facebook
 
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
 
 

Odkrywanie skał Rajskiego Jeziora - Chiny

Gdy prawie dwie dekady temu po raz pierwszy przyjechałam do Chin na studia, złożyłam sobie obietnicę: nie opuszczę tego kraju, póki nie odwiedzę każdego istniejącego miejsca wspinaczkowego w jego granicach. Mój plan, początkowo ambitny, ale wydający się w zasięgu ręki, szybko przerodził się w projekt cudownie niemożliwy do zrealizowania.

Ola podczas pierwszego przejścia drogi Follow the Sun

 

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że trafiłam w sam środek niezwykłej, dynamicznej przemiany. Kiedy zaczynałam swoją przygodę w Azji, w całych Chinach istniała zaledwie garstka rejonów wspinaczkowych. Gdy po roku dotarłam już do prawie połowy z nich, usłyszałam pierwsze pogłoski o nowych, nieznanych miejscówkach. Z każdym kolejnym sezonem przybywało nowych skał i dróg. Powoli, jak pąki na wiosennych gałęziach, pojawiały się pierwsze stowarzyszenia wspinaczkowe, które organizowały kursy, festiwale i zawody. Na moich oczach tworzyła się prawdziwa, wspierająca się społeczność. Aż wreszcie scena eksplodowała z taką siłą, że nie było już sposobu, by za nią nadążyć.

 

Choć od tamtej pory minęło wiele lat, rozwój wspinaczki w Chinach nie zwalnia ani trochę. Zdumiewa mnie i napełnia radością fakt, że ten kraj ciągle potrafi zaskoczyć i że wciąż można tu odkryć nowe miejsca, oszałamiające surowym pięknem i niemal nieograniczonym potencjałem. Należy do nich rajskie jezioro Tiantang.

 

 Eksploracja potencjału wspinaczkowego jeziora Tiantang

 

ODKRYCIE JEZIORA

 

Lato 2024 roku. Plotka o Rajskim Jeziorze i wysokich skałach wyrastających wprost z jego tafli niespodziewanie zaczęła pojawiać się w mediach społecznościowych chińskich grup wspinaczkowych. Lokalny zespół eksploratorów poprowadził tam pierwszą obitą, wielowyciągową drogę – Dry Martini 5.11a (450 m, 11 wyciągów), a gdy w końcu pojawiły się zdjęcia z ich przejścia, robiły tak oszałamiające wrażenie, że żaden wspinacz nie był w stanie przejść obok nich obojętnie..

 

Monumentalne wapienne ściany sięgały kilkuset metrów i osadzone były w bajkowym krajobrazie jaskrawoturkusowego jeziora oraz ośnieżonych pięciotysięczników. Zielone pastwiska, na których spacerowały konie i owce, tak jak porozrzucane po łąkach białe jurty nadawały okolicy klimat baśniowej wręcz krainy, w której świat zatrzymał się kilkaset lat temu. Oryginalność miejsca i obietnica autentycznej przygody sprawiały, że trudno było odwrócić wzrok i wymazać te widoki z pamięci.

 

Od razu wiedziałam, że muszę znów pojechać do Chin, by zobaczyć to jezioro na własne oczy. Wraz z moim partnerem wspinaczkowym, Jerrym Zhongiem, początkowo planowaliśmy tylko przejście istniejącej drogi, ale szybko zrozumieliśmy, że to za mało. Oboje chcieliśmy spędzić w rejonie więcej czasu: poznać kulturę i sposób bycia miejscowych Kazachów, doświadczyć nagłych zmian pogody, o których tyle słyszeliśmy, i budzić się z tym zapierającym dech w piersiach widokiem. Można powiedzieć, że otwarcie nowej drogi było tylko pretekstem, aby doświadczyć tego miejsca i zżyć się z nim – nie po to, by „zostawić swój ślad”, ale by to ono odcisnęło się w nas.

 

JEZIORO TIANTANG I SZLAK WUSUNÓW

 

Jezioro Tiantang (天堂湖 – Rajskie Jezioro) leży w zachodniej części gór Tien-szan, w prowincji Sinciang. Znajduje się dokładnie na trasie Szlaku Wusunów (Wusun Ancient Road), historycznego szlaku handlowego, który od ponad 2000 lat łączył Azję Centralną z Chinami, przecinając strome przełęcze Tien-szanu drogami wykutymi ludzką ręką w wapiennych ścianach.

 

To dzika kraina, pełna historii i kultury, gdzie wciąż używa się koni jako środka transportu – choć zamiast towarów przenoszą dziś głównie turystów i ich plecaki.

 

 Eksploracja potencjału wspinaczkowego jeziora Tiantang

 

DOJŚCIE I LOGISTYKA

 

Prawdziwa przygoda, jaką jest dotarcie do jeziora Tiantang, to dla większości turystów kilkudniowa górska wędrówka. Ponieważ nam zależało głównie na wspinaczce, wybraliśmy szybszą opcję, czyli dojazd samochodem terenowym z miasteczka Tekesi do obozu Liusuo (około 40 kilometrów powyżej stacji początkowej).

 

Liusuo to, z jednej strony, tylko duży, zaśmiecony plac z blaszanym kontenerem służącym za restaurację, kilkoma jurtami i dużym metalowym mostem nad szeroką, rwącą rzeką Kekesu. Ostatnie miejsce, gdzie można zostawić samochód i pierwsze, gdzie zobaczymy więcej koni niż ludzi. Liusuo po polsku oznacza „kolejkę tyrolską”, która jeszcze do niedawna była jedyną opcją przedostania się na drugą stronę rzeki. Przez prawie 2000 lat niesamowicie duża liczba ludzi, koni i produktów pożegnała się z tym światem, tonąc w burzliwym nurcie podczas korzystania z tej bardzo niebezpiecznej przeprawy. Patrzyłam na solidny metalowy most, który wyznaczał granicę między dwoma światami. Po naszej stronie konni pasterze w zakurzonych kufajkach trzymali się z boku, ustępując miejsca kierowcom dżipów i turystom w kolorowych ubraniach. Po drugiej rozciągał się świat bez dróg, prądu, zasięgu i prawdziwych sklepów. Świat, w którym zupełnie inne umiejętności – jak jazda konna, odporność na kaprysy pogody i siła fizyczna – liczą się w życiu naprawdę. To wizja sukcesu mierzona miarą odmienną niż ta, do której przywykliśmy.

 

Tekst / ALEKSANDRA PRZYBYSZ
Zdjęcia / XIAO MING


* * *


Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.


GÓRY w formacie pdf można też kupić w naszej księgarni Książki Gór > link

 


Więcej nowości i ciekawych artykułów znajdziesz na naszym nowym serwisie: www.magazyngory.pl
Kinga
 
2025-09-18
WSPINACZKA SPORTOWA
 

Nie azeruj z Azerami

Komentuj 0
Kinga
 
2025-07-16
WSPINACZKA SPORTOWA
 

Żulerka nad Wełtawą

Komentuj 0
Kinga
 
2025-06-24
GÓRY
 

Zimowa historia na Kazalnicy

Komentuj 0
Kinga
 
2025-04-30
WSPINACZKA SPORTOWA
 

A co? Apulia

Komentuj 0
 
 
 
Copyright 2004 - 2026 Goryonline.com