facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-10-31
 

Raport z Karawszynu

Na przełomie lipca i sierpnia sfinalizowaliśmy plan wyjazdu do Kirgizji. Dotyczył działalności w rejonie Karawszynu. Uczestnicy wyprawy to: Paweł Fidryk, Waldemar Żyliński i Maciej Gościński.


Tekst: Maciej Gościński

Fotografie: Waldemar Żyliński i Maciej Gościński
 
Na przełomie lipca i sierpnia sfinalizowaliśmy plan wyjazdu do Kirgizji. Dotyczył działalności w rejonie Karawszynu. Uczestnicy wyprawy to: Paweł Fidryk, Waldemar Żyliński i Maciej Gościński.
Wylądowaliśmy w Osh około 6 rano czasu obowiązującego w Kirgizji. Lotnisko bardziej przypominało wojskową bazę przeładunkową niż międzynarodowy port lotniczy. Z samolotu udaliśmy się w kierunku wskazanym przez stewardesę, do odprawy. W sumie było nas około 30-40 osób. Myślałem, że cała odprawa potrwa może godzinę, ale niestety zajęła 3, aczkolwiek przebiegała bezproblemowo. Chociaż daliśmy się odprawić Kirgizom, którzy strasznie się przepychali niemal tratując wszystko i siebie nawzajem. Żołnierz pilnujący zapytał Waldka, skąd jest i co zamierza robić w Kirgizji. Odpowiedź była prosta: My Paliaki, alpinisty. Na co żołnierz – Wy na Pik Lenina? - Niet, my do Ak-su i Kara-su..

Odebraliśmy bagaże i wyszliśmy z lotniska. Na zewnątrz przed budynkiem czekał stary Kirgiz w czarnej wyszywanej białą nitką mycce. Trzymał kartkę z wydrukowanym napisem „Łukasz Depta” (chodziło o członka krakowskiego zespołu). Wsiedliśmy do busa i ruszyliśmy. Jechaliśmy około 15 minut do Osh, obserwując otoczenie: straszne rozpierdaki, drogi dziurawe, domy z gliny, obejścia ogrodzone czym się da: deskami, patykami albo murem glinianym z charakterystycznym stosem kamieni u podstawy wzdłuż fundamentu. Zdarzały się również mury z cegły mułowej. Zajechaliśmy na moment do „starego” po butle z gazem i zaraz potem na bazar zrobić zakupy. Była godz. 10.30 czasu kirgiskiego. Kierowcy zaparkowali busy gdzieś między domami i wszyscy umówiliśmy się na 12.00. W kantorze wymieniliśmy dla równego rachunku po 200 $. Musieliśmy zrobić zakupy na cały pobyt w górach. Bazy w dolinach Kara-su i Ak-su leżą na około 3000 m n.p.m. i na miejscu od miejscowych pasterzy można tylko kupić kozie mięso, mleko i lepioszki (okrągła chlebowa bułka o średnicy około 30 centymetrów z grubymi bokami i cienkim środkiem). Zaopatrzyliśmy się więc w ryż, makaron, kasze, lepioszki na drogę, zupy chińskie, herbatę, garnek do gotowania, łyżki, nóż, przyprawy, zieleninę, cukier, miód, trochę suszonych moreli i rodzynek. Zupy chińskie, makaron i buliony kupiliśmy na straganie, na którym sprzedawał chłopiec na oko 7-letni. Zwróciło naszą uwagę to, jak bez użycia kalkulatora szybko liczył ile mamy zapłacić. Zebrało się 30 kg prowiantu – mieliśmy nadzieję, że wystarczy.



Około 13.00 ruszyliśmy w kierunku Batken. Kierowcy mówili o 10-ciu godzinach jazdy. Droga główna z Osh do Batken była asfaltowa, ale po przekroczeniu kirgiskiego posterunku (była to może nawet granica z Uzbekistanem) zjechaliśmy na szutrówkę i dalej kontynuowaliśmy przez bezdroża. Z rzadka namierzalne były jakiekolwiek zabudowania. Widać było tylko duże naturalne hałdy żwiru i kamieni po horyzont. Po rozpadzie „sojuza” droga przecinała uzbeckie enklawy, do których my musimy mieć wizy, byliśmy więc zmuszeni jechać drogą okrężną, aby nie wjechać na ich terytorium. Kirgizi mogą się tam poruszać bez problemu.

