Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-11-11
 

Ruwenzori - dwie wyprawy: 1939 i 2007

Dzielę się wrażeniami z wyprawy w Góry Księżycowe na granicy Ugandy i Kongo. Ale pokonując szlaki tych gór w pamięci miałem pierwszych jej polskich zdobywców z 1939 roku.
13 lutego 1939 roku. Jak blisko było wówczas do wielkiej tragedii ludzkiej. Tylko niecałe 7 miesięcy do pamiętnego 1 września 1939 roku. Ale i ten okres miał swoje marzenia, swoich bohaterów, którzy realizowali marzenia bardzo odległe od tych niepewnych dni. Myślę tu o polskiej wyprawie naukowo – alpinistycznej pod kierunkiem dra Edwarda Lotha (opisanej książką jednego z uczestników Tadeusza Bernadzikiewicza „Polska safari w Górach Księżycowych”, wydanie Nasza Księgarnia 1955), która eksplorowała góry Ruwenzori polską zimą 1939 roku i która 13 lutego stanęła na najwyższym szczycie Gór Księżycowych – Mt. Margherita (5109 m n.p.m.). Tym to uczestnikom, zarówno alpinistom jak i naukowcom, te krótkie notatki dedykuję.
 
Znalazłem się tam wraz z moimi towarzyszami niemal dokładnie po 68 latach (w lutym 2007 roku). Było na pięcioro: ja – Romuald i Leszek z Poznania, Małgorzata, Marian i Mirek (nasz Szef) z Warszawy. Wynajętych mieliśmy 3 przewodników, kilku tragarzy i kucharza z „asystentem”. Byliśmy towarzystwem „pięknych czterdziestoletnich”.

Oni:

Pociągiem do Marsylii przez Berlin i Paryż. Tam wsiedli na statek „Porthos”, na którym po 16 dniach w sylwestra 1938 roku dobijają do Mombasy, skąd udają się koleją do Nairobi, gdzie kupują auto ciężarowe i nim udają się przez Entebebe do Bugoye u stóp Ruwenzori. Tamże organizują tragarzy i 19 stycznia wyruszają w góry.

My:

Pociągiem do Berlina, potem samolotem najpierw do Amsterdamu, potem do Entebebe. Nocleg w hotelu Olimpia w Kampali, gdzie też załatwiamy wszystkie formalności związane z wejściem do parku Ruwenzori i wnosimy stosowne opłaty. Z Kampali udajemy się rejsowym autobusem, czytaj transportem publicznym do Kassese u podnóża Ruwenzori. Podróż ta choć męcząca dostarcza wielu doznań wynikających z obcowania z coraz to nowymi towarzyszami podróży, z lokalnymi klimatami. W Kassese nocujemy w mocno ryglowanym hotelu (co świadczy o znacznym zagrożeniu) i nazajutrz wynajmujemy dwie taksówki osobowe, którymi docieramy do bram parku, wioski Nyakalengija.

Oni:

Ruszają pieszo od Bugoye przez Naybitaba, Kanyasabu, Nyamileju, Kigo. Tam mają bliskie spotkanie z leopardem, któremu zajęli legowisko rozbijając obóz. On niechętnie i leniwie usuwa się z drogi wędrowcom. Pogodę mają względną, na przemian deszcze, słońce, burze.

My:

W Nyakalengija dobieramy przewodników i tragarzy, ważymy bagaż, dokupujemy żywność i wyruszamy wartko ze śpiewem na ustach, czym wzbudzamy życzliwą ciekawość mieszkańców. Póki co pogoda nam sprzyja. Oprócz nas tego dnia wyrusza jeszcze para Amerykanów, jak się później okazało, naukowców badających stan lodowców na kuli ziemskiej. Wędrujemy w górę w dolinie rzeki Bujuku nocując najpierw w Nyabitaba Hut (2650), potem w John Mutte Hut (3380). Do tego pierwszego schroniska (są to prymitywne, choć dość schludne drewniane chaty z drewnianymi pryczami) docieramy przy względnej pogodzie, bo choć mglisto, to padać zaczyna dopiero po dojściu do chaty. Następnego dnia już jednak pogoda nie jest tak łaskawa i daje nam mocno do wiwatu. W drodze do John Mute Hut pada bez przerwy. Nabieramy świadomości jak ważne są wskazania odpowiedniego ubioru, to jest dobrej przeciwdeszczowej peleryny, takiej co chroni i wędrowca i plecak i dobrych butów odpornych na wodę, najlepiej woderów rybackich, których bezwzględna potrzeba posiadania pojawia się dopiero wyżej.

