facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-12-17
 

Szczyt pod choinkę, czyli Wigilia na Fitz Royu

Jesienią 1984 roku wziąłem udział w alpinistycznej wyprawie do Patagonii w Argentynie wraz z alpinistami z Krakowa: Piotrem Lutyńskim, Wiesławem Burzyńskim, Mirosławom Falco-Dąsalem i Jackiem Kozaczkiewiczem.
Tekst: Michał Kochańczyk

Naszym celem było poprowadzenie nowej drogi wiodącej wielkim zacięciem na północnej ścianie Fitz Roya. Mimo że nie jest to bardzo wysoki (3441 m n.p.m.) szczyt, w środowisku alpinistycznym jest on owiany legendą. To wymarzona do wspinaczki szklana góra: wielki, strzelisty szczyt pokryty lodową czapą, o potężnych, pionowych granitowych ścianach – o wysokościach do 2000 m, otoczony trudnymi do przejścia lodowcami. Niezależnie od dużych trudności technicznych, jakie
napotykają alpiniści w Patagonii, największym problemem są bardzo trudne warunki pogodowe.
W tym najbardziej wietrznym rejonie świata, w górach, gdzie w roku jest tylko kilka dni dobrej
pogody, każdy zespół musi uzbroić się w wielką cierpliwość. Zdarza się, że na dobrą pogodę czeka
się nawet dwa miesiące.

My byliśmy pełni optymizmu. Na początku grudnia założyliśmy bazę w Piedra del Fraile w dolinie Rio Electrico, w częściowo rozwalonym szałasie, w którym wiele lat spędził zasłużony dla Patagonii włoski ksiądz Alberto Maria de Agostini. W trakcie czekania na poprawę pogody
zeszliśmy z Jackiem Kozaczkiewiczem do schroniska w celu uzupełnienia zapasów żywności.
Pogoda była paskudna, z przyjemnością opuściliśmy targaną wiatrem bazę. W połowie drogi
skręciliśmy do obozowiska w Rio Blanco, skąd alpiniści wyruszają na drogi wiodące południową
ścianą Fitz Roya. Ucieszył nas widok dymu wydobywającego się przez dach szałasu, spodziewaliśmy się bowiem zastać poznaną niedawno dwójkę alpinistów amerykańskich.

W szałasie powitało nas dwóch facetów w kominiarkach, powiedzieli, że są Włochami, choć między sobą mówili po niemiecku. Poczęstowali uprzejmie herbatą. Ponieważ w Patagonii
nieczęsto spotyka się ludzi, toteż zarówno oni, jak i my byliśmy ciekawi nowych wieści. Przedstawiliśmy nasze zamierzenia, a ponieważ byliśmy w tym rejonie już od pewnego czasu, zostaliśmy potraktowani jako eksperci od tych gór i specjaliści od pogody patagońskiej. Z kolei gospodarze szałasu przyznali się, że przyjechali tutaj, by wejść na Fitz Roya w czasie oczekiwania na otrzymanie zgody władz argentyńskich na przelot samolotem na Antarktydę i skorzystanie z zapasów paliwa będących w argentyńskiej antarktycznej bazie. Ich zamierzeniem było zdobycie Mount Vinson – najwyższego szczytu Antarktydy.

Wszystko to wyglądało trochę nieprawdopodobnie, toteż bardzo taktownie zapytałem ich o kwalifikacje wspinaczkowe. Dobrze, że zrobiłem to stosunkowo grzecznie, bo Koza – Jacek Kozaczkiewicz dyskretnie klepnął mnie w plecy i cichaczem powiedział:
– Ty, uważaj co mówisz, to jest sam Reinhold Messner.
Rzeczywiście, przyjrzałem się dokładnie, przede mną siedział najlepszy alpinista świata, drugim okazał się wyśmienity wspinacz Hans Kammerlander.

Cóż, zrobiłem dobrą minę do złej gry. Rozmowa potoczyła się dalej, porozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic o wspólnych znajomych, podzieliśmy się ostatnimi nowinkami o polskich wyprawach
himalajskich. Messner z szacunkiem odniósł się do polskiej próby zdobycia zimą północnej ściany
Cho Oyu w Himalajach Nepalu (wyprawa prowadzona przez Andrzeja Zawadę dwa i pół miesiąca
później zakończyła się sukcesem). Pożegnaliśmy się po godzinnej rozmowie. Poprosiłem o zrobienie wspólnego zdjęcia.


Od lewej: Hans Kammerlander, Michał Kochańczyk i Reinhold Messner

Na tych zdjęciach w naszych polskich dresach wyglądamy trochę jak ubodzy krewni naszych
rozmówców w „wypasionych” polarach i goretexach.