Przez okno lał się żar jak z pieca, wdzierał kurz i pył i cały czas słychać było dudnienie kół na drodze. Dojechaliśmy do Batken. Byliśmy przekonani, że tutaj należy załatwić niezbędny meldunek i pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej, lecz kierowcy (którym zależało na szybkim powrocie) powiedzieli, że wszystkie wymagane dokumenty zostały przygotowane przez ich szefa – „starego”. Wyjechaliśmy z Batken o godzinie 16.

W Ak-say przed jakąś wojskową jednostką okazało się, że nie mamy wszystkich potrzebnych pieczątek. Wojskowi zaoferowali się, że nas przewiozą, jeśli będziemy mieli odpowiednie dokumenty, które należało załatwić w Batken. Oczywiście nie za darmo. W międzyczasie pojawił się człowiek w białej mycce, chyba z konkurencyjnej agencji. Usilnie dążył do przejęcia klienta i oskubania go – czyli nas. Proponował pozytywne załatwienie sprawy tj. pozwoleń, noclegów, koni i osłów do transportowania sprzętu i żywności do Karawszynu. Oferta powoli zaczęła przeradzać się w szantaż: „Biała Mycka” powiedział, że jeśli nie skorzystamy z jego usług, to kierowcy i my będziemy mieli duże kłopoty. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że wracamy do Batken, aby następnego dnia załatwić wszystkie formalności.

Jechaliśmy po ciemku, objazdami, tym razem wokół enklaw tadżyckich. Kierowcy dwukrotnie gubili drogę, w końcu zasnąłem. Spałem, jak zabity, a rano nie wiedziałem, gdzie jestem – byliśmy ponownie w Batken.

Zaczęło się: wypisywanie wniosków, wypełnianie formularzy – oczywiście cyrylicą, pieczętowanie z obu stron. Wszystko trwało do około 18-tej. Powrót do Ak-say minął jednak szybko. Byliśmy znowu pod bramą jednostki – tym razem z wszystkimi dokumnetami. Wojskowi powiedzieli, że nas zawiozą (można tam dojechać tylko pod ich eskortą) za 100 $ plus paliwo. Nie było innego wyjścia.



Po dotarciu na miejsce po ciemku zaczęliśmy szukać miejsca na rozbicie namiotu. Poranek pokazał, gdzie wylądowaliśmy: bardzo ładne trawiaste poletko pomiędzy drzewami morelowymi. Niedaleko nas była chatolepianka zamieszkiwana przez kirgiską rodzinę – rodzice z czwórką dzieci i dwóch starców. Podzieliliśmy ekwipunek. Na plecy każdego z nas przypadało znacznie ponad 30 kg. Stąd czekała nas dwudniowa droga do Kara-su (około 50 km). Nie mieliśmy wody, a ta w rzece miała kolor szary, poszedłem więc do pobliskiej chaty zapytać o wodę do picia. Owszem, dostałem, ale wodę z rzeki, tylko że taką, która stała w wiadrze i osad trochę opadł na dno. Dalej jednak miała kolor szaromleczny. Trudno, mieliśmy tylko po litrze wody. Najbliższy strumień był oddalony o około 15 km...

Po dwóch dniach podejścia, idąc ciągle wzdłuż rzeki, dotarliśmy w końcu do Karawszynu i do kamiennego domku jednego z pasterzy. Murat, właściciel chaty, ugościł nas czym miał: zielona herbata i „komplet” czyli gotowane płuca razem z tchawicą podane z lepioszką. Sięgnąłem po pierwszy kawałek. Chłopaki obserwowali moją reakcję – było całkiem smaczne, tylko mało słone. Zaraz wszyscy zaczęli jeść. Może to ze zmęczenia i głodu, ale płuca szybko zniknęły z talerza – tchawicy nie ruszył nikt. U Murata można było zaopatrywać się w mięso, mleko i lepioszki. Mówił, że teraz dostarcza regularnie mięso Francuzom w Ak-su. Wiec nie trzeba nigdzie chodzić, bo mięso przyjdzie samo na oślich grzbietach. Od domku Murata do Kara-su było około 1,5 godziny. 
 
