facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-07-12
 

Treking Santa Cruz w Cordillera Blanca

To nie był zwykły treking, zważywszy na towarzystwo. Przeszedłem go z moją partnerką Elą Jodłowską, naszym peruwiańskim przyjacielem Danielem Millą, poganiaczem osłów Cezarem oraz czterema prezydentami Stanów Zjednoczonych: Fordem, Carterem, Clintonem i Bushem.
Tekst: Mirosław Mąka
Zdjęcia: Elżbieta Jodłowska i Mirosław Mąka

To nie był zwykły treking, zważywszy na towarzystwo. Przeszedłem go z moją partnerką Elą Jodłowską, naszym peruwiańskim przyjacielem Danielem Millą, poganiaczem osłów Cezarem oraz czterema prezydentami Stanów Zjednoczonych: Fordem, Carterem, Clintonem i Bushem. Prezydenci byli bez obstawy Secret Service i dźwigali nasz ekwipunek. Było to przed trzema laty, lecz wiem, że potem Cezar dokupił kolejnego osła, więc i Obama dołączył do poprzedników.

We wrześniu 2008 r. podjęliśmy z Elą i Danielem mocno zaawansowaną próbę wejścia na Chopicalqui (6354 m), piękną strzelistą górę tuż obok olbrzymiego Huascarana (6768 m), najwyższego szczytu Peru. Niestety, burza śnieżna, która rozpętała się na lodowej grani w okolicach 5900 m, zmusiła nas do niełatwego biwaku, a potem odwrotu. W Huaraz, po odzyskaniu sił w naszej ulubionej knajpce Chilli Heaven, stanęliśmy przed problemem, co zrobić z trzema dniami, które zostały nam do odlotu do Polski. Na jakiś ciekawszy szczyt było za mało czasu, a na włóczenie się po Huaraz – za dużo. Jednodniowe standardy do jezior Churup czy inkaskich ruin Wilkahuain mieliśmy już za sobą, a inne krótkie spacery niezbyt nas podniecały. Wtedy Daniel przy kolejnym pisco sauer rzucił: „Maybe Santa Cruz?” Stwierdziliśmy, że to niezły pomysł. Tylko czy zdążymy? Trekking opisany jest na 4-5 dni. Lecz on tylko spojrzał na nas, jak wytrawny jeździec na rasowe konie i powiedział krótko: „We need two and half days“.


Pierwszy biwak w dolinie Santa Cruz.
fot. Elżbieta Jodłowska

Trekking Santa Cruz nie jest długi, nawet z wariantem odwiedzenia bazy pod Alpamayo. Ale dwa i pół dnia? Czym jest jednak zaufanie do przewodnika znającego na wylot te góry? Jeszcze tego samego dnia kupiliśmy prowiant, a Daniel załatwił „donkey driver’a” Cezara wraz z czwórką prezydentów. Nazajutrz o świcie telepaliśmy się wyboistymi serpentynami, mocno niedzisiejszą toyotą, do odległej o kilka godzin Cashapampy – wioski u wylotu doliny Santa Cruz. Co ciekawe, leży ona niżej niż położone na 3000-3100 m Huaraz, choć po drodze pokonuje się kilometry stromych podjazdów. Tylko że wcześniej niepostrzeżenie zjeżdża się do głębokiej doliny Rio Santa.

W Cashapampie przeładowaliśmy ekwipunek na osły i z lekkimi plecakami zapuściliśmy się w wąski wylot doliny, podążając wzdłuż huczącego strumienia, pełnego malowniczych kaskad, potężnych głazów i progów skalnych. Stopniowo dolina rozszerza się, oferując coraz rozleglejsze widoki. Zdumiewa niesłychane bogactwo egzotycznej roślinności, fantazyjnych kwiatów i jaskrawo kwitnących kaktusów. Ela wpadła w szał notowania nazw roślin w języku keczua, fotografując je i zadręczając Daniela pytaniami. Odpowiadał cierpliwie, zaskakując imponującą wiedzą na temat flory. Nie zaniedbywał przy tym innych tematów, objaśniając wyłaniające się doliny i szczyty. Wczesnym popołudniem ujrzeliśmy przed sobą kilka bud i szałasów otoczonych kamiennym murkiem. Był też mini-sklepik, w którym starsza Peruwianka oferowała colę i słodycze. Okolica była płaskim, pełnym krowich placków dnem doliny, usłanym potężnymi bulderami.


Objuczone osły na popasie w Llamacorral w dolinie Santa Cruz
fot. Mirosław Mąka

Był to Llamacorral (3760 m), miejsce pierwszego biwaku na treku. Nie dla nas jednak. Posiliwszy się, po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w górę i po godzinie mijaliśmy olbrzymie szmaragdowe jezioro Ichiccocha, potem zaś jeszcze większe Jatuncocha. Namioty rozbiliśmy na płaskiej łące wielkości lotniska. W perspektywie końca doliny wyłaniały się groźne, spowite mgłą, skalno-lodowe filary Taulliraju (5830 m). Rozłożeni na karimatach, raczyliśmy się kolacją i peruwiańskim specjałem – suszonym mięsem kui, czyli świnki morskiej. Wtedy odwiedził nas lis, podchodząc ostrożnie na kilka metrów po kęs jedzenia. Cezar wołał na niego „Rambo!“, choć lis chudzina aż tak nie wyglądał.

