Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-12-03
 

Radość z odzyskania możności chodzenia - End of Silence

Dlaczego, mimo czyhających na mnie, dodatkowo niezależnych od mojego działania zagrożeń, decyduję się na tego rodzaju wspinaczkę? Co gorsza, podoba mi się to i planuję robić to częściej.... Magazyn GÓRY
Tekst: Konrad Ociepka
Zdjęcia: Maciek Dziedzic


Okręcam taśmę wokół liny i wpinam przyrząd. Ostatni raz sprawdzam, czy wszystko gra i wypinam autoasekurację. Zjeżdżam kilkadziesiąt centymetrów i podnoszę wzrok na stanowisko, żeby przyjrzeć się konstrukcji, która bezpiecznie przetransportuje moje dupsko do podnóża ściany. Dwa spity połączone starą taśmą, przez którą przechodzi lina o średnicy ośmiu milimetrów. Pod nogami 200 metrów szczerzącej kły grawitacji, a nade mną mój najlepszy przyjaciel – stalowy wąż – tyle, że jakiś kurewsko cienki. „Jak ja nie lubię zjazdów” – dodaję sobie otuchy. Odbijam się od skały, żeby szybkim zjazdem ominąć okapik, a jego krawędź brutalnie wrzyna się w linę. Osiem milimetrów poskręcanych żyłek chroni mnie przed śmiertelnym upadkiem. Na górze może jeszcze pójść stara taśma i to wszystko, bo stanowisko to beton. Wyobrażam sobie moment przecięcia liny i epicki lot zakończony doskonałym spokojem. Nie boję się, ale uczucie jest nieprzyjemne – niepewność. Dwa zjazdy niżej wiszę w stanowisku pod lekko przewieszoną płytą i czekam na Marcina. Ten postanawia skorzystać ze starej poręczówki wiszącej obok, żeby przyciągnąć się do ściany. Następnie słyszę głośne „kurwaaaa!” i zadzieram głowę do góry. Widzę spory kawał skały lecący w moją stronę, więc opuszczam głowę i wtulam ją w ramiona. Słyszę głośny świst przelatującego kamienia, po czym huk spotęgowany echem odbijającym się od ściany Feuerhondla.

Po chwili Marcin jest przy mnie i badawczo patrzy mi w oczy. „Coś ci się stało?” – pyta takim cienkim głosikiem o matczynym tonie, jakby tłumaczył dziecku, że potwory nie istnieją. „Nie, kurwa, po prostu się przestraszyłem” – odpowiadam. Na to Marcin, że nie było czego, bo wprawdzie przeleciał niedaleko, ale byłem schowany pod przewieszoną płytką. Myślę sobie, że pod płytką czy nie, ale ludzie tak mają, że rozpędzone pociski zdolne roztrzaskać im czaszkę traktują emocjonalnie. Jest 10 sierpnia 2010 roku i wycofujemy się z ósmego wyciągu End of Silence. To nasz pierwszy dzień na drodze.

Ściankowcy


Mam 24 lata i to dopiero mój drugi sezon na dużych ścianach. Mój partner jest dwa lata starszy i ma dokładnie takie samo doświadczenie, bo wszystkie znaczące wielowyciągówki robiliśmy razem. Większy wkład stanowi jego wiedza teoretyczna nabyta na kursie instruktora sportu, dlatego podczas pierwszych wspinaczek relacja między nami nie jest symetryczna.

Jako pierwszą drogę wielowyciągową robimy oesem American Beauty VIII na Mnichu, później
RP Drogę Sadusia IX na tej samej ścianie. Było to we wrześniu 2008 roku. Pierwsza przygoda tatrzańska nie należała do najprzyjemniejszych. W taborze przy Morskim Oku pojawiliśmy się w środku nocy. Było sporo wolnych namiotów, więc wczołgaliśmy się do jednego z nich. Pech chciał, że mój złośliwy kot postanowił dać mi się we znaki i zaznaczył śpiwór jako swój teren. Byliśmy zmęczeni i nie grzeszyliśmy elokwencją. „Ale jebiesz Kondor!” – wyparował Mar. „Sam jebiesz ty ruda fajo!” – odparowałem. Wkrótce tarzaliśmy się ze śmiechu, a skupiona powaga miejsca potęgowała rozbawienie. Nasze niewłaściwe zachowanie przerwał bardzo poważny, basowy głos, informując nas, że niektórzy starają się spać.