Kara-su
 
Na tej samej polanie był rozbity zespół z Krakowa, 4 gości z Kazachstanu oraz para Czechów. Ci ostatni podjęli ambitny plan poprowadzenia nowej drogi na Piku 1000-lecia Chrztu Rusi. Pierwszy dzień w obozie rozpoczął się dopiero o 10. Upłynął mi na budowie prowizorycznej kuchni. Kolejne to wyjścia aklimatyzacyjne do wysokości 3600-3800 m n.p.m. i rozpoznanie w terenie. Wchodząc na lodowiec widać Pik Kotina, Pik 1000-lecia Chrztu Rusi, mniej widoczny Pik 4810, najbliżej „wystrzeliwuje” Asan – 1200 m pionową zachodnią ścianą, z tylko dwoma uklasycznionymi drogami: m.in. Aussi Free Router (7b+ w skali francuskiej), na którą wybrali się Krakusi. Droga prowadzi lewym filarem ograniczającym zachodnią ścianę. Druga droga to Alperin route (5b w skali rosyjskiej), która wiedzie prawym filarem. Na każde przedsięwzięcie trzeba zarezerwować 3 do 4 dni przy sprzyjającej pogodzie. Dalej, nad całą doliną góruje Pik Piramidalny (5509 m n.p.m.) ze swoimi zaśnieżonymi turniami.



Następnego dnia, przewidując poprawę pogody, ruszamy o brzasku. Po drodze pod żółtą czy srebrną ścianę trzeba forsować potok, który wczesnym rankiem jeszcze nie stanowi przeszkody, natomiast wieczorem wzbiera na tyle, że wejście powyżej kolan jest związane z możliwością „pełnego zanurzenia”. Docieramy do interesującego nas obiektu na „Srebrnej”. Z daleka ściana wyglądała lito i zachęcająco, ale z bliska okazuje się krucha i porośnięta trawami, wyżej nawet dziką cebulą. Dojście do filara terenem dwójkowo-czwórkowym, lokalnie się asekurując. Pierwszy fragment ściany okazuje się żebrem i cały przebieg wypatrzonej drogi zaczyna przypominać zamotę w łatwym terenie. Do tego kolejnych kilka wyciągów jawi się o trudnościach III, z miejscami IV. Dopiero zwieńczenie filara oferuje wspinanie w interesujących nas trudnościach. W tym momencie szacując jakość wspinania na wypatrzonej linii, decydujemy się potraktować dzień jako kolejny adaptacyjny i zasuwamy w górę łatwym terenem do siodła na wysokości 3800 m. Stąd już bezpieczne zejście w totalnej zlewie do dna doliny z nieoczekiwaną przeszkodą terenową. Poziom wody był dużo wyższy niż rano. Przerzuciliśmy plecaki i „prawie” buty, z których jeden Pawkowy trafił do wody. Po 30 m pogoni udało mi się go wyłowić i Paweł nadal był w posiadaniu jedynej pary butów na wyprawie do Karawszynu. Następny dzień upłynął ze względu na pogodę pod znakiem slack’a oraz ogólnej gawędzie. O czym można gadać będąc w Kara-su? Oczywiście o górach, przejściach i znowu o górach. A…Jeszcze pozostaje slack…



Po kolejnych dwóch dniach podejmujemy decyzję o przejściu Żółtej Ściany drogą Diagonalną bez względu na pogodę. Diagonalka nie wygląda początkowo ładnie. Biegnie formacją nachyloną ok. 70 stopni w poprzek ściany. Pierwsze cztery wyciągi to wspinanie do V+ , kolejnych sześć łatwych wyciągów prowadzi do tzw. klucza. Wyciąg kluczowy (VII) jest zauważalnie obity radzieckim haczywem przeważnie słabej jakości. Czasem trzeba coś dołożyć. Stąd droga oryginalnie prowadzi kontynuując dotychczasową linię przez dość psychiczne miejsce z zawieszonymi blokami. Wybieramy wariant w lewo wprost i po kolejnym wyciągu trafiamy na jeszcze gorszy teren, pełen kamieni z piaskowym lepiszczem. Stąd około sześciu wyciągów do zwieńczenia Żółtej Ściany. Droga zejściowa to 200 metrów z lotną do przełączki (nie polecana możliwość zejścia!). Dalej wprost w kierunku szczytu właściwego trzy wyciągi z miejscem VI. Tu już widocznym piargiem o sporym nastromieniu rozpoczyna się zejście.

Podsumowując: Żółta Ściana, Droga Diagonalna, VII (5A rus), 700m, OS. W sumie 13 godzin akcji.