A więc cały dzień pada deszcz. Dzielimy się na grupki i w odstępach kilkudziesięciu minut docieramy do chaty John Mutte. Tamże spędzamy cały następny dzień ze względu na ciągłe opady i wynikający z tego wysoki poziom rzeki Bujuku, którą zaraz za chatą mamy przekroczyć w bród. Cały dzień (7 luty, moje imieniny, do których tam się nie przyznaję, ze względu na ponury nastrój) spędzamy na gawędach, rozterkach, czy iść, nie iść dalej, co jest sensem, co nie, co warto, co nie. Od czasu do czasu spoglądamy na góry, albo na mgłę i chmury je zakrywające daremnie wypatrując promyków słońca. Tych doczekaliśmy się wieczorem, dzięki czemu jest nam dane zobaczyć z oddali ośnieżone wierzchołki Margherity i Alexandry. Widzimy jak daleka droga jeszcze nas czeka...  Budzimy się następnego dnia i zapadają decyzje, Trójka z nas idzie dalej, dwójka z jednym przewodnikiem wraca do bazy. Wyruszamy przy względnej pogodzie, zaraz na starcie pokonujemy w bród rzekę Bujuku. Tylko dzięki woderom i pomocnym przewodnikom wskazującym nam najlepsze przejście w wartkiej rzece udaje nam się przejść suchą noga, czego nie mogą powiedzieć spotkani dzień wcześniej Ukraińcy.

Oni, z braku woderów, a idąc tylko w zwykłych kaloszach nie mają innej możliwości niż zaakceptować kompletnie mokre nogi. Woda jednak atakuje nas nie tylko do dołu, ale również od góry. Po kilkudziesięciu minutach od startu zaczyna znowu padać. Tak pada kilka godzin, niemal do samego miejsca następnego noclegu – Bujuku Hut (3969). Dodatkowym utrudnieniem są tereny bagniste, które obficie występują właśnie na tym odcinku zmuszając nas do wędrówki skokami z kępy na kępę.

Choć nie zawsze się udawało, to przed ostateczną klapą chroniły nas wodery. No, ale pokazuje się słońce!!! Tak słońce, pierwszy raz podczas wędrówki mamy możliwość suszenia rzeczy z czego skwapliwie korzystamy. Spać kładziemy się w suchych śpiworach i z suchymi rzeczami na następny dzień. Nazajutrz docieramy do Elena Hut (4552) mocno już zmęczeni i drogą i wysokością, ja dodatkowo mocno przeziębiony i z gorączką, której nabawiłem się niżej. Narasta napięcie, przecież następnego dnia wyruszamy na szczyt.

Oni:
Wędrując zdobywają kolejno szczyty Bottiego (4717 m n.p.m.), Jolantę (4769), Vittorio Emanuele (4914) w paśmie Gessi (płn Ruwenzori), po czym docierają brodząc w wodzie i po bagnach do górnego piętra doliny Bujuku. Stamtąd północno-wschodnią granią na szczyt Margherity, gdzie stanęli 13 lutego 1939 roku:
„Nic nie widać. Wieje dotkliwy, zimny wiatr. Ale nic to – polska chorągiewka zawisa na lodowym haku! Na biletach wizytowych notujemy pierwsze przejście północno-wschodniej grani. Dwanaście i pół godziny walki ze skałą i śniegiem uwieńczyło zwycięstwo! Całujemy się serdecznie, winszując sobie sukcesu”.

My:
9 lutego 2007, Elena Hut. Nadchodzi wieczór. Oznajmia o tym nie tylko zachodzące słońce, które już wcześniej schowało się za skały, ale i bardzo szybko schładzające się powietrze, tym bardziej że niebo jest pogodne i zanosi się na gwiaździstą noc. Wraz z przewodnikami sprawdzamy sprzęt, uprzęże, prusiki, raki, czekany i umawiamy się na pobudkę na 5.00 rano. W trójkę Mirek, Gosia i Ja koczujemy w małej szopce, w której poza nami i naszymi plecakami nic już się nie mieści. Ja jednak nie czuję się dobrze. Ostre przeziębienie i gorączka daje się we znaki, do tego dochodzi też wpływ wysokości (4500). W nocy prawie nie śpię, ciężko dyszę. Wychodzę za potrzebą kilka kroków na zewnątrz, wracam dysząc jak po biegu długodystansowym, czym martwię Mirka. Nie mogąc spać rozmyślam. I o tym, że jestem jedynym żywicielem rodziny i dlaczego podejmuję takie ryzyko włócząc się po tak nieznanych miejscach i tym, że rano nie wstanę i nie pójdę na szczyt, odpuszczę i w myślach godziłem się z porażką. Choć i to nie daje mi spokoju. Okrutnie mokre dojście tu do Eleny, niechęć przewodników do schodzenia drogą, proponowaną przez nas nie napawa mnie optymizmem i uświadamia mnie, jak daleko jestem od domu i miejsc bezpiecznych i w jakim jestem stanie kilka godzin przed zejściem. Nie ma we mnie pozytywnego myślenia. Leżę i dyszę. Mówię sobie „rano o 5 wstanę z nimi, aby mogli się ubrać, potem się położę i poczekam aż wrócą”.

