
Jerzy Surdel był znanym wspinaczem i czołowym filmowcem złotej ery polskiego himalaizmu. Jego osiągnięcia kojarzone są z górami, zwłaszcza najwyższymi, natomiast rzadziej wspomina się o udziale Jurka w znaczących wyprawach badających studnie i jaskinie w Ameryce Południowej lub góry w pobliżu bieguna na Antarktydzie. Poniżej publikujemy historię związaną właśnie z tymi przygodami.

Jerzy Surdel filmuje w meksykańskiej jaskini
WENEZUELA – GEOLOGICZNE ODKRYCIE STULECIA
Po zrealizowaniu serii czterech odcinków telewizyjnych z wyprawy na Lhotse w 1974 roku stałem się w Polsce niemal monopolistą gatunku filmów eksploracyjnych. W konsekwencji byłem też „łakomym kąskiem” dla każdej wyprawy, ponieważ jeśli z nią wyjeżdżałem, telewizja państwowa zamawiała film, który miałem realizować, i z góry wpłacała organizatorom sporą sumę na usługi produkcyjne.
Jedną z nich była wyprawa naukowa do Wenezueli, organizowana przez Wydział Geologii Uniwersytetu Warszawskiego i Wenezuelskie Towarzystwo Speleologiczne w Caracas. Chodziło o zbadanie sfotografowanych niedawno z powietrza za pomocą radarów (ze względu na permanentne przykrycie chmurami), niedostępnych gór stołowych wyrastających z obszarów dżungli między Wenezuelą a Brazylią, w wododziale dwóch największych rzek kontynentu – Orinoko i Amazonki. Jest to obszar Roraima, mający setki tysięcy kilometrów kwadratowych. Wszędzie leżą tam góry, odcinające się od świata pionowymi ścianami. Zbudowane ze skał piaskowcowych (kwarcytowych) wypiętrzają się z gęstej selwy w formie gigantycznych wysp o spłaszczonych powierzchniach gór stołowych, zwanych z hiszpańskiego mesetami. Miejscowi Indianie używają nazwy tepui.

Jerzy Surdel zjeżdża do jaskini w Meksyku
Celem wyprawy było dotarcie na powierzchnię jednej z nich, Sarisariñama-Jidi, aby wyjaśnić naukowo geologiczną genezę istniejących tam ogromnych kraterów. Te gigantyczne dziury nie mogły być wynikiem znanej powszechnie erozji, procesów chemicznych rozpuszczających skały wapienne, gdyż powstały w prekambryjskich piaskowcach, których woda zazwyczaj nie drąży.
Owe potężne kratery stanowiły intrygującą geologiczną zagadkę, której rozwiązanie byłoby sensacją na skalę światową. Była to wówczas głośna sprawa na arenie międzynarodowej, bo w 1974 roku grupa badaczy dotarła jako pierwsza na ten płaskowyż. Pewien Anglik zaczął nawet zjeżdżać po linie do jednej z „dziur”. Nie dotarł jednak na dno i kwestia genezy tego zjawiska wciąż pozostawała niewyjaśniona. […]
Studnia Sima Menor była do tej pory oglądana jedynie z powietrza. Nikt przed nami jeszcze jej nie penetrował. Kiedy już przerąbaliśmy się do niej, wciąż trudno było określić jej krawędzie. Drzewa wywieszały się nad urwiskiem. Wchodziliśmy więc na konary, aby wypatrzeć, gdzie zaczyna się otwór. […]
Wreszcie znaleźliśmy odpowiednie miejsce, by można było założyć stanowiska do zjazdów na linie dla nas, a także zamocować drabinki sznurowe dla grupy wenezuelskiej. Mocny konar zwisający nad urwiskiem dawał pewne zabezpieczenie. Powoli, omijając szczęśliwie ogromne plastry miodu dzikich pszczół, wszyscy z polskiego zespołu doszli do krateru o głębokości niemal 200 i średnicy 150 metrów. Na dole rosła dżungla jeszcze gęstsza, odgrodzona od reszty świata pionowymi albo przewieszonymi ścianami. Tylko ptaki miały tu swobodny dostęp i czuły się bezpiecznie, bo żadnych ssaków nie spotkaliśmy. Wilgotne i gorące powietrze trwało w idealnym bezruchu – nie drgał żaden liść. Szumiały wodospady. Z krawędzi spadała niewidoczna z powierzchni rzeka, która w dwustumetrowym locie rozsypywała się na miliony kropel, tworząc gigantyczny prysznic, wsiąkający nieustannie w skalne rumowisko. Ten prysznic wspaniale nam służył, nie tylko do celów higienicznych, ale też orzeźwiających.

Otwór wejściowy do jaskini Orton w wenezuelskiej mesecie
Miejsce na biwak, które wybraliśmy w najniższej części studni, było osłonięte przewieszeniem mającym kilkadziesiąt metrów, bowiem cała studnia miała kształt dzwonu – była szersza na dole i zwężała się ku górze. Pod owym naturalnym dachem nie rosły rośliny, bo chronił on ten teren od opadów. […]
Na dnie studni znaleźliśmy dwie jaskinie: najpierw długą i stosunkowo wąską, z której wypływał potok o czerwonawym zabarwieniu. Jej penetracja nie przyniosła większych rezultatów. Natomiast później odkryliśmy dużo większą jaskinię – nachyloną w dół potężną sztolnię, którą mogliśmy zbiegać swobodnie po osuwających się pod butami milionach jakby pestek wielkości żołędzi. Zdumieni, prawie spływaliśmy po suchych odchodach i wypluwkach tłuszczaków (hiszp. guácharo), ptaków mieszkających tylko w jaskiniach i prowadzących nocny tryb życia. Podobnie jak nietoperze, mają one zdolność echolokacji.
O zmierzchu ptaki wylatywały szumiącą chmarą do góry, przelatując nad mesetą, aby opaść w dżunglę i najeść się palmowych owoców. Syte wracały o świcie, wpadając nurkowym lotem do krateru. Trafiały bezbłędnie w otwór jaskini. Ich powrotowi towarzyszyły dźwięki przypominające gwizd spadających bomb. Ten biologiczny zegar budził nas co rano, przebijając się poprzez jednostajny szum wodospadu.
Tekst / JERZY SURDEL
Zdjęcia / ARCH. JERZEGO SURDELA
* * *
Wybrany fragment pochodzi z książki Zew podróży. Góry, ludzie, kontynenty w obiektywie ekstremalnej kamery. Część 2, autorstwa Jerzego Surdela i Andrzeja Mirka, która ukazała się w październiku tego roku nakładem Wydawnictwa Annapurna.
Książka jest dostępna w naszej księgarni KSIĄŻKI GÓR > link
