facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-09-04
 

Pokonani przez pogodę

Nagle pojawia się bardzo strome zejście, bardzo oblodzone. Patrzę na Trąbkę, znowu zerkam na dół. No nic, idę, nie mogę być mięczakiem. Na początku siadają raki i ostrze czekanu, w połowie zaczyna się niemiło, walę czekanem, lód sypie się na wszystkie strony, nie mogę wbić. To samo raki, zastanawiam się kiedy spadnę.
Spoglądam w dół i nogi się pode mną załamują. Sam lód! Wygląda to jak tor bobslejowy z metą na samym dole w Entreves! Zespół przed nami ubezpiecza się ze śruby lodowej, my nie mamy takich cudów, tylko raki, czekan i własną odwagę, która topnieje z minuty na minutę jak lodowiec podczas ocieplenia...

Nie wiem, jak udało się tego dokonać, ale dnia 17.07.2005 roku po wielu trudnościach wyruszyliśmy ponownie w Alpy. Ciastkowóz Trąbki, czyli pożyczony od wujka Bahlsena Opel Combo nadawał się do tej podróży idealnie – dużo miejsca, ogromny bagażnik, drzwi oklejone reklamą firmy (co skupiało bardzo często zdziwiony wzrok wielu mieszkańców), diesel, więc nie spali dużo – super autko!
Ile się, jak zwykle, cała nasza rodzina najęczała w związku z tą wyprawą, to nawet szkoda gadać. Trąbce suszyli głowę, że zamiast siedzieć jak dobry synuś na dupie i pomagać w gospodarstwie to jeździ nie wiadomo gdzie i ryzykuje życie, mnie załamywali tekstami – jak możesz zostawiać samą żonę w ciąży i jechać w jakieś góry. Co najdziwniejsze nasze ukochane żony nie miały do nas żadnych pretensji o ten wyjazd, a reszty nie zamierzałem słuchać. Tę wyprawę zadedykowaliśmy naszym wspaniałym małżonkom, oby każdy miał takie żony!

No i jedziemy w Alpy. To już moja czwarta wyprawa w te piękne góry. Głowa aż pęka od planów. Zamierzamy wejść na Grandes Jorasses drogą normalną, co jest nie lada przedsięwzięciem, zdobyć grań Rochefort, a potem jeśli pogoda dopisze, to mamy jeszcze kilka ciekawych pomysłów na deser.

Jechaliśmy tą samą trasą, co zwykle. Znamy tą drogę już na pamięć, nie potrzebna nam mapa. Kraków, Chyżne – tam jak zwykle kilka zimnych Kozeli, potem Bratysława, Wiedeń i Włochy. Jak nakazywała nasza tradycja, nocleg spędziliśmy nad pięknym jeziorem Garda. Tym razem spaliśmy na plaży, słuchając szumu fal. Bardzo długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca na zostawienie samochodu, bo wstrętni Carabinieri pozakładali barierki przy drodze, ale w końcu się udało. Plaża była kamienista, wszystko się wrzynało w plecy, ale jak już się tam ulokowaliśmy, to już nie wypadało być mięczakiem i rezygnować. Muszę przyznać, że była to ciekawa przygoda. Nie powiem, żebym się tam wspaniale wyspał, różne stworzonka grały, piszczały, gwizdały, cykały i wydawały jeszcze inne dziwne odgłosy. Ciągle coś po nas łaziło, co jakiś czas kamień kłuł mnie w plecy. Człowiek jest już chyba przyzwyczajony do miejskiej „ciszy”, cisza natury jest za głośna…. ;o)

Z uwagi na to, że nie spaliśmy jak zabici, wstaliśmy o 7 rano i bez chwili wahania daliśmy nura do jeziora. Woda była cieplutka, jak zupa, ależ było wspaniale tak się odświeżyć. Coś na ząb i ruszamy w dalszą drogę. I znowu te nudne włoskie autostrady. Szybko pokonuje się tam odległość, ale nudy są okropne. Jedziesz te 140 km/h, ciągle te same krajobrazy, ta sama długa droga – nic ciekawego. I do tego drogie jak cholera! W Austrii i na Słowacji kupuje się winiety na 2 tygodnie i nie trzeba się martwić kosztami, a we Włoszech co kawałek bramka, jak na autostradzie katowickiej, tyle że we Włoszech niestety trzeba płacić w euro… Ale nie mają tylu remontów, co u nas.