Rankiem było tylko gorzej. Marcin dostał poważny ochrzan od właściciela basowego głosu, a niewyspanie powodowało, że jego jedyną ripostą było mruganie oczami i niedowierzający wyraz twarzy. Później poszedł zapłacić i znowu musiał wysłuchać kazania o tym, że miejsce w taborze trzeba rezerwować i że nie dostaniemy zniżki. Nigdy nie widziałem go, jak z taką pokorą robi coś, co uważa za krzywdzące.

Na koniec poszedłem umyć kubki po porannej kawie i zobaczyłem znajomą twarz. Był to człowiek nazywany przez nas „geniuszem matematycznym” – obiekt żartów, ponieważ na ściance zawsze wspina się w uprzęży obwieszonej pętlami i innym szpejem. Teraz role się  odwróciły, to my byliśmy u niego. „O, ty też jesteś ściankowcem” – powiedział, zbliżając się do mnie. „Tak” – odpowiedziałem i odszedłem zgarbiony.


Ściankowcy w ścianie :)

Pierwsze westowe drogi


W lutym 2009 odzywa się w nas głód mocnych przeżyć, więc kupujemy bilety na Sardynię gwarantujące nam dwudziestodniowy pobyt na wyspie. Pierwszy cel, to 270-metrowa Mezzogiorno di Fuoco 8b na ścianie Punta Giradili. Jest to bardzo urokliwe miejsce, ściana wyrasta wprost z malowniczej zatoki. Jednak jako zadeklarowany taternik ślubujący  wspinaczkową czystość, schodzę do podnóża ściany i sprawdzam, czy przypadkiem ściana nie dotyka wody. Wpatrując się w nużący błękit morza, obiecuję sobie po raz kolejny, że nigdy nie dotknę skały skalanej permanentnym kontaktem ze słoną wodą. Drogę robimy trzeciego dnia i podnosimy poprzeczkę – Hotel Supramonte 8b, 400 metrów. Podczas prób na drodze dyndamy sobie nad wąskim dnem kanionu. Kanion, zatoka – wszystko nierozerwalnie związane z wodą. Przeklęta wyspa, z górami te drogi nie mają nic wspólnego. Podobnie jak na Mezzogiorno di fuoco, na Hotel także potrzebowaliśmy trzech dni. Szybko poszło. Oczywiście z restami (tymi zaplanowanymi i nie) pokonanie tych dwóch dróg zajęło nam dwa tygodnie.

„Zgodnie z etyką przyjętą na sportowych drogach wschodnich Alp...”

No tak, ale inni robią te drogi w pojedynkę, a wy jakby po połowie. Czy aby na pewno w pojedynkę? Przecież idzie z nimi asekurant, którym może być kochająca dziewczyna lub bezinteresowny przyjaciel czy nawet opłacony przez sponsora specjalista. Dla nas ostatnia opcja odpada, bo na nadmiar pieniędzy żaden z nas nie narzeka. Poza tym co to za pomysł, żeby płacić komuś za asekurację? Jedźmy dalej – bezinteresowny przyjaciel. Czyżby otaczali nas sami egoiści troszczący się wyłącznie o własny wypoczynek? Czy nie znalazłby się nikt, kto byłby zdolny poświęcić trochę czasu na wielogodzinną asekurację i wspinaczkę z ciężkim plecakiem na drugiego? Nie przesadzajmy z tą wspinaczką – w większości polegałoby to na pałowaniu po ekspresach i linie. Pewnie ktoś by się znalazł, może kochająca dziewczyna. Ale cóż za samotność czeka na wspinacza, który nie znajdzie zrozumienia w troskliwym wzroku asekuranta? I jakiż ciężar musi mieć odpowiedzialność za tak długą wspinaczkę? To może poasekurujcie się sami. No tak, ale w jeden dzień nie zdążymy, bo trzeba zrobić wyciąg, zjechać, przewiązać się, znowu zrobić i dojść na drugiego. Poza tym dochodzi jeszcze nawarstwiające się zmęczenie. A jakbyście po zapatentowaniu drogi poświęcili dwa dni oddzielone odpowiednim odpoczynkiem na przejścia w pojedynkę? No, to jest opcja. Ale i tu napotykamy na pewne problemy. Po pierwsze, musielibyśmy poświęcić więcej czasu na patentowanie. Biorąc pod uwagę inne czynniki (takie jak pogoda), czas poświęcony na jedną drogę mógłby wydłużyć się nawet kilkukrotnie. Nie wiem, czy znalazłby się ktoś, kto chciałby spędzić np. miesiąc z Wszołkiem albo Ociepką sam na sam w jednym miejscu. Na pewno żaden z nas. Przesłanki są takie: 1. życie jest krótkie, 2. przygoda w ścianie przednia, 3. nowa droga = nowa przygoda. Wniosek: jak najwięcej dróg, nawet kosztem sportowego wyniku.


