facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-11-17
 

Północna droga na Denali przez Lodowiec Muldrow

Po 16 dniach mogę zobaczyć człowieka i usłyszeć swój głos. Od razu mi trochę lepiej i czuję się bezpieczniej... - rok 2005, pierwszy solowy trawers Denali.
Pierwszego dnia okazuje się, że dotarcie do lodowca nie będzie takie proste. Śnieg jest miękki i mokry, często muszę pokonywać odcinki po trawie i przez krzaki. Sanki i plecak są bardzo ciężkie. Mam tam wszystko, żeby przetrwać najbliższe 3 tygodnie. Pierwszego dnia pokonuję 6 km w linii prostej od miejsca, w którym wylądowałem. Zajmuje mi to 8 godzin. Zatrzymuję mnie rzeka, którą muszę przekroczyć. Woda płynie z topniejącego lodowca, więc jest czarna i ma temperaturę około 0 stopni. Nogi drętwieją w kilkanaście sekund. Mimo wielu prób postanawiam przenocować na brzegu. Rano prąd jest mniejszy i udaje się przejść na drugi brzeg. Kolejny odcinek wymaga ogromnego wysiłku. Często przez krzaki, czasem w mokrym śniegu po pas (mimo rakiet śnieżnych), godzinami w mokrych butach i ciągle ciągnąc za sobą niemal 70-kilogramowe sanie, uparcie idę w kierunku przełęczy. Tak mija kolejny dzień. W nocy obawiam się niedźwiedzi. Jest początek maja, są one teraz bardzo głodne po zimowym śnie. Dokładnie zawijam jedzenie w plastikowe worki i nic nie biorę do namiotu.

Z planowanych dwóch dni na dotarcie do lodowca zrobiły się cztery. Ale udało się, uparcie i powoli, często spoglądając na mapę i GPS, po przekroczeniu dwóch rzek (znalazłem też ogromne poroże łosia, którego niestety nie mogłem zabrać ze sobą), ze spalonymi rękoma i nosem docieram do lodowca Muldrow. Tutaj rozpoczyna się najbardziej niebezpieczna (jeśli pozostałą można nazwać bezpieczną) cześć wędrówki. Pierwszą godzinę siedzę na brzegu i patrzę na ogromną rzekę lodu i przemawiam do niej. To jedyna metoda dla jednej osoby, żeby zapobiec wpadnięciu w szczelinę. Wreszcie ruszam, początkowo niepewnie i powoli, pełen obaw. Uczę się szybko, zaczynam rozpoznawać szczeliny i oceniać wytrzymałość mostów śnieżnych. Gdy docieram do niższego lodospadu okazuje się, że dopiero tutaj zaczynają się prawdziwe szczeliny. Jestem bardzo ostrożny, mam tylko jedna szansę. Często przekładam cały mój bagaż na sanki, przechodzę most śnieżny z czekanem gotowym w ręku i dopiero później przeciągam sanki. Szczeliny potrafią mieć głębokość ponad kilkunastu, czasem kilkudziesięciu metrów. Serce wali, nogi się uginają, ale jakoś szczęśliwie brnę do przodu. Po trzech dniach i trzech kolejnych nocach docieram do końca lodowca. Całuje ziemię (śnieg) i kamień spada mi z serca. Teraz pozostaje czysta walka z górą. Jestem na wysokości około 3000 m.

Kolejny etap to stroma grań. Muszę ją pokonać dwukrotnie, żeby przenieść mój sprzęt i zapasy jedzenia. Po pierwszym dniu załamanie pogody. Buduję solidny obóz na grani, dzięki temu mogę przetrwać bez obaw, że mnie zdmuchnie. Jednak kolejnym problemem okazuje się śnieg. Co parę godzin muszę wyjść, żeby odśnieżyć namiot, bo ścianki zaczynają się zapadać do środka i brakuje miejsca. Spędzam dobę w ten sposób. Kolejnego dnia piękna pogoda, od 4 rano walczę na grani. W kilkanaście godzin udaje mi się wyrąbać stopnie w najtrudniejszym niemal pionowym odcinku i wynieść połowę zapasów kilkadziesiąt metrów w górę. W kolejne dwa dni pokonuję grań i docieram do Lodowca Harper, który jest już na wysokości niemal 4 tys. metrów. Powietrze coraz rzadsze i coraz ciężej się oddycha. Wysiłek wymaga coraz więcej czasu. Do tego coraz zimniej.