Potem już coraz bliżej Alpy, piękne widoki przed nami, od razu humor się polepszył. Dolina Aosta, Courmayeur i parking w Entreves, cel naszej samochodowej podróży. Na nocleg zadekowaliśmy się w leśnej zatoczce, najdalej jak się dało dojechać autem. Plan był prosty – aklimatyzacja na Mont Dolent (3823 m npm.), niekoniecznie szczyt, oby jak najwyżej, co przyzwyczai nasze organizmy do wysokości.
Wieczorem humory się nam trochę pogorszyły bo zaczął padać deszcz i nie chciał się skończyć. Lało wieczór, całą noc i jeszcze rano. Na szczęście zakupiliśmy wcześniej wino, więc oczekiwanie na pogodę upływało nam w całkiem znośnych warunkach. A wino włoskie, no cóż, kwas straszliwy, oczywiście to tanie w kartonikach, na droższe nas nie było stać. Cena wina rośnie rok po roku, a zapach i smak, wciąż ten sam, niestety…

Pobudka rano o szóstej, ale wciąż leje. Kilka przekleństw pod adresem pogody i zrezygnowani śpimy dalej. Jednak o 9-tej zaczęło się przejaśniać, więc podejmujemy szybką decyzję – idziemy! Jajecznica dodała nam energii, chmury wciąż były, ale to miała być tylko aklimatyzacja, więc wyruszamy. Piękne widoki wkoło, ale podejście bardzo ciężkie, kruchym żebrem. Szybko nabiera się wysokości, ale przy zejściu wysiadają stopy i palce od nóg w plastikach. Docieramy do blaszanego schronu Fiorio (2729), w którym nie ma żywego ducha, wszyscy wyszli góry. Zostawiamy niepotrzebny sprzęt i śpiwory i ruszamy w kierunku szczytu. Pogoda psuje się z minuty na minutę. Chmury zasłaniają nam drogę. Na wysokości ok. 3500 m n.p.m. przy kiepskiej widoczności decydujemy się zawrócić, w końcu plan aklimatyzacyjny został wykonany. Strome podejście dało nam nieźle w dupę. Stwierdzam z całą stanowczością, że Mont Dolent nie jest na pewno górką dla mięczaków, na którą każdy może wejść, trzeba tam trochę potu zostawić. Wracamy na parking pod stacją kolejki, jutro wielkie plany. Postanawiamy wejść na przepiękną iglicę skalną Dente del Gigante (Ząb Giganta) oraz grań Rochefort następnego dnia. Wciąż myśląc o jutrzejszej wyprawie zasypiam.

Pobudka 6 rano, śniadanie, pakowanie sprzętu. WC przy parkingu jeszcze nie otwarli, więc musimy załatwić potrzeby w korycie rzeki, widocznym zewsząd – dodatkowy stres...
Każdy z nas ma po 2 plecaki, które zamierzamy wwieźć kolejką do schroniska Torino. Udaje nam się zdążyć na pierwszą kolejkę o 8 rano. Z górnej stacji kolejki do nowego schroniska Torino prowadzi tunel wykuty w skale, wejście po 220 stopniach, stromych jak cholera, jak na 10 piętro. Oj, już tu bolą nogi, co dopiero dalej. Zostawiamy w schronisku niepotrzebne rzeczy i ruszamy na spotkanie Zęba Giganta (4013), dwustumetrowej skalnej igły, wyrastającej z ośnieżonej grani Rochefort. Ciężkie podejście lodowcem Glacier de Geant, oj, musimy się rozkręcić, bo na razie ciężko. W 3,5 godziny dochodzimy pod ścianę Giganta. Ciężki sprzęt zostaje pod ścianą, a my wyposażeni wspinaczkowo zaczynamy drogę.

