facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2004-03-10
 

Przejście Inyłczeku Południowego (TIEN SZAN)

Tam właśnie, w górach Tien Szan, położony jest jeden z najdłuższych lodowców świata, Inyłczek Południowy, który był celem naszej wyprawy.


Udało się. Wreszcie znaleźliśmy się w stolicy Kirgistanu. Biszkek przywitał nas pomnikiem Lenina i architekturą z czasów świetności Związku Radzieckiego. Chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z postkomunistycznego miasta i dotrzeć w najbardziej na wschód wysunięty rejon Kirgistanu. Tam właśnie, w górach Tien Szan, położony jest jeden z najdłuższych lodowców świata, Inyłczek Południowy, który był celem naszej wyprawy. Obok Himalajów, Karakorum, Hindukuszu i Pamiru, Tien Szan z dwoma dominującymi wierzchołkami: Pikiem Pabiedy (7439 m n.p.m.) i Chan Tengri (6995 m n.p.m.) jest jednym z najwyższych pasm górskich świata. Jest też najbardziej wysunięte na północ, co wpływa na wyjątkową niedostępność i surowość panujących tam warunków naturalnych. Dlatego też rejon Chan Tengri i Piku Pabiedy przez długi czas były nieznane, krążyły tylko legendy na temat tajemniczej krainy Tengri-tag. Dopiero rosyjski geograf Siemionow pierwszy zbadał dokładniej ten teren. Do dziś jednak wiele pięcio- i sześciotysięcznych wierzchołków pozostaje niezdobytych, a te najwyższe wciąż czekają na pierwsze zimowe wejścia.

Dolina Inylczek




Obecnie, aby legalnie poruszać się w tym rejonie, potrzebne są odpowiednie pozwolenia. Odebranie niezbędnych dokumentów i zorganizowanie transportu zajęło nam w Biszkeku cały dzień. Nazajutrz włóczyliśmy się już po bazarze w Karakol, robiąc ostatnie zakupy. Kolejnego dnia, po kilku kontrolach policyjnych, znaleźliśmy się w Maida-Adyr. Jest to właściwie ostatnie miejsce, gdzie można dojechać samochodem. Znajduje się tam baza wojskowa oraz wspinaczkowa. Stąd, lecąc czterdzieści pięć minut śmigłowcem lub pokonując kilkadziesiąt kilometrów pieszo, można dostać się do bazy pod Chan Tengri i Pikiem Pabiedy. Mimo że sezon wspinaczkowy właśnie się rozpoczynał, w bazie nie było jeszcze żadnych alpinistów.
Bardzo niewielu ludzi podejmuje się pokonania tego sześćdziesięciotrzykilometrowego lodowca pieszo. Dlatego też dużym problemem było znalezienie praktycznych i przydatnych informacji na ten temat. Próby zebrania danych w bazie Maida-Adyr skończyły się uzyskaniem lakonicznej informacji: „Najpierw w lewo, a potem w prawo”. Nie wiadomo, czy było to spowodowane chęcią namówienia nas na lot śmigłowcem i związanymi z tym wydatkami czy też rzeczywistą niewiedzą. Ostatecznie posiłkowaliśmy się więc wskazówkami z opisu radzieckiej wyprawy na Pik Pabiedy z 1945 roku.
Początkowo droga biegła dnem polodowcowej doliny. Mimo dotkliwego upału szybko pokonywaliśmy kolejne kilometry. Na tym odcinku teren jest płaski i nie wymaga większej koncentracji. Po paru godzinach marszu zobaczyliśmy zabudowania nowo powstającej ekologicznej bazy turystycznej „Khan Tengri Tour”, gdzie w bardzo miłym towarzystwie można było skorzystać z sauny, dobrze i do syta zjeść, a nawet pojeździć konno. Przyjęliśmy od właścicielki Tatiany zaproszenie na herbatę. Nazajutrz ruszyliśmy dalej na wschód. Wieczorem ukazało nam się szerokie na kilka kilometrów, kamieniste czoło lodowca. Obóz ustawiliśmy nad krawędzią moreny, nad którą górował prawie sześciotysięczny Pik Nansena. Miejsce to jest również bazą dla atakujących ten szczyt.

