facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2001-09-30
 

Przez KAUKASKIE PRZEŁĘCZE

Czy warto dziś wybierać się w Kaukaz, góry na krańcu Europy, rejon skąd co pewien czas napływa tyle niepokojących informacji? Myślę że tak.


Czy warto dziś wybierać się w Kaukaz, góry na krańcu Europy, rejon, skąd co pewien czas napływa tyle niepokojących informacji? Myślę że tak. Góry Kaukazu wymagają od człowieka chcącego poznać ich piękno dużo wysiłku oraz hartu ducha. Traci tu wartość pieniądz, a liczy się przyjaźń i wzajemna pomoc. Trasa naszej podróży wiodła przez tereny rosyjskiej Kabardyno-Bałkarii, podobno najspokojniejszej dziś republice Kaukazu.



Droga w góry...

...prowadzi przez stopniowo zwężający się wąwóz Czereku, który robi wrażenie bramy do serca tych terenów. Za aułem Bezingi przez popękaną szybę wysłużonego autobusu obserwujemy huczący lodowcowy potok, wzdłuż którego jedziemy. Droga właśnie się kończy (dosłownie). Nie robi to wrażenia na kierowcy, który sprawnie pokonuje wyboje i prowizoryczne mostki. Wieziemy zaopatrzenie do obozu i połowa pojazdu zawalona jest arbuzami, skrzynkami pomidorów, chleba i... wódki. W czasie podróży wypada z auta nasza torba z prowiantem, ledwo udaje się nam przekonać kierowcę, aby się na chwilę zatrzymał. Już bez niespodzianek docieramy do górskiego obozu Bezingi, tzw. "alpłagieru". Miejsce robi prawdziwie europejskie wrażenie. Sklep, biblioteka, prysznice, jadalnia, służba górska. Późnym wieczorem w chmurach dostrzegamy zarysy skalnych ścian nieprawdopodobnej wysokości.  

Pierwsze kroki na lodowcu...

...były "rozpoznaniem walką". Chcemy zobaczyć, co to jest morena, jak się chodzi po powierzchni lodowca, czy duże mogą być w nim szczeliny, ile w sumie zjadamy, a ile możemy udźwignąć... Warto to wiedzieć przed dalszą wędrówką. Musimy również sprawdzić, jak reagują nasze organizmy na tak dużych wysokościach. Liczymy na stopniową aklimatyzację i mamy nadzieję na zdobycie wierzchołka Elbrusa pod koniec wyjazdu. Następnego dnia rano ruszamy w stronę doliny Ukiu. Pogoda jest rewelacyjna, a przed nami Północny Masyw czyli tzw. Mała Ściana Bezingi. Gigantyczne nawisy pod granią Miżyrgi - Dych-Tau wyglądają jakby miały runąć w dół... Na szczęście nasza trasa nie biegnie tamtędy. Przed osiągnięciem czoła lodowca Kundum-Miżyrgi, po krótkim odcinku drogi po morenie, skręcamy do bocznej doliny. Na wypłaszczeniu mijamy chatkę Ukiu-Kosz. Stąd za kolejnym progiem dochodzimy do dogodnego miejsca, w którym możemy się rozbić na noc. Dalej zaczyna się lodowiec i jest to ostatnie miejsce nadające się do obozowania. To tzw. "ciepły zakątek", słynący ze stabilnej pogody i dobrego nasłonecznienia. Rzeczywiście, słońce świeci do wieczora i mimo wysokości 3400 m na termometrze mamy o zmroku aż 10 stopni powyżej zera.  



Ale ciepło jest tylko w powietrzu... Woda w potoku, nie dość że lodowata, niesie miliony drobinek skalnych, co sprawia, że jej kolor przynosi na myśl kawę z mlekiem. Ani taką wodę pić, ani się w niej umyć. Zresztą nie każdy z nas, niezależnie od temperatury wody, ma na mycie siłę. Ciężkie plecaki, szybko pokonana różnica wzniesień oraz aktualna wysokość wymagają od niektórych dłuższej aklimatyzacji. Na szczęście następnego dnia wszyscy czują się dobrze i możemy iść wyżej.