Początek nerwowy, prowadzę w Skarpach, bo Trąbka, który już tam był, stwierdził, że jest łatwo. Cholera, żałuję, że go posłuchałem, mogłem wziąć buty wspinaczkowe, a tak, każdy ruch w ciężkich butach niepewny. Pierwsze 5 wpinek pionowo do góry, uff, jak ciężko. Cholera, przecież tu miała być plaża (jakby powiedział Stachu).
Trąbka mówi, że to nie ta droga, że powinien być trawers w lewo. Dosyć trudno, zjeżdżam kawałek i zaczynam jeszcze raz. Rozglądam się uważnie, no nie ma bola! Nie ma innej drogi! Klnę siarczyście i idę jeszcze raz tą samą drogą. Dopiero potem pojawia się trawers. Oj, myślałem, że mnie szlag trafi ze złości, ale policzyłem do dziesięciu, uspokoiłem się i przekonałem sam siebie, że nie ma sensu się kłócić już na początku drogi, bo tak nigdzie nie dojdziemy. Idę dalej, trawers w lewo, potem pionowo do góry. Robi się coraz trudniej, ale jest poręczówka, która bardzo pomaga. Niesamowita lufa, dookoła ocean przestrzeni. Gdzie nie spojrzę ośnieżone szczyty Alp, ach jak pięknie! Żeby nadrobić stracony czas, korzystam dużo z poręczówki, ale lina jest bardzo gruba, więc po jakimś czasie ręce się męczą i już prawie nie potrafię jej ścisnąć. Bardzo ciężko jest się utrzymać, próbuję odpoczywać na występach skalnych, odciążając ręce. Potem wiszące stanowisko, jakieś 150 metrów pionu pod tyłkiem. Dreszcze w połowie z zimna, w połowie ze strachu. Serce wali jak oszalałe. Trąbka pospiesz się….! Na końcowych pionowych płytach nakręciliśmy nawet kilka ujęć kamerą, choć warunki ku temu nie sprzyjały, ale nie po to tachaliśmy kamerę, żeby teraz leżała w plecaku. Swoją drogą to według mnie strasznie dziwne i niepewne zrobili tu stanowiska. Dwa spity połączone repem, cholera, dużo lepsze mamy w skałkach podkrakowskich! Powinni się zgłosić do Drobota na nauki...

Są dwa wierzchołki Giganta, wychodzę na niższy i wyrywa mi się ze zdziwienia „Matko Boska!”. Zaraz łapię się za usta, żeby nie zapeszyć….. Moim oczom ukazała się figurka Madonny, która stojąc na wyższym szczycie, lekko w mgiełce, trochę mnie onieśmieliła. Przejście z pierwszego wierzchołka na drugi bardzo niebezpieczne. Opuszczam Trąbkę na linie, a on klinuje rękę w rysie tak niefortunnie, że zdziera skórę i leje mu się krew, ale zachowuje się dzielnie i nie jęczy.
Na szczycie przepiękne widoki, ale przeraźliwie zimno. Trzęsę się w lodowatym wietrze, do tego nerwowo spoglądam na figurkę Matki Boskiej z wypaloną od piorunów dziurą w głowie i mówię do Trąbki – róbmy szybko zdjęcia i w nogi, bo mam złe przeczucia. Do tego następny zespół już depta nam po piętach. Niech to szlag! Kamera się buntuje w tym zimnie. No cóż, zostaną nam tylko zdjęcia. Potem 150 metrów zjazdów w totalnym pionie, ale czad! Gdyby jeszcze nie zrzucali nam na głowę kamieni… Szybko na dół, bo już się ściemnia. Na lodowcu złapała nas noc, do tego mgła. Dobrze, że ślady były w miarę dobrze widoczne, gdyby nie one, to nie bardzo sobie wyobrażam nasz powrót. Cholera, nigdy więcej schodzenia po ciemku! Docieramy do schroniska o 23 w nocy. Potem jeszcze ciężkie negocjacje z właścicielem schroniska. Ja wykłócam się po angielsku, on wrzeszczy na mnie po włosku. Wkurzył mnie strasznie. Pan i władca, powiedział, że jak nam się nie podoba to won na zewnątrz, to jest jego schronisko i mamy zapłacić tyle ile zażąda. Nerwy mnie chwyciły, no przecież nie będę płacił 20 euro od osoby! Krzyczę, że w takim razie idziemy spać na taras. A on mi na to, że to jego taras i najwyżej możemy spać na lodowcu. Na szczęście trochę się obaj uspokoiliśmy i wróciłem do Trąbki z dobrą wiadomością, że płacimy tylko 10 euro od osoby. To mogłem jeszcze przeboleć. A ile to kartonów win, ach… Wymarzłem pod dwoma kocami, ale może to nie zimno, tylko zanikająca powoli adrenalina. To była dziwna noc. Śniła mi się wspinaczka. Całą noc! O czym bym nie pomyślał, widziałem skały, przepaście, liny... Zacząłem myśleć o żonie, o tym jak razem śpimy, jak się do niej przytulam i jest mi dobrze, a tu skały, wciskają się na siłę i na tle łóżka mam wspinaczkę. Nie odpocząłem tej nocy, oj nie…