Atrakcje lodowca




Następnego dnia czekała nas przeprawa przez rzekę, która odgradzała ostatnie połacie wyschniętej już trawy od jałowego lodowca. Przekroczenie potoku nie sprawiło większych problemów. Sugerując się wcześniej obejrzanymi zdjęciami, wspinaliśmy się na grzbiet moreny czołowej, mając nadzieję, że ujrzymy biały i płaski lodowiec. Niestety, naszym oczom ukazał się ciąg dziur, uskoków, jezior i rzek lodowcowych. Wciąż jednak mieliśmy nadzieję, że wkrótce dostrzeżemy względnie płaski teren. Tymczasem borykaliśmy się z wynajdywaniem trasy. Jak to na lodowcu bywa, jeden krok w przód i dwa wstecz. Często po pokonaniu kolejnego odcinka z trudem wyszukiwanej trasy, okazywało się, że przed nami rozciąga się olbrzymi, niemożliwy do obejścia krater o niemal pionowo opadających zboczach, w środku którego znajduje się jezioro. W takich sytuacjach pozostawało nam tylko wrócić tą samą drogą i próbować szczęścia gdzie indziej. Góra-dół-góra-dół... i tak bez końca, czterdzieści czterotysięczników.
Każdego dnia po południu nadchodziły burzowe chmury, powodując opady deszczu, śnieżne zamiecie i wyładowania atmosferyczne. Zmuszeni wówczas do porzucenia szpeja, chroniliśmy się pod NRC-tą z nadzieją na szybkie ustąpienie nawałnicy. Po kolejnym dniu wędrówki dotarliśmy do miejsca, w którym Inyłczek Południowy łączy się z lodowcem Inyłczek Północny. Tam właśnie znajduje się olbrzymie jezioro Merzbachera. Zostało ono odkryte w latach 1902-1903 przez niemieckiego geografa i alpinistę Merzbachera. Charakterystyczne jest to, że przynajmniej raz do roku, w połowie lipca pod jeziorem otwiera się ujście i w ciągu jednego lub dwóch dni wypływają z niego miliony hektolitrów wody, pozostawiając na dnie olbrzymie kry lodowe. Wówczas przejście lodowcem staje się bardzo trudne, gdyż jego szczeliny wypełniają się dudniącą wodą. Mieliśmy szczęście obserwować podczas powrotu skutki „zniknięcia” jeziora w postaci potężnego słupa spienionej wody, tryskającej pionowo w górę u czoła lodowca.
Z czasem pojawił się problem. Już dawno powinniśmy iść po białym lodowcu i zbliżać się do bazy. Tymczasem jednak ani bazy, ani śniegu (nie mówiąc o ludziach) nie było widać.
Względnie szybko poruszaliśmy się po morenie środkowej, która wydawała się nam najmniej poszarpana w porównaniu z morenami bocznymi, które miały więcej szczelin i jezior, ponieważ lodowce spływające z bocznych dolinek, łącząc się z Inyłczekiem Południowym, powodują wielkie wypiętrzenia. Powoli morena zaczęła zmieniać swój charakter. Stała się bardziej stroma, z większą liczbą szczelin i odkrytego lodu. Poruszanie się naprzód okazało się w końcu niemożliwe. Cofnęliśmy się paręset metrów i po przeczekaniu kolejnej burzy zdecydowaliśmy się szukać przejścia na południową morenę boczną. Przejście zagradzała rwąca rzeka. Przez kilka godzin nie mogliśmy znaleźć przeprawy, aż w końcu natrafiliśmy na miejsce, w którym rzeka się zwężała. Zbliżał się wieczór. Zaczęliśmy poszukiwać miejsca na biwak. Naznosiliśmy płaskich kamieni, by ułożyć platformy, na których mogłyby stanąć namioty. Wiatr stawał się coraz silniejszy, utrudniając nam rozbicie obozu. Zdążyliśmy w samą porę. I znowu burza, podtrzymywanie masztów i nadzieja, że nasz stary namiot wytrzyma.

