facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2005-04-21
 

Sezon w Patagonii

Wyjątkowo dobra pogoda, jaka panowała podczas ostatniego sezonu w Patagonii, zaowocowała serią znakomitych przejść...


Monika Kambič-Mali wspina się poniżej headwalla na Compressor Route, Cerro Torre. Dobrze widoczny „lodowy deszcz”. fot. Tanja GrmovšekWyjątkowo dobra pogoda, jaka panowała podczas ostatniego sezonu w Patagonii, zaowocowała serią znakomitych przejść, które na trwałe wpisują się w historię wspinania w tym coraz popularniejszym rejonie.
Świetne przejścia zapisała na swoje konto czteroosobowa ekipa ze Słowenii, składająca się z dwóch zespołów: kobiecego (Tanja Grmovšek i Monika Kambič-Mali) oraz męskiego (Andrej Grmovšek i Silvo Karo). Składy obu zespołów były bardzo mocne i wyrównane. Oba teamy miały też inną wspólną cechę – składały się z jednego debiutanta, jeśli chodzi o wspinanie w Patagonii (małżeństwo Tanja i Andrej) oraz patagońskiego weterana (Silvo i Monika).
Jak przystało na gentlemanów, zaczniemy od omówienia działalności zespołu kobiecego. Głównym jego celem stało się pierwsze czysto kobiece wejście na Cerro Torre. Pierwsza próba Słowenek na słynnej Drodze przez Kompresor (6a A1 65o, 900 m) zakończyła się niepowodzeniem. Będąc zaledwie osiem wyciągów od szczytu, zespół wycofał się z powodu pogarszającej się pogody i złych warunków w ścianie (bardzo mokro). Długi wycof zjazdami dał się paniom we znaki z powodu częstego klinowania się mokrych lin.  
Mimo przykrych doświadczeń Słowenki nie miały zamiaru zrezygnować ze zdobycia szczytu. Gdy niecały tydzień później poprawiła się pogoda, kobiecy zespół po raz kolejny zaatakował wymarzoną górę. Tym razem panie zmieniły taktykę i zamiast poręczowania pierwszych wyciągów właściwej drogi (ponad Col de Esperenza) postanowiły przejść drogę w ciągu z biwakiem. Po nocy na półce powyżej pierwszego trawersu z nitów panie kontynuowały wspinaczkę na szczyt. Wszystko szło dobrze i po minięciu najwyższego, osiągniętego podczas pierwszej próby, punktu Monika prowadziła „drabiny nitów” na headwallu. Wówczas wydarzył się wypadek: spory kawał lodu, który oderwał się od kompresora, trafił ją w bark i złamał jej trzy żebra. Mimo cierpień Moniki, Słowenki postanowiły kontynuować drogę na szczyt, na którym uścisnęły sobie dłonie 8 lutego o godzinie 21, stając się pierwszym czysto kobiecym zespołem, który wszedł na „wizytówkę Patagonii”. Jednak ze względu na kontuzję Moniki najtrudniejsza część eskapady – zjazdy i zejście do bazy – była dopiero przed nimi. Powrót trwał cały dzień, ale na szczęście zakończył się pomyślnie (o szczegółach przygody na Cerro Torre można poczytać w wywiadzie z Tanją w kwietniowych "Górach").
„Słoweński start” do Cerro Torre Fot. Andrej GrmovšekW bazie obolała, lecz szczęśliwa Monika mogła świętować drugie premierowe wejście kobiecie na wybitny szczyt w Patagonii (rok temu weszła w kobiecym zespole na Fitz Roy). Tanja zaś bynajmniej nie zraziła się ciężkimi „przejściami” na Cerro Torre i tydzień później zrobiła jeszcze jedną drogę – w towarzystwie Słoweńców Aljaza Tratnika i Roka Zalokara przeszła Buscaini (6a 6c, 850 m) na Aguja Saint Exupery.