Kolejnego dnia psuje się pogoda, robi się bardzo wietrznie. Nie mogę sobie pozwolić na zbyt długie oczekiwanie (ze względu na zapasy paliwa i jedzenie) i mimo wietrznej pogody ruszam do przodu. Niestety wiatr pokazuje mi, kto tu jest szefem. Niosąc ze sobą pył śnieżny, nie pozwala mi oddychać. Bronię się więc skutecznie i przez dwie godziny buduję miejsce na namiot z murem z wyciętych bloków śnieżnych. Wiatr po raz kolejny nie daje za wygraną i przewraca niemal 20 kg blok śnieżny na mój namiot (a dokładniej na moje plecy, bo ja jestem w środku). Łamie się jeden z pałąków. Sytuacja jest nieciekawa. Zgrabiałymi rękoma prowizorycznie naprawiam namiot i proszę wiatr, żeby został moim kolegą i dal mi spokój do rana. Jakoś udaje się przetrwać noc.

Następnego dnia jest jeszcze gorzej. Od rana idę w chmurach i rzucany podmuchami wiatru z każdej strony. Ręce przez wiele godzin zaciśnięte na kijkach odpadają z zimna, używam ogrzewaczy chemicznych, które trochę pomagają. Po południu wykończony szukam miejsca na obóz. Nie ma mowy o rozbiciu namiotu gdziekolwiek, za mocno wieje, a śnieg jest za twardy, żeby kopać dziurę. Udaje mi się pod ścianą wygrzebać trochę śniegu i tam chowam się w położonym namiocie (to znaczy bez pałąków). Całą noc słucham muzyki i tak udaje się dotrwać do rana.

Kolejny dzień to istna walka ze swoimi słabościami. Nie ma jak przygotować posiłku ani czegoś do picia. Za mocno wieje. Od rana do siedemnastej idę nieustannie bez wytchnienia i miejsca na odpoczynek. Wreszcie jest!!! Denali - szczyt. Jeszcze kilometr i jestem na przełęczy. Tutaj zaskakuje mnie wiatr o nie spotkanej dotąd sile. Miałem nadzieję na obóz gdzieś tutaj, lecz okazuje się, że muszę zejść na dół. Zmiana rakiet śnieżnych na raki zajmuje mi ponad dziesięć minut. Resztkami sił schodzę z przełęczy po stromym zboczu. Na dodatek wszystkiego, niemal u dołu zbocza moje sanki wpadają w szczelinę. Udaje mi się przeskoczyć na drugą stronę i je wyciągnąć. Wykończony wreszcie znajduję miejsce, w którym mogę coś wypić. Przyrządzam trzy herbaty i obfity obiad. Dopiero teraz czuję, jaki jestem wykończony. Wieczorem dostrzegam obóz na 17 tys. stóp. Udaję się tam, resztkami sił rozkładam obóz i chowam się do środka.

Kolejny dzień to 15 maja - moja pierwsza rocznica ślubu. Mija jak w amoku, potężny ból głowy, muszę się zmusić, żeby herbatę zrobić. Każdy ruch to ogromny ból. W głowie szumi i piszczy. Nawet muzyka nie pomaga. Tak mija dzień i noc. Niemal nie wychodzę ze śpiwora. Kolejny dzień, 16 maja. Po południu dostrzegam czerwoną plamkę na śniegu. Po 20 minutach okazuje się, że to człowiek. Ale jestem szczęśliwy. Po 16 dniach mogę zobaczyć człowieka i usłyszeć swój głos. Od razu mi trochę lepiej i czuję się bezpieczniej.

Więcej na www.klonu.pl
 dojście do lodowca Muldrow z jeziora Wonder
 grań Karstens
 dolny lodospad na lodowcu Muldrow
 górny lodospad na lodowcu Muldrow
 
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com