Czwartek, 21 lipiec 2005 r. Gdyby nie notatki nie wiedziałbym, jaki jest dzień, tak to wszystko leci. Pobudka 5 rano – ale się chce spać! Jemy na siłę, wmuszam w siebie chleb z konserwą, tylko jedną kanapkę bo zbiera mi się na wymioty. Barszczyk Knorra, tortury… WC narciarskie, oj jak bolą nogi jak kucam! Wyruszamy na spotkanie grani Rochefort, niestety podejście musi być tą samą drogą, ale idzie się już lepiej niż wczoraj. Dochodzimy do Grani w zaskakująco krótkim czasie – 3 godziny! A byłem pewny, że wleczemy się niemiłosiernie. Wchodzimy na grań – rany boskie! Ale wieje! Nie mam pojęcia jak się tam utrzymać w pionie, a co dopiero iść. Jakim cudem mamy to przejść?! Trąbka sprawdza kamerę, żeby nagrać początek grani i poraża mnie wiadomością – nic się dotąd nie nagrało! Nic nie ma! Rany boskie, załamuję się. No nic, trzeba się wziąć w garść i iść dalej. Po kilkunastu metrach przyzwyczajamy się do silnego wiatru i nawet zgrabnie nam idzie droga. Grań stroma i ostra jak żyletka, jeden fałszywy ruch, jedno poślizgnięcie nogi i lecimy w dół. Koncentruję się na drodze tak mocno, że zaczyna mnie boleć głowa. Grań pnie się w górę, to znów opada, niesamowite klimaty. Piękniejsza i trudniejsza od Lyskamma, coś wspaniałego! Nagle pojawia się bardzo strome zejście, bardzo oblodzone. Patrzę na Trąbkę, znowu zerkam na dół. No nic, idę, nie mogę być mięczakiem. Na początku siadają raki i ostrze czekanu, w połowie zaczyna się niemiło, walę czekanem, lód sypie się na wszystkie strony, nie mogę wbić. To samo raki, zastanawiam się kiedy spadnę. Spoglądam w dół i nogi się pode mną załamują. Sam lód! Wygląda to jak tor bobslejowy z metą na samym dole w Entreves! Zespół przed nami ubezpiecza się ze śruby lodowej, my nie mamy takich cudów, tylko raki, czekan i własną odwagę, która topnieje z minuty na minutę, jak lodowiec podczas ocieplenia.

Myślę sobie, nie! To niemożliwe, nie zawrócę tu, muszę iść dalej! Ale wiem już, że nie dam rady, jest za bardzo niebezpiecznie. Za duże ryzyko. Kto wie, może to znak, taki policzek od Boga, żebym się nie pchał tam, gdzie jest dla mnie za trudno. Za wysokie progi na twoje krótkie nogi Wrzaskun! Cholera, myślę sobie, już chyba nie ta odwaga co kiedyś, to olewanie niebezpieczeństwa, jak wtedy, gdy szliśmy na Matterhorn za pierwszym razem. Parcie w osuwającym się mokrym śniegu, do góry, za wszelką cenę, bez względu na sytuację…
W domu teraz czeka ukochana żona, z pięciomiesięcznym brzuszkiem, której obiecałem, że wrócę cały i zdrowy. Szlag by to…! Wracamy!
Musimy zdążyć na ostatnią kolejkę o 17:00. Mamy niesamowity czas! Po dwóch godzinach szybkiego zejścia jesteśmy w schronisku! Zjeżdżajmy kolejką o 15-tej. Bardzo zmęczeni zasypiamy w aucie. Budzimy się wieczorem tylko po to, żeby spakować wszystko do auta i spać jeszcze całą noc. Jak dobrze się śpi…
Dziś dzień relaksu. Śpimy do 9-tej, kąpiemy się na campingu, ach! Jaki jestem czysty i ogolony! Nie poznaję się w lustrze, zresztą Trąbki też…