Godz. 5.00, 10 lutego. Pobudka. Jak rozmyślałem, tak uczyniłem. Wstałem, ubrałem się, wziąłem kolejną aspirynę. Pokręcę się, jak pójdą w górę, położę się z powrotem. No, pakują się i lada chwila wyruszą. Lekko zmieniam decyzję. Też się spakuję, pójdę z nimi, wrócę po 15 minutach, postanawiam. I tak wyruszamy. Mróz, pochmurno, nie pada, ciemno, szlak doświetlają czołówki. Idziemy w trójkę plus 2 przewodników. Niezależnie od nas podąża grupa ukraińska, też w niepełnym składzie. Od razu ostre podejście w terenie skalnym, kijki tracą przydatność, bardziej przydają się ręce. Droga absorbuje coraz bardziej, koncentruję się nie kiedy zawrócić, lecz jaki dać następny krok. Skupieni pniemy się do góry. W oddali niżej majaczą latarki Ukraińców, powoli nas doganiają. Nie myślę o swoim samopoczuciu, koncentruję na każdym kroku. Jest zimno, na szczęście nie ma wiatru i nie pada. Dochodzimy do granicy śniegu. Rozjaśnia się. Tamże zakładamy nasz ekwipunek – raki, uprząż, wiążemy się linami. Pierwsi ruszają Ukraińcy, my po paru minutach za nimi. Krok po kroku wchodzimy na jęzor lodowca. Szczyty Ruwenzori decydują się uchylić nam promieni wschodzącego słońca, które od czasu do czasu pokazuje masyw w pełnej krasie. Są to jednak tylko krótkie chwile. Po minucie słońce jakby zawstydzone swoją wspaniałością skwapliwie chowa się za chmurami i nimi też zasłania wszelki widok. Krok po kroku kierujemy się w kierunku Margherity i Alexandry. Jestem najsłabszym ogniwem na naszej linie, muszę najczęściej się zatrzymywać, najtrudniej oddycham. Wkładam maksimum koncentracji w walkę ze słabościami organizmu. Tak docieramy do siodła u podnóży obu szczytów. Pogoda nadal mocno zmienna, wspinamy się we mgle przeplatanej krótkimi chwilami słońca. Po krótkim podejściu dochodzimy do dolnej podstawy ścianki broniącej dojścia do szczytu Margherity.
Tu zostawiamy plecaki, część sprzętu i z pomocą przewodników i wykorzystaniem zamocowanych na stałe drabinek i lin wspinamy się po ściance. Trudność podejścia karze nam się mocno koncentrować, tym bardziej, że nie jesteśmy doświadczonymi wspinaczami. Podziwiamy naszą towarzyszkę Małgorzatę, która jak się okazało dysponowała najlepszą kondycją i wydolnością organizmu. Wspinając się mijamy się ze schodzącym ze szczytu Amerykaninem, który biega po skałach niczym lampart, a już blisko szczytu mijamy Ukraińców, którzy szczęśliwi rozpoczynają wędrówkę w dół. No i nastaje i dla nas ta szczęśliwa chwila! 10 lutego 2007 (sobota) o godzinie 11.00 stajemy na szczycie! Rzucamy się wzajemnie w ramiona sobie i przewodnikom. Pstrykamy zdjęcia, tym bardziej, że natura nas wynagrodziła ofiarując na kilka minut czyste niebo i wspaniałe widoki. Mimo wysokości dosłownie i w przenośni staramy się oddychać pełna piersią. Pamiętam, że każdy wtedy coś do siebie powiedział. Ja powiedziałem, że gdyby ktoś mi o świcie dziś rzekł, że stanę na szczycie, to bym na niego spojrzał z niedowierzaniem. Ale udało się! Były też słowa naszej koleżanki „No i co Andrzejku?”, a odnosiły się pewnie do wątpliwości wyrażanych przez jej męża, gdy ona pakowała się na wyprawę. Tamże na szczycie zostawiliśmy też zdjęcie naszego Wodza (patrz statut grupy), który z przyczyn losowych nie znalazł się z nami.