Od przyjazdu pogoda nas nie rozpieszcza. Prawie wszystkie przedsięwzięcia ścianowe mają charakter wielodniowy i przy tak niestabilnej pogodzie i dysponowanym przez nas wyposażeniu dyskwalifikują nas. Przenosimy się do sąsiedniej doliny na krótsze piętnastowyciągowe drogi.

 
Ak-su
Przejście zajęło nam około 8 godzin, razem z odwiedzinami u Murata w Karawszynie oraz mały postój u Jafara. Rzeka w dolinie Ak-su jest jeszcze silniejsza i można ją przekroczyć tylko w dwóch miejscach: po naturalnym mostku z dużych płyt kamiennych tuż za zabudową Jafara lub około 1,5 godziny drogi powyżej bazy po śmigłach helikoptera. W Ak-su był już zespół francuski i para Amerykanów. Potem dołączyli Baskowie. Te dwie ekipy wybrały raczej wariant bardziej komfortowy. To znaczy mieli namiot kuchenny, mesę i wynajętego kucharza – Umara. Często przychodził do nas na pogawędki, ze względu na brak możliwości komunikacji z Francuzami. Jak to określił: rozmawia się z nimi jak z głuchymi. Baskowie mieli dużą ilość wynajętych osłów do transportowania sprzętu i żywności, wynajętego kucharza i kierownika obozu z agencji. Wszystko to kosztowało ich krocie w porównaniu do kosztów poniesionych przez nas. Za samo załatwienie pozwoleń agencja skasowała ich 1500 €/osobę.

Campsite w Aki-su położony jest wśród baldów. Niektóre noszą nawet ślady działalności, również wspinaczy hakowych. Ciężko jest znaleźć równe, czyste miejsce pod namiot, do tego trzeba budować zariby, bo co dzień przewala się przez obóz stado bydła. Stosunkowo daleko jest do czystej, pitnej wody ok. 400 m. Jeszcze jedno ważne – przechowywanie mięsa. W spodniach Pawki, po zawiązaniu nogawek, wylądowała cała baranina zakupiona u Murata. Całość zawisła na gałęzi, rosnącej przed obejściem tui.



Następny dzień to rekonesans w dolinie. Dopasowujemy wyłuskane z netu topo do ścian nad nami. Jako pierwszy cel obieramy drogę włoskich wspinaczy na Pyramid of Pamir, Missing Mountain (6b, 580 m). Start 5.30. Pierwszych siedem wyciągów prowadzi pięknymi płytami o trudnościach do 6a+ do wygodnej platformy. Słońce na ścianie pojawia się o 12, więc staramy się zdobywać wysokość jak najszybciej. Pierwszych siedem wyciągów prowadzi Waldek w 3,5 godziny. Dalej po zmyleniu drogi przez Pabla, przebijamy się własnym wariantem - kolejnych osiem wyciągów o trudnościach 6a+/b do szczytu „piramidy”. Droga zejściowa to zjazdy linią drogi lub zjazd z przełączki pod Pikem Slesova, gdzie zaczyna się słynna droga Perestroyka Crack (7b). Zjazd na stronę piargu to 12-metrowa poręcz do wywieszonego 60 m zjazdu właściwego. Dalej już piargiem 500 m do bazy.

Kolejny dzień to lizanie ran i odbudowa skóry oraz trekking w kierunku Pitcy na lodowiec.

Naszym kolejnym celem jest Better Word 6c 350 m, powstała w 1998r za sprawą Sonji Brambati, Eduardo Meraldiego i Paolo Vitallego. Na jednej z kazalnic Central Pyramid. Pierwszy wyciąg psychiczny – asekuracja zdecydowanie Adrszpaska, czyli pierwszy pewny przelot na 30 m. Pozostałe wyciągi to świetne wspinanie płytowe, z kilkoma dobitymi, w zupełnie litych płytach punktami asekuracyjnymi. Osiem wyciągów przechodzimy w stylu klasycznym OS. Zjazdy rozpoczynają się z wiekowych jałowców i diagonalnie dosięgają żlebu. Dalej dość spionowanym terenem udaje nam się dostać do piargu zejściowego. Całość zajmuje ok. 6 h.
Z doliny wygania nas głód. Źle oszacowane ilości prowiantu i ostatecznie wydzielamy rodzynki na sztuki.