Nazajutrz, minąwszy boczną ścieżkę pod Quitaraju (6036 m), doszliśmy do rozwidlenia szlaków na polanie Quishuar. Byliśmy na końcu dwudziestokilometrowej doliny Santa Cruz, wśród bujnej jeszcze roślinności, lecz wyżej w otoczeniu skalnych filarów i ścian, oblanych zastygłym mlekiem nawisów i lodu. Szczyty ginęły we mgle, lecz nasz cel – wybitna skalna przełęcz Punta Union – był świetnie widoczny.

Z tego miejsca odchodzi na lewo dwugodzinny szlak do bazy pod Alpamayo. Nie poszliśmy nim, lecz znam to miejsce z późniejszego pobytu i gorąco polecam! Baza leży na wysokości 4330 m, wśród niesamowitego, pierwotnego lasu prastarych drzew kenua i ogromnych, omszałych głazów, tworzących unikalną, baśniową scenerię. Zobaczenie tego miejsca to uczta duchowa! Zaś kawałek dalej można podziwiać urzekające dzikością, zasypywane co parę godzin lawinami seraków jezioro Arhueycocha. Słynnej południowo-zachodniej ściany Alpamayo co prawda nie widać, a ściana północno-wschodnia nie rzuca na kolana, niemniej otoczenie ma wspaniały, wysokogórski charakter. Miejsce to może być doskonałym celem dwu- lub trzydniowej wycieczki.


Widok na strzelistą piramidę Artesonraju (6025 m) z podejścia z doliny Santa Cruz do
bazy pod Alpamayo

fot. Mirosław Mąka

Od rozwidlenia szlaków ścieżka biegnie coraz bardziej stromo, by wnet minąć urokliwe, zielone jezioro i zakosami po ogromnych, wygładzonych płytach, osiągnąć wąską szczerbinę Punta Union (4760 m). To jeden z ważniejszych punktów widokowych na turystycznych szlakach Cordillera Blanca. Nam jednak nie było dane napawać się widokiem, gdyż zimny wiatr zasnuł mgłami wielkie partie gór, spadł deszcz, a potem sieknęło drobnym gradem. Po krótkim postoju zeszliśmy więc śpiesznie zakosami ku malowniczym jeziorom doliny Huaripampa. W jej górnej części minęliśmy spektakularne okazy wielkich, płaskich skał ozdobionych misternymi wzorami przeplatających się rowków, wyrytych przez twarde kamienie wciskane masą lodowca. Niżej Daniel wskazał nam zagajniki na zboczach, informując, że były tam kiedyś kopalnie złota. Schodziliśmy rozległym i wielce zróżnicowanym terenem, miotani silnym wiatrem i zalewani kolejnymi falami deszczu. Po dziesięciu kilometrach rozbiliśmy namioty na bujnej, zielonej łące, tuż przy rzece. Nie był to dobry pomysł. Nad wilgotną trawą unosiły się chmury krwiożerczych meszek, które zmieniły nam wieczór w koszmar. Nie pomógł dym z mozolnie roznieconego ogniska. Napuchnięte od ukąszeń twarze nieznośnie swędziały. Noc nie poprawiła sytuacji i rankiem meszki ponowiły atak. Pośpiesznie zwinąwszy biwak, uciekliśmy bez śniadania, byle dalej od pechowego miejsca.

W imponującym tempie pokonaliśmy dolny bieg doliny, mijając wysoko położoną wieś Huaripampę i, nie dochodząc do Colcabamby (przez którą biegnie inny wariant treku), poszliśmy w prawo, dolinką stromo prowadzącą do osady Vaqueria. Byliśmy u celu wędrówki. Zgodnie z planem trwała dwa i pół dnia. W wiosce czekała już rozklekotana toyota, więc po przepakowaniu ekwipunku z oślich grzbietów, ruszyliśmy ku słynnej przełęczy Portachuelo Llanganuco (4767 m). Jej sława bierze się stąd, iż biegnie przez nią jedna z najbardziej niesamowitych dróg na świecie, poprowadzona z fantazją graniczącą z szaleństwem.

Dwie godziny, w czasie których przebyliśmy tę niewyobrażalną trasę, zapamiętamy na zawsze. Wielokrotnie, przed kolejnymi urwiskami, nad setkami metrów luftu, nie wierzyliśmy, że jest możliwe dostanie się jeszcze wyżej, a z rzadka mijane auta wyglądały surrealistycznie, pojawiając się nagle pośrodku pionowych ścian. Po krótkim oddechu na przełęczy zaczęły się emocje zjazdu niekończącymi się pętlami ciasnych serpentyn, które rosły, gdy pojazd wolno, na centymetry mijał się z innym, tuż obok kapliczek i krzyży w miejscach rozlicznych katastrof. Cóż, prawdziwą adrenalinę Daniel zachował na koniec trasy.

Ten dzień był jednak szczęśliwy. I zakończony uroczo, w magicznych mrokach Chilli Heaven, gdzie przy dobrej muzyce marzenia smakują zmysłowym chilli oraz wytrawną nutą chłodnego pisco.


GÓRY, nr 5 (204) maj 2011

 Mapa trekingu
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com