Jemy makaron z sosem, ależ to wspaniała odmiana dla naszych żołądków. Kupujemy nawet 2 wina butelkowe! (w promocji były….), jogurt i cytrynę (sztuk 1). Kasjerka uraczyła nas jak zwykle reklamówką za 5 centów bez pytania czy chcemy. Mamy dużo czasu, więc kupujemy kilka ładnych kartek z Alpami, niesamowity wybór, wybieram chyba z godzinę. W trakcie dnia Trąbka sprawdzał jeszcze raz kamerę i okazało się, że taśma jakoś się przewinęła i jednak mamy wszystko nagrane. Bardzo się ucieszyliśmy. Pijemy wino w aucie i obserwujemy pogarszanie się pogody.
Oj, niedobrze…. Mamy plany na jutro na zdobycie Grandes Jorasses (4208 m n.p.m.). Z dołu wygląda wściekle trudno, ale po dwóch butelkach wina nabieramy odwagi i ostatecznie zasypiamy z podjętą decyzją. Może przez noc się wypogodzi…
Nagle budzi nas walenie w szybę samochodu. Wstaję, patrzę na człowieka z czarnymi rękami, który nam coś pokazuje. Tak nagle wyrwano mnie ze snu, że nie jestem pewien, czy to jeszcze sen, czy już jawa. Patrzę na gościa, obok niego stoi drugi, a na ziemi leży gigantyczne koło od ciężarówki, tuż przed maską naszego samochodu. Okazuje się, że facet ma głęboką ranę w ręce. Uciekło im koło podczas zmiany i pędziło wprost na nasze auto. Oni biegli na złamanie karku i próbowali zepchnąć je na chodnik, żeby w nas nie uderzyło. Wyobraziliśmy sobie całą sytuację i zamarliśmy na moment. Mało brakowało od katastrofy, a my nic nie słyszeliśmy, bo grało radio i spokojnie sobie spaliśmy. Zdezynfekowaliśmy mu ranę wodą utlenioną, po czym obaj poturlali swoją zgubę z powrotem.

Ranek bardzo ładny, więc w niezłych nastrojach ruszamy do schroniska Boccalatte – Piolti (2803), start z małej miejscowości Planpicieux w dolinie Ferret.
Mamy dużo zapału i energii, nic nas nie zatrzyma! Skosimy go! Przepiękna pogoda, słońce grzeje niemiłosiernie. Własnym oczom nie wierzymy – spod naszych butów skaczą niezliczone ilości koników polnych olbrzymów. Takich w życiu nie widziałem! A zaraz potem wchodzimy w pola borówkowe, ale jakie! Tak samo gigantyczne jak koniki polne, może my jesteśmy jak Guliwer w świecie olbrzymów. Próbujemy borówek – pyszne, rozpływają się w ustach. Potem dalsza droga - 3,5 godziny koszmarnego, stromego podejścia. Mijamy piękny wodospad i dalej w górę, i jeszcze, i jeszcze. Wreszcie w schronisku! Wspaniale położone, wystrój typowo wspinaczkowy, świetna atmosfera, uda nam się! Załatwiłem noclegi za połowę ceny, bo wcisnąłem właścicielce kit, że moja karta taternicka w Polsce to to samo, co włoski Alpine Club, poza tym dostaliśmy ostatnie dwa łóżka, na które wchodziło się po drabinie, nad jadalnią – super! A jaki kibelek! No musielibyście to zobaczyć! Stalowe czerwone drzwi, a za nimi jak to zwykle bywa dwa „narciarskie” stopnie z dziurą w podłodze, ale jest spłuczka, papier i nawet odświeżacz do powietrza! Niesamowite.
Trasa na szczyt już przemyślana. Pijemy Żołądkową Gorzką, niezastąpioną w górach wódkę szturmową… Dwoje młodych właścicieli – Lucy i Luck, bardzo mili ludzie zachwycali się smakiem tej wspaniałej polskiej wódki, jak ich poczęstowałem. Odwdzięczyli się też nie gorszym likierem ziołowym, podobnym w smaku do Becherovki słowackiej. Zjedliśmy ciepły posiłek (wybór był taki: makaron z czymś tam lub zupa z makaronem i fasolą – kupiliśmy zupę) i wypiliśmy herbatę z cytryną. W znakomitych nastrojach zasnęliśmy.