Autorzy pod Pikiem Pabiedy




Przywitał nas słoneczny i mroźny poranek. Lodowiec pokryty był skrzącym się śniegiem. Po paru łyżkach gorącej kaszki wzięliśmy się do pracy. Ruszyliśmy. Doszliśmy do końca moreny bocznej u stóp Piku Pabiedy, a bazy wciąż nie było widać. Usłyszeliśmy wówczas nadlatujący helikopter. Leciał do bazy. Całe szczęście. W przeciwnym razie dużo czasu zajęłoby nam znalezienie niewidocznych namiotów bazowych. W linii prostej mieliśmy do przejścia około pięciu kilometrów. Musieliśmy przejść z moreny bocznej południowej na środkową, na której znajdowały się dwie bazy (kazachska i kirgiska). Zbyt wysoko zaczęliśmy przekraczać lodowiec w miejscu, gdzie Zwiezdoczka spływa spod Piku Pabiedy i tworzy olbrzymie seraki. Teren był dość trudny. Pękające seraki nie nastrajały nas optymistycznie. Podczas trawersowania jednego z nich o mało co nie skąpaliśmy się w jeziorze. Zdecydowaliśmy się zejść kilkaset metrów i niżej spróbować kolejnej przeprawy przez lodospad. Dotarliśmy do dającego pewne nadzieje mostu lodowego, zawieszonego dziesięć metrów nad płynącą bystrym nurtem rzeką. Z powodu mokrego od słońca śniegu, trudno było nam ocenić jego wytrzymałość. Wydawało się jednak, że w okolicy nie znajdziemy nic, co mogłoby z nim konkurować. Asekurując się, ostrożnie przekroczyliśmy most i po kilkunastu kolejnych metrach dotarliśmy do moreny środkowej, gdzie w spokoju mogliśmy podziwiać pięknie prezentującą się grań Piku Pabiedy oraz marmurowego kolosa Chan Tengri. Tymczasem zrobiło się już późno, a przed nami wciąż czekał na przebycie ostatni odcinek moreny. Zmęczeni, trawersując ostrożnie osypujące się strome zbocze, poniżej którego dudnił w głębokim korycie potok, zobaczyliśmy bazę. Byłaby ona na wyciągnięcie ręki, gdyby nie wielki krater, który nas od niej oddzielał. Ze złością popatrzyliśmy na Szymka, który wcześniej zażartował, że na pewno jeszcze coś spektakularnego stanie nam na drodze. Minęło dwanaście godzin od momentu, gdy wyruszyliśmy rano. W tym czasie pokonaliśmy długie pięć kilometrów lodowego labiryntu. Szef bazy kazachskiej przywitał nas herbatą. My jednak musieliśmy dojść do bazy kirgiskiej, która położona była trzydzieści minut drogi dalej. Przecież to tylko pół godziny.



W wyprawie udział wzięli: Daria Mamica, Jakub Gałka, Albert Gałka, Szymon Kwapiszewski, Tomasz Nazarewicz i Paweł Wałek.

Informacje praktyczne:

· W Kirgistanie na zdobywanie szczytów nie są wymagane żadne pozwolenia. Konieczne jest jedynie pozwolenie na trekking w rejonie przygranicznym, które można zorganizować w jednej z wielu firm turystycznych w Biszkeku (np. Tien-Shan Travel, www.tien-shan.com). Pozwolenie takie najlepiej zorganizować przez e-mail jeszcze przed wyjazdem z kraju. Można tam również kupić kartusze z gazem (ceny europejskie).
· Z Biszkeku do Karakol kursują z nowego dworca autobusowego busy (marszrutki). Cena ok. 200 somów i ok. 50 somów za bagaż
· W Karakol można zatrzymać się na campingu firmy Turkestan Travel (www.karakol.kg), jednak tańszą wersją jest kwatera prywatna, która kosztuje około 100 somów, w tym 3 posiłki. Na bazarze tanio można kupić niemal wszystko, m.in. zupki chińskie. W produkty typu puree instant, kaszki, lepiej jednak zaopatrzyć się przed wyjazdem.
· Z Karakol do Maida-Adyr można dostać się jedynie wynajętym busem. Można to zrobić w jednej z firm (np. Turkestan Travel) lub dogadać się z prywaciarzem na dworcu autobusowym. Cena takiego przejazdu to około 80-100$ za auto w jedną stronę.
· W Maida-Adyr znajduje się baza, z której można wysłać śmigłem bagaże do bazy pod Chan Tengri i Pikiem Pabiedy. Za jeden kilogram bagażu trzeba zapłacić 1$. Baza oferuje też noclegi, niestety płatne. Nam za nocleg we własnym namiocie kazali zapłacić 2$ od osoby. Ponieważ zagrożeniem dla namiotów jest Maja – oswojona koza, dużo lepszym rozwiązaniem jest biwak kilkaset metrów dalej, w kierunku lodowca. W bazie jest też telefon satelitarny.
· W połowie drogi między bazą Maida-Adyr a lodowcem w At-Jailoo znajduje się ekologiczna baza turystyczna Khan Tengri Tour, prowadzona przez sympatyczną Tatianę. Można tam pojeździć konno, dobrze zjeść (do syta, 2-3$) i przenocować w namiocie za darmo lub w chatkach za 3–4$/os. Do dyspozycji jest również bania (czyli sauna, 30$ za uruchomienie) z basenem. Możliwe, że można już teraz wynająć tam jaki lub konie juczne do transportu bagażu przez lodowiec aż do jeziora Merzbachera.
· Zaraz za bazą Tatiany należy przekroczyć rzekę At-Jailoo (najlepiej rano, można też poprosić koniarzy o pomoc). Idąc cały czas dnem doliny po całym dniu osiąga się czoło lodowca, i dobre miejsce na obozowisko pod Pikiem Nansena.
· Wejście na lodowiec wymaga przekroczenia rzeki. Nie ma oznakowanej drogi przez lodowiec. Istnieje jednak ścieżka prowadząca południową krawędzią lodowca, w kieszeni między lodowcem a ścianą doliny. Często prowadzi również zboczem doliny wznosząc się znacznie nad powierzchnią lodowca. Boczne lodowczyki wpadające do Inyłczeku należy przecinać prostopadle, nie skręcając w nie.
· Na wysokości połączenia Inyłczeku Północnego z Południowym znajduje się chatka glacjologów.
· Dalej trasa prowadzi już moreną boczną (południową) aż do wielkiego wpadającego z południa lodowca Turystów Proletariackich. Przed tym lodowcem należy rozpocząć trawers na morenę środkową. Prawdopodobnie będzie trzeba pokonać rzekę lodowcową, więc dobrze jest zacząć trawers w godzinach porannych. Tutaj właśnie Inyłczek Południowy jest najwęższy. Trawersowanie lodowca w jego wyższych partiach może stwarzać problemy z powodu większej ilości seraków i szczelin. Powinno się posiadać raki, czekan oraz linę.
· Moreną środkową dochodzi się do bazy kazachskiej. Ostatni odcinek marszu po morenie to nieprzyjemny stromy i osypujący się trawers nad dudniącą w głębokim korycie rzeką. Baza kirgiska położona jest ok. 20 minut drogi za bazą kazachską.
· Rozbicie namiotu w bazie Kirgiskiej kosztuje 0.5$ (lub więcej, trzeba się targować)
· E-mail – 4$
· Obiad – 5$
· Śmigłowiec (ok. 30 min lotu) z Maida-Adyru do bazy kirgiskiej (lub z powrotem) 100$/os.
· W bazie są też namioty do wynajęcia, telefon satelitarny, sauna, video i gitara.
· Więcej informacji: www.cheo.kgb.pl 

Tekst i fotografie: Daria Mamica i Jakub Gałka

"Góry", nr 3 (118) marzec 2004

(kg)

 


 

Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com