Marcin Wszołek - trudny ruch z kciuka na wyciągu 8b+

Radość z odzyskania możności chodzenia

Wakacje 2009 roku spędziliśmy w Hiszpanii, uprawiając wspinaczkę w warunkach idealnych do nadmorskiego wypoczynku. Czegoś zdecydowanie zabrakło, mimo pokonania kilku trudnych dróg pozostało uczucie niezrealizowania. Jednak jakimś niewyobrażalnym cudem nasze intelekty są zdolne do wyciągania wniosków. W lipcu tego roku lądujemy po raz pierwszy w największej dolinie Tatr i możemy podziwiać ścianę Młynarczyka uwiecznioną w kadrze Herzoga. Piękna ściana – na razie najbardziej charakterna, jaką widzieliśmy. Naszym celem jest zrobienie on sightem VO2 max IX+. Na początku idzie nam bardzo dobrze – wszystko pada od strzału, także najtrudniejszy wyciąg, który robi Marcin. Po tym wyciągu i następnym wycenionym na VI- dochodzimy do przewieszonej rysy, z której leniwym strumieniem wycieka woda. Zaklinowane ręce za każdym razem wyjeżdżają z rysy, a odległość między hakiem a następnym spitem jest bardzo duża. Żaden z nas nie może przejść tego miejsca, dlatego postanawiamy się wycofać. Podczas zjazdu dwukrotnie klinuje nam się lina. Żeby rozwiązać ten problem, przymocowuję linę do siebie i asekurowany przez Marcina z drugiej końcówki podskakuję kilkukrotnie, obciążając ją całym ciężarem ciała. W końcu zaklinowana lina puszcza i w nieprzyjemny sposób zsuwam się po połogu.

Ponieważ autorem rozwiązania problemu jest Marcin, to ja dwukrotnie robię za obciążnik. Zjazd jest długi i bardzo stresujący. Później czeka nas jeszcze zejście po nieprzyjemnym piargu i chodzenie po ciemku w lesie. Kiedy wreszcie stajemy na oświetlonej światłem księżyca ścieżce, radość jest ogromna. Radość z odzyskania możności chodzenia. Teraz otwiera się przed nami całe spektrum normalnych ludzkich doświadczeń, takich jak spacer czy piwo na ławce. Łukasz Müller śmieje się z nas kpiąco, ale serdecznie. Czyżbyśmy się nie nadawali do tego typu wspinania?

To samo uczucie towarzyszy nam po pierwszym zjeździe z End of Silence – w ścianie trzęśliśmy portkami, więc już na ziemi padamy na kolana i całujemy ją czule. Kiedy podczas zejścia pytam Marcina, po co właściwie wspina się na wielowyciągówkach, odpowiada, że dla pięknych widoków.

W tym samym miesiącu, kiedy próbowaliśmy zrobić VO2 max, udaje nam się pokonać on sightem Aleję Potępienia IX/IX+ na Mnichu. Główna zasługa przypada Marcinowi, który zrobił najtrudniejsze wyciągi. Po zejściu z drogi postanawiamy, że kluczowe odcinki na tak krótkich drogach będziemy próbować obaj.

Robota

Wspinanie w dużej ścianie przypomina mi roboty wysokościowe. Trwa długo, jest często nieprzyjemne i bardzo męczące. Długotrwałe wiszenie w stanowisku w niewygodnej pozycji jest bolesne. Bolą także stopy od wspinania w pionie po małych stopniach. Pod koniec dnia mięśnie atakują skurcze, a skałowstręt zaciska szczęki.
Nasz ekwipunek na End of Silence stanowi nieodmiennie sześć snickersów, butelka wody i paczka tytoniu. Pierwszego batona konsumujemy na półeczce po piątym wyciągu, gdzie kręcimy także po pierwszym papierosie. Chwila dla siebie – można usiąść, zaciągnąć się dymem i podziwiać widoki – w końcu nie jesteśmy tu za karę. Półeczka stanowi także jedyne miejsce, w którym można w komfortowy sposób załatwić przykre potrzeby fizjologiczne. Trzeciego dnia na End of Silence spadam z szóstego wyciągu 7c+.