Tyle o Słowenkach, czas opisać plon duetu Andrej – Silvo. Założeniem męskiej części słoweńskiej ekipy była jak największa ilość wspinania w stylu „light and fast”. Zespół zaczął od przejścia w ciągu 6 godzin drogi Claro de Luna (6c, 800m) na zachodniej ścianie Aguja Saint Exupery (od bazy do bazy w 23 godziny). Kilka dni później Słoweńcy przeszli w kiepskich warunkach pogodowych Drogę Angielsko-Amerykańską na zachodniej ścianie Agula Rafael Juarez. Jak się miało okazać, te przejścia były tylko rozgrzewką przed poważniejszymi celami.
Pierwszym z nich było dodanie „siedzącego startu do Cerro Torre”, czyli wydłużenie Drogi przez Kompresor o przejście całej grani odchodzącej od tej przełęczy w kierunku wschodnim. Nową graniówkę zaczęli od przejścia drogi Rubio y azul (6c, 350m) na szczyt Torre de la Media Luna. Z wierzchołka udali się dziewiczą granią o trudnościach sięgających 6c+, prowadzącą najpierw przez trzy turnie, które ochrzcili Three Sisters Towers. Kolejne 500 metrów grani oferowało niewielkie trudności techniczne, sięgające piątego stopnia. Kolejną wybitną turnią w grani jest zdobyta w poprzednim sezonie Torre Pereyra. Słoweńcy weszli na nią nową, trzystumetrową drogą, biegnąca rysami i zacięciami o trudnościach dochodzących do 6c+. Niedługo później wspinacze stanęli na Col of Hope, z której zaczyna się właściwa Droga przez Kompresor. W tym momencie  mieli za sobą 11 godzin wspinaczki. Niestety, warunki na ścianach Cerro Torre były kiepskie, co zmusiło alpinistów do wspinaczki w ciężkich butach i rakach. Przełożyło się to na czas przejścia, który wyniósł 17 godzin. Pokonanie 1700 metrów różnicy wzniesień i trzykilometrowego odcinka grani zajęło Słoweńcom 28 godzin wspinaczki. Po kolejnych 9 godzinach zjazdów osiągnęli podstawę ściany.
Trudno określić opisaną powyżej wspinaczkę innym mianem niż „maraton”. Podobno organizm maratończyka długo regeneruje się po każdym starcie. Najwyraźniej nie dotyczy to słoweńskich alpinistów, którzy tydzień po epopei na Cerro Torre podchodzili pod południowo-wschodnią ścianę innego przepięknego szczytu, Aguja Poincenot. Ich celem było pierwsze powtórzenie Drogi Włoskiej z 1986 roku. Karo i Grmovšek liczyli, że spore partie linii wycenionej na 6a A1 puszczą klasycznie. W związku z takim założeniem szykowali się na „klasykę” i szybkie zdobywanie metrów. Mylili się. Sprawdziła się stara prawda, że „A1 niejedno na imię”.  Połowa najtrudniejszych dziesięciu wyciągów okazała się zbyt trudna, a może nawet niemożliwa do odhaczenia. Udało się je przejść tylko dzięki znalezieniu starego włoskiego sprzętu do haczenia – ławeczek i haków. Reszta długości liny oferowała piękne wspinanie klasyczne o trudnościach do 6c. Po jednym biwaku spędzonym w ścianie, o godzinie 15 drugiego dnia wspinaczki alpiniści zameldowali się na szczycie. 
Dean Potter podczas pierwszego skoku typu BASE w Patagonii Fot. Steph Davis Tanja i Andrej nie byli jedynym małżeństwem, które działało w tym sezonie w Patagonii. Drugim była znana wspinaczkowa para, a zarazem duet patagońskich wyjadaczy, Steph Davis – Dean Potter. Już osiem godzin po przybyciu przez Steph do bazy rozpoczęli wspinaczkę na Cerro Standhardt. Ich celem było przejście nowej drogi w stylu alpejskim. Zamiar powiódł się w pełni i mimo że przez pewien czas para myślała, że wspina się wzdłuż linii Mitovaciones Mixtas z 1993 roku, to ostatecznie okazało się, że wczesnym popołudniem stanęli na szczycie jako autorzy nowej drogi, którą ochrzcili The Potter Route.
