facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
 
 
2011-04-12
 

Tajskie podboje ekipy AET - CaveMan 7c+ oraz BatMan 8a+

Kolejne powitanie słońca wraz z lokalną ludnością zapodajemy na ławeczce pod sklepem w porcie Ta Khao na Koh Yao Noi. Z odpowiednią ilością zapasów sticky rice’a i kilkoma kiściami bananów wskakujemy na pokład naszego drewnianego long boat-a.
Magiczny klimat długiej łodzi wprawionej w ruch za pomocą nieznośnie ryczącego samochodowego silnika diesla z zanurzonym w wodzie na końcu 3-metrowej rurki  śmigiełkiem uderza swoją prostotą i jakoś zawsze wprawia pasażerów w szampański nastrój.


Dobijamy do zachodniej plaży Koh Roi-a

Tradycyjna komunikacja w postaci wymiany spojrzeń i nasz boatman bez słów kieruje łódź pod Koh Roi-a. Nasze projekty są już gotowe do przejścia, więc tym razem płyniemy na wspin.

Lekka rozgrzewka w postaci zwiśnięcia w przybloku na daszku łodzi to nie za wiele jak na atak na nasze projekty…, ale startując z łodzi nie mamy innego wyjścia. W dodatku coś ogłupia mnie na maxa i stwierdzam, że chyba styknie.

Vaison w pierwszym cruxie na Batmanie 8a+

Parkujemy łódź pod pierwszymi spitami prawego projektu i Vaison, atakuje jako pierwszy 20-metrową linię o dynamicznych ruchach pomiędzy rozstawionymi idealnie na pełną szerokość ramion tufami. Trochę stękania i napinki, ale po paru okrzykach kończy z powodzeniem. W sumie wygląda spoko, więc bez namysłu napieram jako drugi. Z każdym przechwytem szacun dla Vaisona rośnie, aż w końcu zgina mnie i odpadam. O kurde, chłop chyba konkretnie dopakował na tej emigracji i w dodatku nawet się specjalnie nie zapocił... Jak to możliwe w tym klimacie? Przecież dopiero co, nieprzyzwoicie blady jak śnieg, doleciał do nas z Londynu …



Tymczasem słońce już się na nas łakomi, więc Vaison uderza na nasz drugi projekt - tufo-diretissimę idealnie forsującą środek Bat Wall-a. Ruchy marzenie, niczym idealna linia z zawodów, każdy kolejny przechwyt trudniejszy od poprzedniego i crux na 30 metrze... Znów trochę postękiwania i znów droga pada w 1-szej przymiarce…
Bułę mam spuchniętą, ale kolej na mnie, słońce nie czeka i z każdą chwilą przypomina nam, że jesteśmy w tropikach, więc uderzam. I jakże podobny scenariusz... odpadam wymiętolony nie tylko trudnościami, ale i ciągłym porównywaniem się z wyraźnie lepszym zawodnikiem…
To nie koniec mojej batalii, przez kolejnych kilka dni mięśnie mam tak spięte, że nawet lokalne mistrzynie tajskiego masażu nie są w stanie nic poradzić. Dostałem więc bonusa w postaci  sporej ilości czasu na przemyślenia, zwłaszcza, że Vaison beztrosko stwierdza, że co miał to zrobił i w takim razie spada na Ton Sai-a poskakać trochę na Baise, zanim zapakuje się na samolot z Krabi do Londynu.


I po robocie...

Żeby pojąć całość zdarzenia, które dla mnie mocno wykraczało poza zrobienie lub "niezrobienie" takiej czy innej drogi tam czy siam, dodać muszę, że nasza ponad 15-letnia przyjacielska relacja, która jednak we wspinie długo pokutowała jako uczeń – mistrz, właśnie się odwróciła i moje ego nakręcane wieloma wcześniejszymi wyjazdami ucierpiało z tego powodu niezwykle…

Ten dzień na długo pozostanie w mojej pamięci, a mój wspaniały nauczyciel nawet nie podejrzewał, ile dzięki niemu zrozumiałem…

W drodze na Koh Lo Kah
Po powrocie do siebie zrobiłem jeszcze jeden 35-metrowy projekt na ścianie The Mitt na Koh Yao Noi, aby po kilku przymiarkach stwierdzić, że podobnie jak nasza trzecia przepiękna i niepokonana linia z Koh Roi-a, musi on jeszcze poczekać na swoją kolej (przejście) do przyjazdu dużo lepszych zawodników…

W Taju już monsun na całego, więc pozostaje mi mieć nadzieję, że tymi zawodnikami będziemy za rok my…

Jacek Kudłaty

Strona wyprawy: www.wro.co/alpinus







 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com