
O chodzeniu własnymi drogami, również solo i wbrew znakom od losu, z emanującym pozytywną energią DAWIDEM NAPIĘTYM WOŹNIAKIEM rozmawia ANDRZEJ MIREK.

Nity VI.4 na Zakrzówku. Zdjęcie wykonane podczas kręcenia filmu do „Klasyków Jury”; fot. Piotr
Drożdż
WSPOMNISZ SWOJE PIERWSZE SOLO?
Jako kilkuletni chłopiec otworzyłem okno w kuchni, usiadłem na parapecie po drugiej strony ościeżnicy i podziwiałem plac zabaw. Mama była w pracy, a tata przysnął na fotelu. Przyuważyła mnie sąsiadka, która miała klucz do naszego mieszkania na trzecim piętrze. Otworzyła drzwi, po cichu podeszła i wciągnęła mnie do środka. To wydarzenie jest dla mnie symboliczne. Tyle szczęścia nie miał inny chłopiec na osiedlu obok w Bydgoszczy, w bardzo podobnej sytuacji. Ktoś może zadać pytanie: „Dlaczego on teraz o tym mówi?”. Dlatego, że jest to jedno z silniejszych wspomnień z dzieciństwa. Ilekroć szedłem do cioci, mijałem kamień pamiątkowy z imieniem „Mareczek”. I mijam do dziś. Siedzi mi to w głowie. Nigdy o tym nie mówiłem. Zresztą nie było gdzie i po co. Teraz ma to sens.
Pierwszą solówkę w skałach zrobiłem w obecności mojego taty, gdy przyjechał do mnie w odwiedziny do Krakowa. Przeszedłem Depresję Koguta V+ na Przydrożnej Skale w Dolinie Kobylańskiej.

Poranek w Skałkach Podkrakowskich; fot. Piotr Drożdż
JAK TO SKOMENTOWAŁ?
Powiedział, żebym uważał – tylko tyle. Natomiast gdy w 2020 roku przesolowałem Rysę Babińskiego VI.2+, Sinusoidę VI.3+ i Taniec Starca VI.3+/4, a potem pokazałem mu filmy z tych przejść, spojrzał na mnie z niedowierzaniem i podziwem… Rozpierała go duma. Wiem, że czuł się, jakbym wygrał złoty medal (śmiech). Natomiast dla mnie to, co zobaczyłem w jego oczach, było jak zdobycie tego złota. To takie nasze, głęboko osobiste zwycięstwo.
DOSTAJESZ WSPARCIE OD RODZINY?
Rodzice zawsze mi kibicowali i nadal kibicują. Nigdy mnie nie ograniczali i pozwalali, żebym szedł przez życie swoją ścieżką. Tata pokazał mi świat przyrody i nauczył, że w życiu warto mieć pasję, a mama, zawodowa skrzypaczka Opery Nova w Bydgoszczy – muzykę i wrażliwość. Zawsze mogłem liczyć na sto procent wyrozumiałości i wsparcia. Bezgranicznego, o każdej porze dnia i nocy. Tak jak od najlepszych przyjaciół, od nich dostałem to, co najcenniejsze – niezniszczalny fundament, na którym buduję swój dorosły świat. Uczciwie, tak to czuję.,