Przed świtem całe nasze miasteczko ożywa. Dobrze było jeszcze wczoraj nabrać wody - w nocy małe strumyki zamarzły gdzieś u źródeł, główny ciek jest marnym wspomnieniem szalejącego wieczorem potoku, a przepływowe jeziorko znikło. Większość krzątających się z latarkami postaci to rosyjscy alpiniści, wyruszający na wspinaczkę. Teren wybitnie temu sprzyja - wystarczy spojrzeć na pobliską grań i zwisający z niej mały lodowiec, tzw. "Arbuz". Im słońce wyżej nad horyzontem, tym łatwiej o spadające "znikąd" kamienie. Prościej też poruszać się po zamarzniętym całkowicie lodowcu - potem trzeba lawirować pomiędzy potokami spływającymi po jego powierzchni. Mosty śnieżne roztapiają się i są mniej pewne. My także wstaliśmy aby korzystając z dobrej pogody wejść na blisko czterotysięczną przełęcz Ukiu.

Idziemy najpierw niewielką moreną, później schodzimy na lodowiec. Zza załomu doliny właśnie wychodzi słońce i świat nabiera kolorów. Szczyt Ukiu na wyciągnięcie ręki, my jesteśmy na przełęczy. Ostatnia szczelina, a właściwie wielka wyrwa w ciele lodowca, jest wyjątkowo dorodna, nie można dojrzeć jej dna ze względu na ciemności panujące od pewnej głębokości.

Na ośnieżonym zboczu powyżej przełęczy ćwiczymy asekurację, jako że każde doświadczenie przyda się w dalszej wędrówce. Ponad grzbietem Kargaszylskim w otoczeniu lodowca Bezingi wyłania się ośnieżona sylwetka Elbrusa, odległego o ponad 70 kilometrów. Nie mamy czasu jej dłużej podziwiać - sprawdzamy właśnie refleks i umiejętność hamowania przy niekontrolowanych upadkach. Zabawa jest przednia, do momentu gdy nasz kolega wbija sobie łopatkę czekana pod żebro - do końca wyprawy śmiech na jego twarzy łączy się z wymownym bólem.



Nasze skromne 4200 m na ledwie stromym stoku to jednak żaden wyczyn - kilkaset metrów wyżej Rosjanie czy Ukraińcy demonstrują sprawne zdobywanie niemal pionowej ścianki lodowej, wychodząc na grań Ursusa. Nasz podziw jest tym większy, że ich ekwipunek pod wieloma względami jest gorszy i cięższy niż ten, który sami posiadamy. Za to ich chęci wyrównują te braki, decydując o ostatecznym sukcesie. Powrót po lodowcu nieco nuży ze względu na spływającą zewsząd wodę i podnoszącą się z dna doliny mgłę. Przy namiotach witają nas koziorożce, obserwujemy je z zaciekawieniem. Zwierzęta te wiedzą dobrze, że nikt nie zrobi im krzywdy i dostojnie przechadzają się w pobliżu ludzi. W innych dolinach sukcesem będzie wypatrzenie ich znikających w oddali ogonów.  

Pod ścianę Bezingi...

...wyruszamy moreną, która wyprowadza nas wysoko ponad powierzchnię lodowca, aż tracimy pewność, czy nie zaczęliśmy trawersować zboczy Musos-Tau. Należy tu przestawić skalę wielkości. Ten jeden z największych w Kaukazie lodowców wyżłobił dno doliny niesamowicie głęboko. Po kilku godzinach marszu docieramy do legendarnego Misses-Kosz, wypadowej bazy alpinistów w latach międzywojennych. Znajduje się tam symboliczny cmentarz ofiar gór, oraz mała chatka dla najwyżej 10 osób.

Schodzimy w dół na lodowiec, kierując się pod przeciwległą morenę. Droga do jeziorek na Baran-Kosz jest także wyrównana, ale w pionie! Mozolnie rozpoczynamy strome podejście wśród osypujących się kamieni. Ponieważ jeszcze rano byliśmy pod Ukiu, a teraz jest godzina do zachodu słońca, z przyjemnością zatknęlibyśmy na morenie polską flagę. Ledwie weszliśmy, gdy z lekkością wyprzedza nas młody Rosjanin niosący z dołu 40 kilogramów zakupów. Na szczęście do jeziorek już bardzo blisko. Trasę jutrzejszej "wycieczki" planujemy przez przełęcz Canner na Giestołę (4860 m) położoną w głównej grani. Perspektywa trasy nie najlepiej wpływa na nasze samopoczucia, zdołowani udajemy się ma zasłużony odpoczynek.