Podsumowując, rejon Karawszynu oferuje wspinanie na bardzo wysokim poziomie. Wybierając się w ten rejon należy przygotować się na wspinaczki kilkudniowe z całą niedolą kiblowania w ścianie.
Rejon oferuje również duże możliwości trekingowe: w Kara-su, Sanktuarium 4810, rejon Srebrnej Ściany, piękne widoki z lodowca, Asan i Usen, Pik Piramidalny; w Ak-su wyprawy na lodowiec wraz z otaczającymi szczytami oraz rejon Pticy.
 
Bishkek i okolice
 
Aby wyjazd nie był jednowymiarowy, postanowiliśmy trochę spenetrować kraj. Pozostało nam zaledwie 6 dni, więc udaliśmy się do stolicy, a stąd do rejonu Al-Arcza. Do Biszkeku dotarliśmy taksówką. Autobusy nie kursują, a koszt taksówki to 90 $ za 700 km. Wyjechaliśmy wieczorem z zamiarem jechania nocą. Do Biszkeku dojechaliśmy na około 13-tej dnia następnego po około 17 godzinach jazdy. W Biszkeku wysiedliśmy przy największym w Kirgizji bazarze tzw. „Osh Bazar”. Były tu bułeczki z mięsem smażone na oleju – typowe dla wszystkich krajów byłego ZSRR, w których byłem. Po posiłku poszliśmy poszukać marszrutki do Al-Arcza. Niestety dojazd marszrutą okazał się być niewykonalny. Każdy z zapytanych przechodniów wskazywał inny kierunek. Zdecydowaliśmy się ostatecznie na taksówkę. Do Al-Arcza zawiózł nas 81-letni mężczyzna za bardzo małe pieniądze – chyba nawet w cenie marszrutki. W górach przywitał nas deszcz, staliśmy około 30 minut pod okapem hotelu, a gdy przestał padać, ruszyliśmy w kierunku „alpin łagru”, potem jeszcze 2 godziny w górę. Niebo było całe zasnute chmurami. Na około 2600 m n.p.m. postanowiliśmy się wycofać na nocleg do polany, którą minęliśmy pół godziny wcześniej. Następnego dnia „wylampiło się”, więc wybraliśmy się na jednodniowy treking do opuszczonego schroniska na wysokości 3400 m n.p.m. Po około 4 godzinach podejścia dotarliśmy do dość bystrej rzeki. I znowu przekroczenie okazało się być nie lada wyzwaniem. W efekcie zamoczyłem się do pasa. Podobnie Paweł, Waldkowi poszło mniej mokro. Tutejsze góry dają możliwości głównie wspinania zimowego, lub po prostu zdobywczego. Wszędzie wokół szczyty 4-tysięczne i wyższe. W całej Kirgizji góry są suche i piaskowe, z niewielką ilością drzew.

Ostanie trzy dni przed odlotem spędziliśmy w Osh na dokonaniu zakupów przedwyjazdowych i testowaniu miejscowych specyfików w bazarowych jadłodajniach. Temperatura nie spadała poniżej 40° C. Jakikolwiek ruch był hamowany przez żar z nieba. Cała działalność skupiła się na wczesnych rankach i późnych wieczorach. Znaleźliśmy nawet kilka ścian wspinowych na wzgórzu w Osh. Nie były zbyt wysokie – do około 20 m. Nosiły ślady eksploracji, ale jak mówili tubylcy, nikt tam się nie wspinał od co najmniej 15 lat. W zacienionej, przewiewnej jaskini „dobawialiśmy” niewykorzystane dni w Karawszynie na baldach.

Kończył się nasz miesięczny czas bez telefonów, spraw ważnych i innych. Okolica w Karawszynie obiektywnie powalała na kolana, pomijając nawet walor wspinowy. Zegarków się nie używało, bo po co? Rytm dnia wyznaczał wschód i zachód słońca, pozostawały tylko ewentualne zrywy poranne na atak ścianowy. Pierwszy tydzień pobytu zniechęcił nas do kilkudniowych wspinaczek, dlatego atakowaliśmy szybko, jednodniowo, a potem jak była lampa, nawet gigalampa, to już byliśmy skażeni. Kirgistan to kraj przyjaznych ludzi, lecz w związku z tym, że mają ciężko, próbują „oskubać” przyjezdnych. Jednak po nawiązaniu bliższego kontaktu relacje zmieniają się i można być traktowanym jak równy.
 
Maciej Gościński
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-18
HYDEPARK
 

Kurtyka. Sztuka wolności

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com