Praca nad życiówką – Stopnie Kolei Żelaznej VI.6/6+ w Dolinie Brzoskwinki; fot. Paulina Misia Kruszyńska
WYDAJE MI SIĘ, ŻE JEDNYM Z KRYTERIÓW, WEDŁUG KTÓRYCH WYBIERASZ DROGI DO SOLOWANIA, JEST ICH KONTEKST HISTORYCZNY.
Tak, zdecydowanie. Jak w przypadku obleganego i uwielbianego ultraklasyka podkrakowskich skałek, czyli Nitów. Ale też nieco zapomnianego i nieczęsto chodzonego Lewego Kantu Kuli.
Kolejnym kryterium jest uroda linii: przechwyty, ustawienia itp. Jeśli wymaga perfekcyjnego, subtelnego tańca na czubkach butów, połączonego ze stalowym ściskiem dłoni, to tym lepiej. Wtedy czuję smak wyzwania i nieodpartą chęć zdobycia tego celu. Ważne jest także miejsce, w którym się znajduje – sceneria, przyroda wokół i kadr… O ile jest okazja do zrobienia zdjęcia (śmiech).
Poza tym liczy się nazwa drogi. Te, które wybrałem między innymi dla nazwy, to Studnia Dusz i Wielka Niewiadoma. Wymowne… Ale padło na nie również dlatego, że są wymagające dla wspinacza. Kto je zrobił, ten wie, o co chodzi.
Kryterium „wyślizgania” też ma znaczenie. Dlaczego? Ponieważ nawet same przygotowania do przejścia to świetny trening. Nie mówiąc już o tak oczywistej sprawie, jak oswojenie się z nieodłącznym elementem wspinaczki na Jurze.
KRYTERIA KRYTERIAMI, ALE JAKIMI KIERUJESZ SIĘ MOTYWACJAMI?
Motywacje… Łatwiej będzie je zrozumieć, jeżeli zacznę od tego, że nikt mi wspinania nie pokazał. Sam je odkryłem w 2006 roku… na Krupówkach w Zakopanem (śmiech), gdzie na elewacji budynku zobaczyłem zwisający manekin, który na jednej nodze miał but wspinaczkowy, a na drugiej – wysokogórski z rakiem. Okazało się, że był tam sklep ze sprzętem outdoorowym. Wszedłem do środka i oniemiałem, gdy moim oczom ukazały się plecaki, karabinki czy przyrządy do asekuracji, których nie potrafiłem nazwać. Na ścianach były plakaty ze zdjęciami alpinistów i wspinaczy sportowych. Leżały też katalogi, a ja zapytałem, czy można kupić taką książeczkę. Sprzedawca wyjaśnił, że mogę ją sobie zabrać. Gdy przeglądałem ją wieczorem, poczułem, że muszę tego wspinania spróbować. Wszystkie następne wydarzenia pchały mnie w tym kierunku.

Napięty na stażu instruktorskim pod okiem Wojtka Szymona Szymendery. Żabi Koń, Dolina Kobylańska,
2016 r.; fot. arch. D. Woźniaka
JAK WYGLĄDA PRZYGOTOWANIE DO SOLÓWKI W TWOIM WYDANIU?
Każdy, kto przygotowuje się do przejść na żywca, ma swoje sposoby. Często są to te same patenty, ale w zależności od osobowości, poziomu wytrenowania oraz doświadczenia bywają też bardziej indywidualne i spersonalizowane. Niektóre metody kompletnie nie będą pasować do danego człowieka, jego charakteru i poziomu wrażliwości zmysłów…
Wiem, że w zasadzie nie odpowiedziałem na to pytanie. Nie bez powodu. Techniki, których używam, staram się zachować w tajemnicy. Nie chciałbym, żeby ktoś potraktował je jako swój drogowskaz. Więc, przy całej mojej miłości i szacunku do czytelników, celowo ich nie opiszę. Wiem, że w internecie czy literaturze można znaleźć wiele wskazówek oraz zapoznać się z przemyśleniami innych solistów.
A SKĄD SIĘ WZIĘŁA POTRZEBA SOLOWANIA?
Kiedy zacząłem drążyć temat, pomysł przejścia drogi bez asekuracji – w tamtym czasie nie miałem bladego pojęcia, że nazywa się to żywcowaniem – wydał mi się oczywistym następstwem. Później w sieci natknąłem się na filmy takie jak Masters of Stone, First Ascent, Return 2 Sender i uświadomiłem sobie, że nie myliłem się. Wiedziałem, że przyjdzie czas, kiedy zacznę to robić. Solowanie traktuję jako dopełnienie mojej przygody wspinaczkowej. Element dla mnie niezbędny. Czuję, że jest to brakujące ogniwo, dające mi spełnienie.
Kilka lat później, w wypowiedzi Piotrka Szalonego Korczaka, znalazłem potwierdzenie słuszności mojego wyboru. Stwierdził on, że dawniej naturalne było najpierw wędkowanie, potem prowadzenie, a na koniec solowanie drogi.
Rozmawiał / ANDRZEJ MIREK
* * *
Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY w formacie pdf można też kupić w naszej księgarni Książki Gór > link