Rankiem błyszczy w słońcu wielka ściana Bezingi. Schodzimy szybko z moreny na lodowiec podziwiając jej skalno-lodowy mur w całej niemal okazałości. Co pewien czas słychać przetaczające się lawiny, ale dopiero zbierające się u podnóży stożki śniegu i lodu wskazują miejsce akcji. Ściana jest zbyt rozległa, aby łatwo zlokalizować początek zrywu, jest to właśnie główne zagrożenie dla wspinaczy w tym regionie. Nam jednak te lawiny nie zagrażają, gdyż ponownie wdrapujemy się na lewą morenę. Lodowiec Bezingi ma kształt odwróconego "T" i właśnie jesteśmy na spojeniu "nóżki" z "daszkiem". Z moreny piękny widok - wyłania się ostatni szczyt w grani głównej - Szchara. Na jego zachodni wierzchołek prowadzą najtrudniejsze drogi, ich autorami są w większości mieszkańcy byłego imperium, choć wspinaczkę pod koniec XIX w. zapoczątkowali tu Anglicy i Niemcy. Pierwszymi polskimi alpinistami byli uczestnicy wyprawy Koła Wysokogórskiego PTT w 1935 roku, zdobywając Szcharę i po dramatycznej walce, dopiero w trzeciej próbie - Dych-Tau.

Na morenie powtórnie spotkaliśmy młodego Rosjanina, który wczoraj wieczorem wyprzedził nas pod Misses-Kosz, jak łatwo obliczyliśmy miał nad nami niemal dobę przewagi. Nasz nowy znajomy na szczęście o nic nie pyta, objaśnia nam za to szczegółowo panoramę Wielkiej Ściany, od Szchary, poprzez Dżangi, Pik Szota Rustaweli i Giestołę po Lalwier.

Po dotarciu do obozu w Dżangi-Kosz naszym pierwotnym zamierzeniem miało być wejście na przełęcz Dychni-ausz (ok. 4000) pod Szcharą. Załamanie pogody zmusiło nas jednak do odwrotu. Przyczynił się do tego też sam wygląd przełęczy, obleganej przez zespół rosyjski - wchodzili właśnie po kolei - wydała nam się jakaś za stroma. Nie zazdroszczę natomiast zespołowi, który musiał wycofać się z grani Szchary. Chociaż stacjonujący w chatce w Dżangi ratownicy przyjęli wiadomość o wracających bez emocji, wspinacze wrócili do Dżangi późnym wieczorem ze słowami "Sława Bohu" na ustach.

Pod Elbrus

Przy wyjściu z aułu Bezingi następuje podział grupy, jeden z kolegów wybiera się na krótki odpoczynek do Nalczika. Nasze perswazje o niebezpieczeństwach czyhających na samotnego wędrowca w mieście nie odnoszą rezultatu. Przed naszą ekipą w drodze pod Elbrus są do przejścia trzy przełęcze, w tym jedna o znacznej jak dla nas skali trudności.

Rozpoczynamy od przekroczenia prostej, z lekka zabagnionej, ale szerokiej jak stół, przełęczy Szyki. Nad jej siodłem, wysokości naszych Rysów, krążą dumnie orły. Schodzimy do doliny Czegiem - przypominającą swoim wyglądem westernowy krajobraz. Ludzie są tu przyjaźni i uczynni, za cenę dwóch wiaderek paliwa wynajmujemy "Uaza", który podwozi nas daleko w górę doliny. Docieramy do rozpadającej się turbazy Baszyl, gdzie biesiadują właśnie "ludzie Kaukazu". Jeden z odpoczywający przy stole zastawionym wódką i pieczoną baraniną "instruktor wspinaczki" ze wzruszeniem objaśnia nam drogę. Bełkocząc pod nosem poleca przejście przez przełęcz Gołubiewa - "samaja prostaja". Ale to jutro, na zakończenie dnia składają nam jeszcze wizytę młodzi pogranicznicy, warto było zabrać przepustkę z Nalczika - duża okrągła pieczęć załatwia sprawę. Rano ruszamy w górę szeroko rozlanej rzeki Baszylauz-Su. Aby spotkać się z Adamem, musimy przebić się przez wysoki grzbiet Adyr-Su, w którego grani są trzy równie wysokie przełęcze: Donkina, Granowskiego i pośrodku ta "nasza" - Gołubiewa. Wszystkie kategorii 2A, czyli cytując za opisem z rosyjskiego przewodnika "stromizna stoku do 45 stopni, konieczne raki, liny i śruby lodowe, 2-3 odcinki poręczówek na szczególnie stromych odcinkach". Od samego początku zadawałem sobie pytanie jak przejdziemy Gołubiewa z plecakami. Wątpliwości rozwiali waleczni Rosjanie, na nasze pytanie za każdym razem odpowiedz byłą prosta: "a kto chodzi bez plecaków?". Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że już niedługo czekają nas...