* * *

Mimo że byliśmy doświadczonymi wspinaczami, nikt w Polsce na nas nie liczył. Tym bardziej, że wyekwipowani byliśmy nie najlepiej. Gdy na początku grudnia przejaśniło się niebo, wróżąc lepszą pogodę, z grot lodowych, w których przetrzymaliśmy wichury i śnieżyce, ruszyliśmy pod ścianę. Od razu natknęliśmy się na duże trudności techniczne. Początkowo droga wiodła przez zalodzone kominy i rysy, które pokonywaliśmy w rakach, najczęściej stosując technikę hakową. Po czterech dniach ciężkiej wspinaczki dotarliśmy do maleńkiej półki skalnej, kazalniczki zawieszonej nad czterystumetrową podstawą ściany. Tu biwakowaliśmy opatuleni w płachty biwakowe i w krótkie śpiwory, tzw. nogi słonia. Z półki roztaczał się widok na strzeliste pasma górskie na lądolodzie patagońskim. Po chilijskiej stronie mogliśmy zobaczyć zamgloną linię horyzontu już nad Pacyfikiem. Kolejne sześć dni (od 16 do 22 grudnia) zajęło nam pokonanie wielkiego
sześćsetmetrowego zacięcia wznoszącego się nad półką biwakową. W górnej partii tego zacięcia byliśmy zmuszeni robić skomplikowane wahadła na linach, przerzucając się z jednej rysy do drugiej. Pokonywaliśmy szereg okapów skalnych, stosując iście akrobatyczne sztuczki. Dużym
utrudnieniem była spływająca po wielkich dachówkowatych płytach ze szczytowej śnieżnej czapy lodowata woda, która uniemożliwiała nam wspinaczkę w południe.

Gdy tak wisieliśmy w ścianie, mając pod nogami – tysiąc metrów niżej – lodowiec, pojawiły się za naszymi plecami kondory. Sześć wielkich ptaków o ponad dwumetrowej rozpiętości skrzydeł krążyło bezszelestnie. Te wielkie ptaszyska bez ruchu skrzydeł swobodnie wznosiły się w górę. W sobie tylko wiadomy sposób wykorzystywały kominy powietrzne. Wówczas namacalnie poczuliśmy naszą ociężałość i ograniczone możliwości ludzkiego ciała. Wznosiliśmy się mozolnie każdego dnia, zakładając liny poręczowe i zjeżdżając na noc do naszej półki biwakowej na kazalniczce. Nie tylko samo wspinanie wymagało wielu umiejętności. Codzienne wchodzenie kilkaset metrów do góry po pionowych, zawieszonych linach, z piętnastokilogramowym plecakiem okupywane było nadludzkim wysiłkiem.

Noc z 23 na 24 grudnia, po jedenastu dniach wspinaczki, zastała nas na wąskiej skalnej przełęczy. Do szczytu brakowało nam jeszcze trzystu metrów. Zasypialiśmy przytuleni do siebie, w ubraniach i w płachtach biwakowych, nie byliśmy w stanie wytransportować do góry sprzętu biwakowego. I gdy tak usiłowaliśmy zasnąć, starając się znaleźć najbardziej wygodną pozycję na zimnej skale, w przekonaniu, że jesteśmy w jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na świecie, niespodziewanie usłyszeliśmy jakieś omamy, tak jakby ktoś pokrzykiwał z drugiej strony przełęczy. Słyszeliśmy to wszyscy, zatem odważyłem się, sam nie wiem dlaczego po angielsku,
zapytać:
– Hej, jest tam ktoś?
Odpowiedziano mi po angielsku.
– Tak, to my, Amerykanie, Bobby Knight i Alan Kearney. Wspinamy się od tygodnia filarem
Casarottiego.
To było niesamowite, naprawdę bardzo rzadko się zdarza, żeby w tak trudno dostępnym miejscu spotkały się dwa zespoły. My poczuliśmy się trochę raźniej, mając świadomość, że tuż pod
nami są jeszcze inni wspinacze, z którymi poznaliśmy się w dolinie podczas oczekiwania na
koński transport.

Amerykanie nie dotarli tej nocy do nas, biwakowali w niewygodnym miejscu po drugiej stronie stromej turni oddzielającej ich od naszej przełączki. Zanim po mroźnej nocy wschodzące
słońce postawiło nas na nogi, zobaczyliśmy ich sprawnie zjeżdżających w naszą stronę. Z zazdrością patrzyliśmy na ich ekwipunek i wspinaczkowe wyposażenie, o którym mogliśmy tylko
pomarzyć. Po kilku słowach powitania amerykańscy wspinacze od razu przystąpili do rzeczy:
– Macie coś do jedzenia, od dwóch dni nie jedliśmy, drogę przeszliśmy nowym wariantem i to zabrało nam bardzo dużo czasu.
Mieliśmy jeszcze resztki żywności i dużo gazu, bez słowa zabrałem się do topienia śniegu i do gotowania. Po kilkunastu minutach podałem im słodzoną kaszkę kukurydzianą. Na dwóch maszynkach gotowałem kolejną wodę na herbatę. Amerykanie zjedli wszystko z apetytem, poprawili kaszkę kawałkami sera i dopiero potem przyznali się, że nie cierpią kaszki kukurydzianej, ale ta akurat wyjątkowo im smakowała.


