facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-11-01
 

Trzeci polski „Śnieżny Bars” – rozmowa z Marcinem Kaczkanem

Marcin Kaczkan jest trzecim Polakiem, który zdobył „Śnieżną Panterę” – komplet siedmiotysięczników b. ZSRR. Ostatnie dwa szczyty zdobył w sierpniu 2008 r.

Marcin Kaczkan jest trzecim Polakiem, który zdobył „Śnieżną Panterę” – komplet siedmiotysięczników b. ZSRR. Ostatnie dwa szczyty zdobył w sierpniu 2008 wraz z „Polish Pamir Expedition” – wyprawą, którą GÓRY objęły patronatem medialnym. Wspinaczką zajmuje się od 12 lat. Jest współautorem (obok Denisa Urubko i Piotra Morawskiego) zimowego rekordu wysokości na K2 (7660 m n.p.m.), który osiągnął podczas wyprawy Netia K2 Polish Winter Expedition 2002/2003. Z wykształcenia jest elektronikiem. Pracuje na stanowisku adiunkta w Politechnice Warszawskiej.



Trzeci polski „Śnieżny Bars” – rozmowa z Marcinem Kaczkanem

Wywiad przeprowadziła: Ola Dzik


Sporo Twojej działalności górskiej to rejon Środkowej Azji. Co tak naprawdę „ciągnie” cię w te właśnie góry? Dlaczego akurat ta część świata? Dlaczego szczyty „Śnieżnej Pantery”?

Pamir i Tien-Szan były kolejnym krokiem, naturalnie narzucającym się po Alpach i Kaukazie. O moim pierwszym wyjeździe w ten region zadecydował fakt, że chciałem poznać góry siedmiotysięczne, a ta część świata była przystępna finansowo jak na studencką kieszeń. Oczywiście jeżeli się człowiek trochę wysilił.

„Śnieżną Panterę” tworzy 5 siedmiotysięczników: Pik Lenina, Pik Korżeniewskiej, Pik Somoni (Pik Kommunizma), Chan Tengri i Pik Pobiedy. Który z „pazurów” Pantery był dla ciebie najtrudniejszy? Pewnie Pik Pobiedy?

Tak, dokładnie, Pobieda. Może dlatego, że nie „uległa” mi tak łatwo, jak wszystkie poprzednie. Musiałem poświęcić trzy sezony z rzędu, żeby ją w końcu zdobyć.

Masz wśród tych pięciu szczytów taki, który szczególnie miło wspominasz? A może taki, na który nie chciałbyś wracać?

Oczywiście najmilej wspominam tę górę, która kosztowała mnie najwięcej wysiłku – Pik Pobiedy. Ten szczyt dał mi prawdziwą górską szkołę. Wiele mnie nauczył. Najbardziej cenię to, że przy zdobywaniu Pobiedy zastałem ją „w stanie nienaruszonym” – nietkniętą ludzką stopą od poprzedniego sezonu, bez przedeptanych ścieżek, pozakładanych poręczówek itp. To było odkrywanie góry. Odkrywanie od początku do końca bazujące na własnych siłach.

Kiedy wycofywałem się po dwóch pierwszych nieudanych próbach, miałem „czyste sumienie”. Poczucie, że zrobiłem wszystko, co było można. Tylko, że po prostu się nie udało. Trzecia próba zakończyła się wreszcie sukcesem. Dla mnie był to sukces szczególny, bo na górze, już od Przełęczy Dziki, działałem zupełnie sam. Pobieda była dla mnie wspaniałą przygodą. Taką, jakiej życzę każdemu.

Pytasz, czy gdzieś nie chciałbym wracać... Generalnie nie planuję powrotów na żaden ze zdobytych szczytów. Na świecie jest jeszcze tyle różnych ciekawych gór, które także warto poznać. Ale jeśli chodzi o miejsca, do których czułbym niechęć, to nie mam takich. Nie czuję antypatii do żadnej góry.

Pik Lenina, Chan Tengri i największe wyzwanie – Pik Pobiedy miałeś za sobą już kilka lat temu. Później na kilka sezonów zniknąłeś z wysokogórskiego świata i na pozostałe dwa szczyty wybrałeś się teraz. Kiedy zacząłeś myśleć o skompletowaniu Śnieżnej Pantery?

Kiedy pojechałem na Pik Lenina, nie miałem nawet pojęcia, że istnieje coś takiego jak „Śnieżna Pantera”. Później też nie przywiązywałem do tego określenia zbytniej wagi. Pamir i Tien-Szan przyciągały mnie dlatego, że to rejon pełen pięknych, wysokich gór, w dodatku przystępny finansowo.

Wtedy, gdy zdobyłeś już trzy z pięciu szczytów, w tym najtrudniejszy, nie myślałeś o tym, żeby zostać pierwszą polską „Śnieżną Panterą”? Miałeś szansę wyprzedzić Marcina Henniga. Nie lubisz „kolekcjonerstwa” i ścigania w górach?

Tak, pomyślałem o tym przez chwilę. To było po tym, jak przeczytałem na forum wspinaczkowym, że mogę zostać pierwszym polskim „Śnieżnym Barsem”. A mówiąc na poważnie – góry to nie bieżnia, żeby się z kimś i o coś ścigać.

Skąd zatem pomysł powrotu do „Śnieżnej Pantery” właśnie teraz? Skąd pomysł udziału w „Polish Pamir Expedition 2008”?

Na Pik Kommunizma chciałem wybrać się od zawsze. Kiedy zacząłem jeździć do Azji Centralnej ten rejon Pamiru był trudno dostępny ze względu na działania wojenne w Tadżykistanie. Jeździłem więc do Kirgizji. Gdy uspokoiła się sytuacja w Tadżykistanie, miałem przerwę w wyjazdach. Ale kiedyś trzeba było wrócić w góry.

Jak na tle pozostałych spośród szczytów Śnieżnej Pantery mógłbyś scharakteryzować Pik Korżeniewskiej i Pik Somoni? Na czym polega specyfika, trudność każdej z tych gór?

Jedno, co mi się narzuca to niespotykanie dobra pogoda. W żadnym innym rejonie górskim nie spotkałem tak dobrej i stabilnej pogody. Każda góra jest inna i na swój sposób specyficzna. Pik Somoni jest olbrzymim masywem. Ze względu na długie i wymagające głębokiego torowania podejścia nieraz przypominał mi Pik Pobiedy. Z kolei Pik Korżeniewskiej, podobnie zresztą jak Chan Tengri, często bywa niedoceniany i lekceważony przez wspinaczy, którzy traktują go jak cel aklimatyzacyjny.

Pik Korżeniewskiej zdobyłeś tak naprawdę „przy okazji” udziału w poszukiwaniach zaginionego kolegi z drugiej polskiej wyprawy, działającej w tamtym rejonie. Niebezpieczna, momentami wręcz dramatyczna akcja okazała się bezskuteczna. Czy po tym wszystkim, po tragedii, która dotknęła w sumie obydwie wyprawy, nie myślałeś o rezygnacji z atakowania drugiego szczytu?

Z całym szacunkiem, nie myślałem o rezygnacji. To nikomu by nie pomogło. Jeśli ja zginąłbym w górach, to nie chciałbym, żeby z tego powodu inni rezygnowali z dalszej działalności górskiej...

Dokończenie wywiadu oraz krótka informacja o wyprawie: GóRY, nr 10 (173) październik 2008

(kg)


 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-07-12
GÓRY
 

Sukces azjatyckiego zespołu na Nandze Parbat!

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com