facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-12-05
 

Skituring na Juppenspitze

Słychać tylko rytmiczne „stuk”, „stuk” wiązań. Naszym przewodnikiem jest dziś Edwin, kolega z pracy, profesjonalista w zakresie wypraw turowych. Poruszając się płynnymi krokami, zakłada ślad. Trasa prowadzi dokładnie w kierunku słońca. Jednak nie chcemy dotrzeć aż tam: dzisiaj w zupełności wystarczy nam szczyt Juppenspitze koło Hochtannberg w Vorarlbergu.

Nie jest ani za trudno, ani za łatwo. To tura, która również mnie, niezbyt wprawionemu narciarzowi nie przysparza zbyt wielu problemów. To tylko zbyt wybujała wyobraźnia powodowała różne, jak się miało okazać niepotrzebne obawy. Dzięki pomocy Edwina był to bardzo udany dzień spędzony na turach w Bregenzerwald. Zacznijmy jednak od początku.

 

Wyjechaliśmy o 8 rano z Bregenz nad Jeziorem Bodeńskim, droga wiodła przez cały Bregenzerwald. „Tutaj z tyłu prowadzi wspaniała tura na Kanisfluh. A tam na Tobermann”. Z Edwinem „Las” (tak tutaj nazywa się dolinę) zamienia się w szereg możliwych tras narciarskich. Na zawołanie potrafi on wymienić ok. 20 tras po obu jego stronach. Wszystkie sam wypróbował. To przecież zrozumiałe.

 

 

 

Tymczasem rozwiewają się ostatnie chmury, które jeszcze przed chwilą skrywały szczyty gór. Dziś niebo będzie niebieskie. Począwszy od gminy Schoppernau w górnej części Bregenzerwald droga prowadzi ostrymi zakosami na położoną na wysokości 1676 m n.p.m. przełęcz Hochtannberg – to początek naszej tury. A tak na marginesie – możliwy jest również dojazd autobusem liniowym – końcowy przystanek znajduje się dokładnie przy stacji wyciągu krzesełkowego.

 

Wyjątkowo – ponieważ jest już późno, a Edwin obawia się o moją kondycję – wyjeżdżamy wyciągiem na Saloberkopf, a następnie docieramy do położonego za nim Auenfeld. Podczas gdy narciarze również tłoczą się w kolejce do wyciągu, my
ostatecznie zostawiamy za sobą cały ten „wyciągowy” hałas. Z plecakiem i nartami podążamy w górę, ze wzrokiem skierowanym na przeciwległe zbocze. Edwin unosi kijek: „to Juppenspitze”.

 

Nieźle, to moja pierwsza myśl. Druga, że jest nieźle stromo. To, co z naszego miejsca najbardziej rzuca się w oczy, to potężna, wysoka, skalna północna ściana Juppenspitze. Aby dostać się na łagodniejszą wschodnią flankę, gdzie znajduje się wejście w naszą drogę, musimy w tym pierwszym pięknym kotle pokonać jeszcze kilkaset metrów z dala od góry.

 

 

W tym miejscu zakładamy również foki i sprawdzamy detektory lawinowe. Jest to ta chwila, gdy najmocniej dociera do mnie fakt, jak nieobliczalna, pomimo całej naszej ostrożności, potrafi być przyroda „Dziś nie jest niebezpiecznie, nic się nie stanie”, to uspakajający głos Edwina. I gdy tylko ruszamy w górę, wszystkie złe myśli ustępują masie pozytywnych odczuć.

 

Edwin przewiduje, że pokonanie ok. 800 metrów deniwelacji powinno nam zająć jakieś dwie i pół godziny. Pewnie z uwagi na dostosowanie tempa do moich możliwości. Gudrun, trzecia w naszej grupce, jeździ bowiem na tury regularnie.

 

Mija trochę czasu, zanim udaje mi się odnaleźć swój rytm podczas podejścia. Najpierw pokonujemy trawers przez strome zbocze – słońce znajduje się dokładnie przed nami, dzięki czemu mamy okazję podziwiać fantastyczną grę świateł w niemalże dziewiczym śniegu. Ten pierwszy wysiłek wkrótce zostaje wynagrodzony. Za ośnieżonym pagórkiem naszym oczom ukazuje się mała, wysoko położona dolinka, rozciągająca się na tle majestatycznej panoramy szczytów. Szczyt obok szczytu – widok obejmuje wierzchołki od Lechtaler do Algäuer Alpen. Przed zasypanym śniegiem szałasem delektujemy się pierwszym łykiem gorącej herbaty, w tle wystrzeliwują ku niebu skalne turnie Widdersteinu i jego nieco mniejszego brata. Wszyscy w zadumie chłoniemy niepowtarzalną atmosferę tego miejsca.

 

 

Później jeszcze dwa razy pokonujemy strome podejście. Tutaj też spotykamy pierwszych skiturowców, którzy już zjeżdżają w dolinę. Zamieniamy z nimi kilka sympatycznych zdań, po czym mkną w dół, pozostawiając za sobą regularne ślady w ciemnobiałym śniegu. My mamy przed sobą jeszcze stromy odcinek. Moje nogi  stają się coraz cięższe, a kroki coraz bardziej ociężałe – szybki jest już tylko oddech. Edwin dopasowuje tempo.