Euforia mija, przewodnicy nas poganiają, rozpoczyna się równie trudne zejście, tym trudniejsze, że sił mniej i trudniej o koncentrację. Ze ścianką dajemy sobie radę w miarę sprawnie. U jej podnóża ponownie wiążemy się liną i powoli rozpoczynamy odwrót. Znów tempo uwarunkowane jest moją wydolnością, a raczej jej brakiem. Wypiłem już wszystkie płyny, pozostały rezerwy organizmu. I tak z pokorą dla natury i własnych ograniczonych możliwości krok po kroku schodzimy docierając do bazy około 16.00. Bardzo zmęczeni, ale jakże szczęśliwi. Natychmiast zanurkowaliśmy w śpiwory, aby po pół godzinie usłyszeć, że jeszcze tego samego dnia mamy 4 godziny drogi do następnego schronienia – Kitandara Hut (4027). Łącznie, tego dnia najpierw wspięliśmy się na Margheritę z 4500 na 5100, by potem zejść na 4027. Ruwenzori dało nam w kość, ale też jak dużo satysfakcji.

Oni:
Schodząc w dół podzielili się na dwie grupy. Grupa naukowa kierowana przez Tadeusza Wiśniewskiego zeszła szlakiem wzdłuż doliny Bujuku, uzupełniając swoje botaniczne zbiory. Grupa alpinistyczna nie nasycona jeszcze górami udała się do doliny Nyamugasani szlakiem wcześniejszego eksploratora kpt Humphreysa planując powędrować jeszcze po Ruwenzori 12 dni i w ciągu tych dni zdobywa kolejne szczyty Ruwenzori. Nocami drżą ze strachu przed lampartami i ustawiają murzyńskie straże. Rankami świeże ślady potwierdzają nocną obecność tych zwierząt w obozach. Ciągle dokucza im wiatr, deszcz, wysoka wilgotność. Tragarze o niczym innym nie marzą jak o cieplej słonecznej dolinie będącej ich domem. Wreszcie po 40 dniach docierają do punktu wyjścia miejsca startu, wioski Bugoye w dolinie Nubuku.

My:
Nadszedł czas powrotu. Dobrze idzie się z poczuciem spełnienia marzeń. Podziwiając przyrodę maszerujemy i delektujemy się naszym sukcesem. Ale zejście nie jest łatwe. Zaczynamy rozumieć dlaczego przewodnicy odradzali nam tę trasę i zachęcali do zejścia trasą wejścia. Otóż głównym niebezpieczeństwem są bardzo strome zejścia po śliskich skałach. Trzeba się mentalnie przyzwyczaić, że przy takim skalnym stoku, na takiej śliskiej skale możliwym jest, że człowiek potrafi jeszcze utrzymać równowagę i nie dość, że się nie przewraca, ale posuwa się do przodu. Swoistym odkryciem są już wspomniane wodery, które na śliskiej powierzchni skalnej spisują się nieporównywalnie lepiej niż najlepsze buty trekkingowe. A więc wracamy trasą Elena Hut, Kitandara Hut, Guy Yeoman Hut tamże nocując i już bez noclegu przechodzimy przez znaną nam Nyabitaba Hut i zamykamy wyprawowy krąg znowu ze śpiewem (jakby cieńszym ;)) wkraczając do wioski Nyakalengija. Tam dokonujemy końcowych rozliczeń, wydajemy zwyczajowe napiwki, idziemy z naszymi przewodnikami na piwo i z żalem się z nimi i z tragarzami rozstajemy. Wsiadamy do aut i jedziemy do Kassese spotkać się z naszymi kolegami, którzy wcześniej nas opuścili. Tam wieczorem jemy uroczystą kolację zadowoleni z naszych górskich sukcesów i z tego, że jesteśmy znów razem.
Później, w ramach relaksu pojechaliśmy jeszcze do Ruandy w Virunga Mountains. Tam tropiliśmy w jednym z parków stada goryli, które dawały się podejść niemal na zasięg ręki i zupełnie nie zwracały uwagi na człowieka. Potem znów wróciliśmy do Ugandy, pojechaliśmy do górnego biegu Nilu, gdzie zafundowaliśmy sobie rafting na tej rzece. Ubaw był po pachy, a i trochę strachu na stopniach wodnych też było. Oczywiście nie obyło się bez wywrotek i okrzyków „człowiek na burtą” Ale cali i zadowoleni wróciliśmy do hoteliku.

Całą podróż po Ugandzie i Ruandzie odbyliśmy standardowym transportem publicznym. A było to ponad 2000 km. W ścisku, spiekocie czuliśmy całymi sobą (ścisk, dotyk, zapach, hałas) lokalne klimaty i społeczność. Było to uciążliwe, ale też znakomicie pozwalało poznawać ludzi i obyczaje.
 Siła natury
 Na lodowcu
 Na szczycie
 Polskie safari
 Nasi poprzednicy
 
 Eleni Hut
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com