Kiedy jestem z powrotem na półce, Marcin informuje mnie, że wymyślił świetny sposób na wysranie się. „Wiesz co Mar, mi się chyba nie chce, skręcę sobie kiepa, zobaczymy...” – odpowiadam i siadam zmęczony. Po chwili Marcin każe mi się obrócić, więc spoglądam z niechęcią w jego stronę. „O popatrz” – mówi, wskazując na kilka warstw papieru ułożonych w prostokąt – „to jest miejsce, w którym wyląduje kupa. Później trzeba będzie przykryć ją odpowiednią warstwą papieru, zawinąć i ciulnąć w przepaść” – wydaje się dumny z siebie. „Myślisz, że to etyczne rzucać kupą ze ściany?” – pytam niepewny, bo w końcu to Marcin jest po kursie. „Etyczne na pewno nie, ale chcesz ją nosić w plecaku przez kilka godzin? Nie wiadomo, co się z nią stanie. Przydałyby się takie specjalne woreczki pancerne, ale jak zwykle daliśmy dupy i nie pomyśleliśmy... No, na półce też jej nie zostawimy, to by dopiero kurwa było nieetyczne”. Tak więc poszło – będzie rzucać kupą ze stu pięćdziesięciu metrów. Odwracam się i staram sam siebie przekonać, że srający metr ode mnie przyjaciel, to wzbogacające przeżycie. Po chwili Marcin znowu każe mi się obrócić. Patrzę, a on stoi uśmiechnięty z białym zawiniątkiem w ręce, którym delikatnie porusza w górę i w dół, jakby sprawdzał jego ciężar. „Popatrz teraz, jak to się robi” – mówi i wykonuje piękny i bardzo mocny rzut, z którego był znany na całą podstawówkę. „Zrobić ci posłanko?” – pyta mnie teraz ugrzecznionym tonem. „Masz już wprawę...” – odpowiadam i myślę sobie, że to doświadczenie bardziej kojarzy mi się z więzieniem niż z robotą.

Obiektywne zagrożenia

Wspinanie na sportowych wielowyciągówkach jest relatywnie bezpieczne. Mimo to, w ścianie
czekają na wspinacza różnorakie zagrożenia. Te subiektywne generowane są przez samych
wspinaczy. Niech za przykład posłuży turysta idący wczesną wiosną w japonkach na Orlą Perć.
Sam jest odpowiedzialny za ewolucję czyhającego na niego zagrożenia. Ja w stu procentach ufam swoim umiejętnościom i umiejętnościom mojego partnera. Przed wejściem w ścianę nie myślę o tym, w co możemy się wpakować. Ale pozostają jeszcze zagrożenia obiektywne. Turysta w klapkach czy w górskim obuwiu nie ma wpływu na to, czy samoistnie oderwie się kamień i zepchnie go w przepaść. Ma także stosunkowo mały wpływ na to, czy zdąży wycofać się ze ścieżki, zanim uderzy w niego piorun. W noc przed przejściem End of Silence nasz biwak pod ścianą nawiedziła bardzo gwałtowna burza. Grzmoty waliły niemal jednocześnie z piorunami, a te ostatnie zadziwiały różnorodnością kształtów. Wyrwany ze snu szybko odrzuciłem na bok cały metalowy szpej i z niepokojem o własne życie obserwowałem złowieszczy spektakl. Marcin patrzył na to wszystko jednym okiem przez małą szparę w dłoni – dawało mu to złudne poczucie trudnego do trafienia. Następnego dnia podczas asekuracji, zacząłem zastanawiać się nad wpływem niebezpieczeństw na motywację wspinaczy. Impulsem do tego było osobiste doświadczenie. Dlaczego, mimo czyhających na mnie, dodatkowo niezależnych od mojego działania zagrożeń, decyduję się na tego rodzaju wspinaczkę? Co gorsza, podoba mi się to i planuję robić to częściej....

Dokończenie artykułu w GÓRACH, nr 10 (197) październik 2010

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com