...Przeprawy

Okazało się bowiem, że idziemy nie tą stroną doliny co należy. Na brzegu zagrodziły nam drogę strome urwiste skały, nic nie dało wyszukiwanie przejścia w ich porośniętych dżunglą rododendronów górnych partiach. Klniemy "instruktora wspinaczki" i szukamy miejsca na przeprawę. Dostrzegamy grupę turystów na przeciwległym brzegu, ale krzyczeć to sobie do nich możemy, jako że huk wody zagłusza wszystko. Przeprawa idzie ekspresowo, musimy ich wypytać chociaż którym brzegiem należy iść. Kilka podparć kijkami, nieraz w wodzie po uda i łapiemy ostatnią osobę z grupy. Tak, szli przez Gołubiewa, (plecaki solidne), a my jesteśmy już na właściwym brzegu.

Dolina zwęża się w piękny kanion. Po dwóch godzinach marszu z widokami na odległy lodowiec na naszej drodze staje dopływ głównego potoku. Poszukiwanie miejsca w którym można go obejść trwa łącznie z przeprawą prawie trzy godziny, znajdujemy je wreszcie w widłach obu potoków. Przydaje się lina, i do asekuracji, jak i do przeciągnięcia jednego z plecaków. Do zmierzchu podchodzimy jeszcze po osypującej się morenie w górę doliny - będzie mniej na jutro...

Gwóźdź programu

W promieniach wschodzącego słońca złoci się lodowiec Baszyl. Dziś musi się wszystko powieść. Ruszamy wcześnie, wspinając się brzegiem lodowca. Nie jest to regularna morena, tylko pole kamieni między którymi trzeba się przeciskać lub skakać z jednego na drugi. Potem schodzimy na lód, szczelin tu niewiele, idzie się łatwo. Z niecierpliwością wypatrujemy atrakcji dzisiejszego dnia. Wreszcie koniec doliny, zamknięty granią grzbietu Adyr-su. Mamy kłopot z lokalizacją właściwej przełęczy Gołubiewa, ponieważ są dwie możliwości. Wybieramy lewe obniżenie, podejście po piargach oceniamy jako dość łatwe i w 20 minut później jesteśmy u góry. Pada lekki śnieg - sierpień na Gołubiewie pełną gębą! W międzyczasie z wiszącego lodowca na pobliskiej grani spada kilka kamieni, porywając całą lawinę. Pole rażenia na dolnym lodowcu wyraźnie oznaczone - wiemy już dobrze którędy nie iść. Zakładamy raki, wiążemy się liną i ruszamy. Po kilkunastu krokach 30-metrowa lina się kończy, a końca zejścia nie widać. Fatalny błąd, że nie mamy ze sobą śrub lodowych. Decydujemy się z Piotrem zdjąć plecaki i ubezpieczać Olę aż do dołu. Spowalnia to zejście, ale jest przynajmniej trochę bezpieczniejsze. Nachylenie stoku dość znaczne, ale staranne wbijanie raków w lód daje pewne trzymanie się podłoża. Wreszcie Ola jak kozica przeskakuje na mostek śnieżny, lądując na w miarę równym lodowcu. Z tym mostkiem nieźle trafiliśmy, bo szczelina brzeżna ma wszędzie obok dobrych kilka metrów głębokości.

Wracamy po Agnieszkę. Ostro zmarzła czekając i teraz trudno jej stawiać pewne kroki. Dziewczyna przeklina swój podły los, ale zejście wychodzi dość pewnie. Tylko ze ścianką prowadzącą na "nasz" mostek mam kłopot, nie jestem koziorożcem, żeby zbiec w rakach po nachylonej pod kątem 70-80 stopni i wysokiej na 1,5 metra stromiźnie. Chciałem wolno i zajęło mi to kilka minut, po pewnym czasie szczęśliwie wszyscy jesteśmy na dole. Odwracamy się do tyłu - nasza ścianka z tej perspektywy przypomina lodowy dywan przerzucony przez wielki trzepak. Na oko jakieś 100-150 metrów na dół. "Nie ma Boga prócz Allacha" jak mówią tubylcy w kaukaskich dolinach. Mieliśmy ogromne szczęście... Teraz już spokojnie, przy akompaniamencie grzmotów przewalającej się gdzieś za granią burzy, pokonujemy szczeliny. Do nas dochodzi tylko ulewa, ale co teraz nas zatrzyma? Kilka przepraw przez potoki, zejście z moreny i zasłużony nocleg. Śpimy jak zabici. A rano oczywiście widok na Elbrus. Gdy się tam wejdzie, by popatrzeć na świat z dużej wysokości - to jest coś. Myślę jednak, że dla mnie najwspanialsze pozostanie wędrowanie przez kaukaskie przełęcze.

Maciej Olech

"Góry", nr 9 (88) wrzesień 2001

(bz)

 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com