Kolejnym celem Amerykanów było wejście drogą Titanic (ED+: VI 5.10b A2 90st, 950 m, Giarolli-Orlandi, 1987) na Torre Egger, często nazywany „najtrudniejszym szczytem Patagonii (dotychczas sześć wejść). Niestety, wspinacze napotkali na drodze fatalne warunki („droga zmieniła się w wodospad”), spędzili w ścianie okropny (czytaj: mokry i zimny) biwak, a podsumowaniem tego pasma porażek była konieczność wycofania się dosłownie o krok od szczytu (nie udało się sforsować rozmiękłego w wyniku wysokiej temperatury śnieżnego grzyba szczytowego). „Ogólnie mówiąc, dzień nie był specjalnie zabawny, ale przynajmniej nikt nie zginął” – podsumowała tę przygodę Steph.
Zgodnie z modą panującą w tym sezonie w Patagonii, Steph i Dean ani myśleli rezygnować z upatrzonego celu. Kilka dni później zmienili taktykę i uderzyli w stylu rodem z Yosemite (ekwipunek: dwadzieścia dwa batony energetyczne, litr wody, gore-texy, płachta biwakowa, minimum sprzętu: dwie dziaby i jedna para raków). Wspinaczkę zaczęli wieczorem i po dwudziestu trzech godzinach stanęli na szczycie. W ten sposób pierwsze jednodniowe i pierwsze kobiece wejścia (dwa w jednym!) stały się faktem. Góra, jak przystało na groźną patagońską turnię, zażądała pokuty za sukces. Przybrała ona postać przeciętej liny, kibla i nieskończonej ilości zjazdów na pozostałym w całości kawałku „sznura”.
Amerykańskie małżeństwo z pewnością nie mogło narzekać na niedosyt wrażeń podczas wcześniejszych wspinaczek. Jednak, jak przystało na tytana psychy, jakim bez cienia wątpliwości jest Dean, nie dosyć mu było dreszczyku emocji i postanowił zrealizować swoje wielkie marzenie – pierwszy skok basejumpowy w Patagonii. Specjalnie w tym celu wspiął się wraz ze Steph Drogą Bridwella na El Mocho. Sposób opuszczenia szczytu miał charakter typowy dla patriarchalnej rodziny: Dean był na lodowcu po minucie, zjazdy zajęły Steph wiele godzin.
Opisane przejścia nie wyczerpują najciekawszych wydarzeń sezonu w Patagonii. Amerykanin Aaron Martin dokonał prawdopodobnie czwartego solowego wejścia na Cerro Torre (choć formalnie brakło mu do szczytu dosłownie kilku metrów z powodów stanu, w jakim znajdował się grzyb lodowy na wierzchołku).  Nieco wcześniej Martin wraz z rodakiem Jacobem Schmitzem dokonali pierwszego powtórzenia Canadian Route na południowej ścianie Fitz Roy. Zespół powrócił do bazy po 36 godzinach akcji non stop.
Jonny Copp i Josh Wharton w ciągu 51 godzin zrobili przejście imponującej graniówki, łączącej trzy igły: St. Exupery, Innominata i Poincenot w masywie Fitz Roy.
Kevin Thaw i Leo Houlding dokonali świetnego stylowo (48 godzin wspinania non stop, 60 godzin akcji, prawie cała droga klasycznie) przejścia Północnego Filara (in. Casarotto Pillar, 6b, A2, 1200 m) na Fitz Royu. Tę samą drogę pokonali w styczniu wspomniani wyżej Słoweńcy: Aljaz Tratnik, Rok Zalokar oraz Rok Sisernik

Góry, nr 4 (131), kwiecień 2004

W kwietniowym numerze "Gór" znajdziecie również wywiady z TANJA i ANDREJEM GRMOVŠKIEM!

 

 

 

 

 

 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Maciek Szopa
 
2018-07-22
GÓRY
 

Andrzej Bargiel zjechał na nartach z K2!!!

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-07-22
GÓRY
 

Andrzej Bargiel zdobył K2 - teraz rozpoczyna zjazd!

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-07-21
GÓRY
 

Bardzo dobre warunki na K2 - 31 osób na szczycie

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com