu bar oraz jadalnie, gdzie wykupujemy sobie posiłki. Chociaż doszły mnie słuchy, że od jakiegoś czasu jedzenie jest wliczone w cenę pokoju. Brzmi jak super okazja.

AKYARLAR

To właściwie tylko jeden sektor i tylko 17 obitych dróg. Nie brzmi to zachęcająco, a jednak jest to dosyć popularne miejsce na jednodniowe wypady wspinaczkowe lub też lekki dzień restowy. Powodem jest zapewne położenie skał, które wyrastają bezpośrednio z plaży, dosłownie kilka metrów od morza. W dodatku Akyarlar znajduje się blisko Geyikbayiri, więc warto po prostu wynająć samochód, pojechać tam z rana i wrócić wieczorem. Z Antalyi, jadąc wzdłuż morza, trzeba pokonać tylko 15 km i zaparkować koło drogi jeszcze przed tunelem. Następnie należy zejść dosyć stromym terenem w kierunku plaży. W okolicy nie ma właściwie nic – żadnych sklepów ani noclegu.

Za pierwszym razem, gdy się tam wybraliśmy, spaliśmy na plaży w małej jaskini. Wspinaliśmy się tylko rano i wieczorem, bo w okolicach południa robiło się bardzo duszno i gorąco. Za to wieczorem skała jest już w cieniu. Ponownie jest to wapień. Tym razem jednak trochę inny, bo zmieniony pod wpływem wody morskiej. Drogi często zaczynają się przewieszeniem, a następnie wychodzą na piony. Skała jest zwykle biała, o obłych krawędziach, a sól morska często pokrywa ją cienką warstewką.

Nie jest to żadna rewelacja, więc tamtejsze wspinanie szybko nam się znudziło. Szukając innej rozrywki, pływaliśmy wzdłuż wybrzeża, gdzie udało nam się znaleźć kilka fajnych baldów, z których wpadało się prosto do wody. Bez znajomości dna mieliśmy raczej „pietra” przed skokami z większych wysokości. Zabawa w każdym razie była przednia.

No właśnie, à propos Deep Water Solo, warto wspomnieć, że ostatnio został odkryty rejon, który podobno nadaje się do tego typu działalności. Skały znajdują się wzdłuż wybrzeża między Olympos a Adrasan leżącym jeszcze kilka kilometrów na południe. Rejon nazwany został Yarasali i podobno można tam znaleźć wspinanie do 20 metrów, przewieszone, po naciekach i małych klameczkach. Aby tam dotrzeć, trzeba wynająć łódkę: z Olympos płynie się około godziny, a z Adrasan – pół. Nigdy tam nie byłam, więc nie wiem, na ile miejsce to jest warte uwagi, ale gdybyście byli zainteresowani, na pewno można o to zapytać na campie Josito w Geyikbayiri...

Całość artykułu i więcej informacji praktycznych do znalezienia w GÓRACH, nr 4 (191) kwiecień 2010.
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com