W wigilijny poranek z Amerykanami


Każdy z nas to spotkanie zapamiętał trochę inaczej. Alan Kearney w swoim artykule wydrukowanym w „The American Alpine Journal” nie tylko wspomniał o tak niezwykłym spotkaniu,
ale i umieścił nasze zdjęcia. Zapamiętał też poczęstunek. Według niego przepraszałem za drobiny
piasku i gruzu skalnego mogącego zostać na dnie menażki po wytopieniu dość brudnego śniegu. Jednak ta minimalna obecność materiału skalnego nie przeszkadzała im w opróżnieniu menażki do dna.

Tego dnia pokonaliśmy ostatnie trudności, by o 15.00 osiągnąć nierealny dla nas wierzchołek. Szczyt tworzyła dość długa grań pokryta kamieniami, których o dziwo nie wywiały ciągłe wiatry osiągające prędkość do dwustu kilometrów na godzinę. Ponad godzinę spędziliśmy na wierzchołku, rozkoszując się rozległą górzystą panoramą. Nasza radość była jednak tłumiona świadomością niebezpieczeństw grożących podczas zjazdów ze szczytu.

Zmieniła się pogoda. Zrobiło się mroczno, zaczął sypać śnieg. W czasie zjazdów na przełęcz
spotkaliśmy wspinających się na szczyt Amerykanów. Pod wieczór byliśmy na przełęczy, gdzie
o 21.00 rozpoczęliśmy nasz wieczór wigilijny. Amerykanie dołączyli do nas później. Nie najbogatszy był nasz jadłospis. Na siedem osób mieliśmy jedną paczkę wojskowych sucharów, konserwę szprotek i jedną mielonkę. Podzieliliśmy się sucharami jak opłatkiem. Nie wymawialiśmy
żadnych życzeń, każdy z nas aż za dobrze wiedział, że życzymy sobie powrotu z tej strasznej
góry. Szprotki zastąpiły nam karpia. A z mielonką mieliśmy straszny dylemat. Zjeść? Nie zjeść? Jednak głód był silniejszy. Zjedliśmy mięsną konserwę.

Dwa tygodnie później polskim księżom w Buenos Aires przyznaliśmy się ze skruchą do „grzechu”. Wytłumaczyli nam, że w Polsce była już pierwsza w nocy pierwszego dnia Bożego Narodzenia..., zatem mogliśmy już jeść mięso. Niezwykły był to wieczór wigilijny. Siedzieliśmy przytuleni do skały na wąskiej, urwistej przełęczy. Nad nami piętrzyły się strzeliste turnie, wśród których hulał wiatr. Pod nogami mieliśmy ponad tysiącmetrową otchłań. Przez kilka godzin śpiewaliśmy z zapałem kolędy. Ich melodia w tej dzikiej, górskiej scenerii robiła olbrzymie wrażenie. Niestety z czasem nasz śpiew, z powodu zimna, zmienił się w szczękanie zębami.

Pierwszy dzień Świąt powitał nas dobrą pogodą. Z ciężkimi plecakami zaczęliśmy serię zjazdów na linach. Zajęły nam one cały dzień i dopiero późno w nocy dotarliśmy na lodowiec. Poniżej szczeliny
brzeżnej spaliśmy jak susły na byle jak wyrąbanej w lodzie platformie. Czuliśmy się już bezpieczni.
Gdy następnego dnia na niebie zobaczyliśmy długie cygara chmur zapowiadające załamanie się pogody, wiedzieliśmy już, że wycofaliśmy się ze ściany w ostatniej chwili. Zmęczeni, wracając
do bazy po postrzępionym lodowcu, często spoglądaliśmy na wielką północną ścianę Fitz Roya
z nową, wytyczoną przez nas polską drogą. Byliśmy wykończeni, głodni, niewyspani, brudni, ale cieszyliśmy się, że żyjemy, że wracamy do zielonych, patagońskich dolin tętniących pełnią
subarktycznego lata.

Na sylwestrowej zabawie wspólnie bawiliśmy się w schronisku. Lało się dobre argentyńskie wino, trochę dzieliliśmy się wrażeniami, ale głównie cieszyliśmy się życiem i już omawialiśmy plany następnych górskich przedsięwzięć.

Post scriptum
Minęły ponad 24 lata od tamtej wspinaczki. Do tej pory nikt nie pokusił się o powtórzenie naszej drogi wielkim zacięciem (Grande Diedro) na wierzchołek Fitz Roya. Z naszego zespołu wykruszył się Mirek Falco-Dąsal, który był wspinaczem największego formatu i pokonał największe trudności w trakcie naszej patagońskiej wspinaczki. Niestety, zginął w lawinie w maju 1989 roku w trakcie zejścia z Everestu. Również Jacek Kozaczkiewicz odszedł do Krainy Wiecznego Wspinania, w 1999 roku zginął w wypadku samochodowym.

GÓRY, nr 4 (179) kwiecień 2009
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com