 


Nagle ponownie pojawia się wierzchołek Juppenspitze, dotarliśmy do ostatniego pola śnieżnego. I znów możemy podziwiać ten bajkowy widok na zdające się nie mieć końca łańcuchy górskie. Na znajdującym się przed nami polu śnieżnym słońce i śnieg zamieniają sporych rozmiarów głazy w łagodne pagórki. Prześlizgujemy się między nimi, mając przed oczami ostatnie już podejście. Kilkusetmetrowego odcinka tuż pod szczytem nie da się pokonać na nartach, pozostaje więc spacer. Przy pierwszym spojrzeniu w dół robi mi się trochę niedobrze. Krzyż na szczycie wydaje się być w zasięgu ręki, jednakże aby do niego dotrzeć, trzeba pokonać kilka metrów wąskiej grani. Spoglądam najpierw na buty narciarskie na nogach, następnie na strome zbocze pode mną – daję za wygraną, tym razem musi wystarczyć przedwierzchołek. Z tego miejsca widać cały Bregenzer Wald. Miejscowości i ludzie zdają się być nieskończenie daleko, a zarazem tak blisko. Na horyzoncie widać dziś nawet Jezioro Bodeńskie. Udało się! Wzajemne gratulacje, Edwin z uznaniem poklepuje mnie po ramieniu, to wszystko powoduje, iż wyparowują ze mnie resztki zmęczenia. Teraz wreszcie można spokojnie odetchnąć.

 

 

Aby móc rozkoszować się tymi wszystkimi wrażeniami na szczycie Juppenspitze, trzeba wykazać się pewną dozą wytrwałości. Pośród szczytów rozpoznaję Mohnenfluh, która znajduje się bezpośrednio przed nami. Gdzieś za nią powinien być widoczny szczyt Braunarspitze. Nieważne zresztą, jak nazywają się poszczególne wzniesienia – wszystkie są zachwycające. Jedynie powiewy chłodnego wiatru nie pozwalają nam pozostać tutaj na górze tak długo, jakbyśmy chcieli. Schodzimy do pozostawionych poniżej nart i przygotowujemy się do zjazdu.

 

Trasa zjazdu jest dobrze widoczna. Związana z nim przyjemność wynagradza nam wszystkie strome odcinki podczas podejścia. Zjazd ma tylko jeden minus: w międzyczasie zrobiło się nieco późno i śnieg jest już miękki. Tak ładnych szusów jak Edwin i tak nie jestem w stanie wykonać. Wprawdzie podczas ostatnich skrętów kolana drżą mi z wysiłku, jednak i tak jest mi żal, że tak szybko znaleźliśmy się na dole koło Auenfeldalpe, czyli w miejscu, gdzie kilka godzin temu wszystko się zaczęło. Ostatnie spojrzenie na Juppenspitze, tym razem z pewną dozą dumy. Chwilę potem wracamy do rzeczywistości. Udaje  nam się zdążyć na ostatnią kolejkę, którą zjeżdżamy na parking. I kiedy jadę w dół z przełęczy Hochtannenberg, wiem jedno: na pewno jeszcze tutaj wrócę.

 

 

 

Informacje o trasie na Juppenspitze w Bregenzerwald:
Bregenzerwald oferuje olbrzymią ilość możliwości uprawiania turystyki narciarskiej, począwszy od łatwiejszych tras w Vorderwald (Klipperen, Kanisfluh, Toblermannskopf, Brendler Lug i wiele innych) po trudniejsze trasy o częściowo wysokogórskim charakterze w Hinterer Wald (Juppenspitze, Üntschen, Hohe Künzelspitze, Braunarlspitze i inne).

 

Opis trasy:
Z parkingu na przełęczy Hochtannberg wzdłuż trasy biegowej do Körbersee, stąd przez Auenfeld i po wschodniej stronie łagodnymi stokami na szczyt Juppenspitze. Zbocza są poprzecinane bardziej połogimi odcinkami, które bardzo dobrze nadają się do odpoczynku. Pod szczytem zostawia się narty. Łatwym terenem podchodzi się w ciągu ok. 10 min na przedwierzchołek. Wejście na szczyt jest polecane jedynie doświadczonym osobom bez lęku wysokości, ponieważ prowadzi ono bardzo eksponowanym terenem do krzyża szczytowego. Fantastyczne widoki. Zjazd drogą podejścia.


Wariant: wyjazd wyciągiem krzesełkowym na Saloberkopf skąd trasą narciarską do Auenfeld. Wprawdzie nie zyskuje się w ten sposób zbyt wiele na wysokości, ale za to już na początku można się delektować zjazdem zachodnimi stokami. Po opadach świeżego śniegu wspaniały zjazd w puchu do Auenfeld. Uwaga, w razie korzystania z wyciągu należy być wystarczająco wcześnie do (16.00) na dolnej stacji wyciągu Auenfeld, w przeciwnym razie konieczne będzie krótkie podejście do Körbersee.


Najlepszy okres: od grudnia do maja (uwaga na zagrożenie lawinowe!).
Różnica wysokości: ok. 700 m (wariant w kolejką), z parkingu ok. 800 m.
Czas: dla przeciętnie sprawnych narciarzy ok. 3 godz.

 

Tekst i zdjęcia: Peter Mathis
Tłumaczenie: Piotr Górka

 

GÓRY nr 3 (142) 2006

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-12-18
Tylko w GÓRACH
 

W najnowszym numerze GÓR (259): Terlecka i Oczko

Komentarze
0
 
Mateusz Mazur
 
2017-12-14
Tylko w GÓRACH
 

Krzysztof Wielicki: w czym na K2 zimą?

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-14
Tylko w GÓRACH
 

W następnym numerze GÓR: Gra o K2

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-13
Tylko w GÓRACH
 

W specjalnym numerze zimowym(258) : ISTRIA NA CZWARTĄ PORĘ ROKU

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-11
Tylko w GÓRACH
 

Zillertaler Runde na nartach - w najnowszych GÓRACH

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com