Pamiętny dzień, 24 lipiec 2005 rok. Pobudka o 1:30 w nocy. My nie śpimy już od pół godziny, podnieceni wyprawą. Szybko jemy, pakujemy się już mniej szybko i niestety wychodzimy ostatni. Trochę nerwowo, ale potem się uspokajamy i wszystko powoli wraca do normy. Najpierw droga prowadzi po poręczówkach nad schroniskiem, skałami, potem mozolne wejście stromym lodowcem przez liczne pęknięcia, szczeliny i mosty śnieżne (dobre, że jest ciemno…) Potem wspinaczka skałami Rocher de Reposoir, często trudniej niż sobie wyobrażaliśmy. W przewodniku trudności II i 1,5 godziny czasu na wejście. No myślałem, że padnę ze śmiechu! Chyba samolotem! O godzinie 7:00 jeszcze nie byliśmy na końcu skał, już się zrobiło widno. Wspinaczka się bardzo dłużyła, nie myślałem, że to taki kawał drogi! Trąbka klnie na czym świat stoi, bo zaklinowały mu się raki, ja już ledwo zipię, bo oczywiście cały czas prowadzę i mam już dość. Coraz bardziej pogarsza się pogoda. Myślę sobie, oj co to, to nie! Nigdy się nie wycofam! Nigdy! Zbierają się chmury deszczowe, zaczynają nas mijać wracające zespoły, które zrezygnowały z wejścia w kiepskiej pogodzie. Nawet nie spoglądam na Trąbkę, żeby nie zobaczyć na jego twarzy zrezygnowania. Bardzo chcę wejść, bardzo. Kto nie był w takiej sytuacji nie wie, co czułem. Szedłem do góry nie oglądając się za siebie. W końcu zawrócił ostatni zespół, z którym miałem nadzieję wspólnie wejść na szczyt. Powoli zaczął sypać śnieg, zasypując i wyciszając mój wewnętrzny głos lub raczej krzyk. Krzyk rozpaczy o wejściu na szczyt. Po chwili było widać już tylko mgłę i śnieg, coraz więcej. Zamarłem na kilka minut z czekanem w ręce. Nie docierały nawet do mnie pytania Trąbki, co robimy dalej. Najchętniej usiadł bym tam i został, zrezygnowany i pokonany przez pogodę. Z trudem przeszło mi przez ściśnięte gardło słowo „wracamy”. Popatrzyłem w dół i nie mogłem uwierzyć co się stało. Suche czarne skały, po których przed chwilą weszliśmy stały się białe i niebezpiecznie śliskie. Każdy niepewny krok mógł spowodować lot w dół. Schodziliśmy w ciężkich warunkach, niepewnie stawiając nogi i ręce na śliskich skałach. Zrobiło się zimno, śnieżnie i nieprzyjemnie. Zwykły powrót zmienił się niemalże w walkę o życie. Dobrze, że pod nami był zespół dwóch Austriaków, miłych starszych panów, którzy zaproponowali nam związanie lin i zjazdy 50-ciometrowe. Założyliśmy prawdziwą „spółkę ucieczkową” Starszych panów, ha! To brzmi dosyć śmiesznie, ale jakbyście ich zobaczyli…! Wspinaczka szła im szybciej niż nam! Ruszali się jakby mieli po 20 lat, a nie 60! A wyglądali tak, jakby przez całe życie nie robili nic innego, tylko się wspinali. Byłem pod dużym wrażeniem ich kondycji. Wspólnymi siłami pokonaliśmy drogę w dół i stanęliśmy na pewnym gruncie. Przy ostatnim zjeździe potrąciłem duży kamień, który zaczął spadać w dół wprost na jednego z Austriaków. Wrzasnąłem – „Uwaga! Kamień!” Dosłownie w ostatniej chwili popatrzył w górę i się uchylił, kamień wielkości pięści popędził tuż obok jego nogi, złamałby ją na 100%. Okazało się, że to nie był jeszcze koniec ryzyka. Pewny grunt to była iluzja. Trzeba było jeszcze wrócić lodowcem, po miękkim, rozmokłym śniegu, który niemiłosiernie przylepiał się do raków i utrudniał każdy krok. Wszystko mieliśmy mokre. Z liny i rękawic normalnie się lało! Dopiero teraz, w świetle dziennym, zobaczyłem jaką drogą szliśmy w nocy pod górę. Slalom pomiędzy szczelinami i mosty śnieżne cienkie na dwa buty, które musieliśmy pokonać tym razem w dół. Serce waliło mi jak młot, bo dobrze wiedziałem, że najwięcej wypadków spotyka alpinistów w drodze powrotnej, kiedy są już zmęczeni i niedostatecznie skoncentrowani. Ale udało się, chociaż było ciężko.
Zaczynam się zastanawiać po co w ogóle poszliśmy w górę, po co ten cały wysiłek, po co te emocje. Wszystko mnie denerwowało, chciałem już tylko być na dole i się upić. Ale nie dało rady inaczej. Wszyscy wstali w nocy, wszyscy wyruszyli! Nie mogliśmy zostać w schronisku, nie mogliśmy... Schodzę całkowicie załamany, Trąbka podobnie. Chce mi się płakać. Tyle trudu na marne. Tak chciałem zdobyć Grandes Jorasses, szczyt nad szczyty, i w zasięgu naszych możliwości… 

