
Porośnięte kwiatami rozległe płaskowyże z czarnego pyłu. Góry o kształcie wulkanów i mech we wszystkich odcieniach zieleni. Jęzory lodowców prawie na wyciągnięcie ręki. Dymiące kolorowe góry i srebrne nitki rzek. Czarno-czerwono-zielone ściany kanionów, jak w filmach fantasy. Z tych wszystkich klocków ułożony jest krajobraz Islandii, jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi. I przez nie właśnie wiedzie szlak, którym szliśmy.

Widok ze szlaku na jezioro Álftavatn i otaczającą go dolinę
Plan był prosty – pakujemy plecaki, zabieramy namiot oraz stertę liofów i pieszo wędrujemy przez Islandię. Chcieliśmy połączyć trzy szlaki: Fimmvörðuháls, Landmannalaugar i Hellismannaleið. Razem to około 150 kilometrów, jednak Islandia krzyżuje nam plany, bo jej piękno sprawia, że zostajemy w górach dłużej i przechodzimy w sumie 230 kilometrów. Ale po kolei…
Lądujemy na innej planecie. Wszędzie płasko, w oddali majaczą tylko strome zbocza fiordów. W tym dziwnym, na pozór nieprzyjaznym krajobrazie nie ma drzew. Wszystko porasta mech i fioletowy dywan łubinu. Jest zimno. Ciemne chmury wiszą nam nad głowami, zwiastując deszcz. Książkowy początek lata na Islandii.
Transportem publicznym przemieszczamy się w kierunku malutkiej wioski, nieopodal Skógar. Następne trzy dni spędzimy na jeżdżeniu po okolicznych atrakcjach, podglądaniu maskonurów i czekaniu, aż w górach ustaną huraganowe wiatry.

Jeden z wodospadów na szlaku ze Skógafoss
DZIEŃ 1: ZE SKÓGAFOSS DO ÞÓRSMÖRK
Pogoda się poprawia i w końcu ruszamy. Szlak Fimmvörðuháls zaczyna się tuż obok jednej z większych atrakcji Islandii – wodospadu Skógafoss. Pnie się wzdłuż rzeki, żeby wyprowadzić nas na przełęcz między dwoma lodowcami, słynnym Eyjafjallajökull i czwartym co do wielkości na wyspie – Mýrdalsjökull.
Niestety, na pierwszych 200 metrach trzeba się przebijać przez tłumy turystów, ale dalej zapuszczają się nieliczni. Kilometr od wodospadu jesteśmy już sami i możemy rozkoszować się widokami. Ten odcinek szlaku to 25 kilometrów nieopisanej przygody.
Jak już nacieszymy oczy wodospadami we wszystkich możliwych rozmiarach i zdołamy przejść parę kilometrów bez ciągłego zatrzymywania się na zdjęcia, wchodzimy na obszar przypominający czarną, kamienną pustynię. Przekraczamy rzekę Skógaá, a za nią mijamy niewielki schron, w którym dwie osoby mogłyby przeczekać noc w razie załamania pogody, i kamienistą drogą pniemy się w kierunku przełęczy. Po kilku kilometrach docieramy do niewielkiego schroniska Baldvinsskáli. Gdy zaglądamy do środka, sympatyczny gospodarz mówi, że wczorajszy huragan był tak mocny, że padało w poziomie, a wiatr porywał śnieg i kawałki lodu. Nie dało się pokonać nawet kilku metrów. Dobrze, że przeczekaliśmy ten dzień na wybrzeżu.
Po krótkiej konwersacji ruszamy dalej, aby przez pola śnieżne, poprzetykane czarnym żwirem, dotrzeć na przełęcz Fimmvörðuskáli. Zaczyna padać. Początkowo planowaliśmy, że będziemy spać przy schronisku na przełęczy, ale pogoda, brak dobrej osłony od wiatru i duża ilość zalegającego wszędzie mokrego śniegu motywują nas do tego, żeby ruszyć dalej i zejść do doliny po drugiej stronie.
Krajobrazy, kolory i kształty są tak nowe, inne i niesamowite, że morale mamy dość wysokie, mimo że następne kilka godzin brniemy we mgle przez podmokłe pola śnieżne o konsystencji kaszy. Szlak jest dobrze oznaczony tyczkami, więc nawet w trudnych warunkach ciężko się zgubić. Towarzyszy nam też dzień polarny i w zasadzie całą dobę jest jasno. Czołówki nie są w ogóle potrzebne.

Chmury nad wąwozem, w którym płynie rzeka Markarfljót
Po kilku kilometrach docieramy do pola lawy. To nasze pierwsze z nią zetknięcie, naprawdę fascynujące… Idziemy labiryntem dziwnych form wyglądających jak szalone rzeźby, niektóre wielkości człowieka. Mgła tylko potęguje tajemniczy klimat.
Dalej czeka nas zejście stromymi śniegami, którymi w końcu schodzimy pod chmury. Naszym oczom ukazują się niezwykłe kształty przełęczy Heljarkambur oraz kanion Hraungil. Do przełęczy dochodzimy, korzystając z łańcuchów, co jest zaskoczeniem. To dość fotogeniczne miejsce, więc robimy zdjęcia, a potem wchodzimy na płaskowyż Morinsheiði, który we mgle zdaje się nie mieć końca.
Jakby doznań na jeden dzień było mało, zejście do Þórsmörk okazuje się niesamowite. Dookoła wyłaniają się niezwykłe kształty wzgórz porośniętych mchem. Za nimi kryje się kanion rzeki Hvanna, który jest ponoć jednym z najpiękniejszych na Islandii. Nie ma się co dziwić, że zasłużył na to miano.
Odurzeni tym wszystkim docieramy na kemping. W Þórsmörk mamy trzy opcje noclegu: Basar (gdzie przyjeżdżają głównie islandzkie rodziny), Langidalur (wybierany przez trekkerów) i Volcano Huts (który preferują miłośnicy glampingu). My zostajemy na tym pierwszym i rozbijamy się w cieniu karłowatych drzew.
Tekst i zdjęcia / EWA KOLBUSZ
* * *
Tekst w całości przeczytasz w 302 (1/2026) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link