No cóż, życie składa się ze zwycięstw i porażek. Tym razem się nie udało, ale nie przekreślam swoich szans na przyszłość. Obiecuję sobie, że spróbuję jeszcze raz tam pojechać i stanąć na szczycie, obiecuję.
Dodatkowo wkurzają mnie Włosi. Śmieją się, żartują, nie pojmuję dlaczego. Dopiero później sobie uświadamiam, że dla nich ta wyprawa, to jak dla nas wypad w Tatry na weekend. Jak się nie udało tym razem, to może następna sobota. My możemy tylko powiedzieć: „Trudno, nie udało się. Może następny rok…..”
Mam wielkiego doła. Wleczemy się w dół doliny kompletnie załamani, nic nam się nie chce. Objadamy się borówkami, wielkimi jak słonie. To na ukojenie smutku. Tak jak piwo na parkingu. Niewiarygodne! Piwo jest zimne! Wprost lodówa! Leżało na dnie auta, za fotelem pasażera, w temperaturze +35 stopni i jest zimne! Do dzisiejszego dnia nie wyjaśniliśmy tego fenomenu. To choć trochę poprawiło samopoczucie, ale po kilku łykach nie chciałem się już nigdzie ruszyć, usnąłem tak jak siedziałem, w plastikach i spodniach górskich na przednim siedzeniu w aucie.

Następnego dnia pogoda się nie poprawiła. I następnego też nie. Ostatnią deską ratunku są zawsze Dolomity, gdzie prawie zawsze jest pogoda. No właśnie… Prawie… Nie tym razem. Zatrzymaliśmy się w dolinie pod Marmoladą, najwyższym szczytem Dolomitów. Całe niebo zasnute ciemnymi chmurami, nie widać nawet szczytu. To samo następnego dnia. Po wzruszająco załamującym wystąpieniu przed kamerą u stóp Marmolady spakowaliśmy się i zrezygnowani wróciliśmy do domu. Podobno pogoda nie poprawiła się już przez następne kilka tygodni.

Tak oto pogoda pokonała dwóch dzielnych alpinistów – Trąbkę i Wrzaskuna.
Ale jak mawiał wilk do zająca: „Ja ci jeszcze pokażę, Jorass!”
Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com