facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2012-06-25
 

Nico Favresse: jestem szczęściarzem

Burza włosów na głowie i delikatny zarost. W bezpośrednim kontakcie skromny, a nawet powściągliwy. Dziewczyny dodają, że przystojny. Kiedy dotknie pionowego granitu lub swojej mandoliny, zamienia się w prawdziwego showmana. Urodził się w Belgii, ale gdzie jest jego serce? Może tam, gdzie znajdują się największe i najtrudniejsze urwiska świata?
Nico, czy pamiętasz jeszcze swoje pierwsze buty wspinaczkowe i linę?
 
Mój tata kupił mi pierwszy sprzęt. To były buty Boreala, lina Beala i ekspresy Simonda.
 
Nie bał się o ciebie? Pytam nie bez kozery, bo alpiniści robią zwykle wszystko, żeby ich dzieci się nie wspinały.
 
Moi rodzice się nie wspinali, ale zdawali sobie sprawę, że wspinaczka to nie szachy. Jednak szybko się zorientowali, że to moja pasja i nie wywierali na mnie takiej presji. 
 


Nico na Greenspit 8b+ w Valle Orco. Fot. Bernardo Giménez
 
Zacząłeś się wspinać jako nastolatek. Jak to się stało, że w ciągu zaledwie czterech lat zostałeś mistrzem w bulderingu i w zawodach na prowadzenie w Belgii?
 
(uśmiech) Zajęło mi to trochę więcej niż cztery lata, ale faktycznie, przygody ze wspinaniem nie rozpocząłem choć chciałbym, żeby tak było – jako siedmio- czy dziesięciolatek. Zacząłem się wspinać bodajże w 1995 roku, w wieku piętnastu lat. Wcześniej uprawiałem inne sporty: jeździłem na rowerze, próbowałem windsurfingu. Latem jeździłem z braćmi nad morze, gdzie bez sprzętu i dla zabawy chodziliśmy po skałkach. Mieliśmy co prawda kawał jakiegoś statyka, który dostałem od taty na dziesiąte urodziny, ale nie mieliśmy uprzęży. 
 
Z braćmi?
 
Mam dwóch braci i każdy z nas się wspina.
 
I każdy z was jest muzykiem!
 
(uśmiech) Ale tylko Cedric jest profesjonalistą, gra na saksofonie.
 
Zaczęliście się wspinać w Belgii?
 
Tak, mamy skały bardzo podobne do tych w Polsce, w sumie około pięciu tysięcy dróg w wapieniu. W jednym, dużym rejonie jest ich około sześciuset [prawdopodobnie Nico ma na myśli Freyr - przyp.red.]. Wspinanie u nas jest trudne, bardzo techniczne i pionowe. Myślę, że to mi pomogło, bo musiałem załapać sporo patentów. Przydało mi się też, kiedy przeniosłem się na granit. 
 
Od razu trenowałeś na poważnie, uważałeś na dietę itd.?
 
Nie, ale miałem dużo motywacji do wspinania. Czasem wspinałem się po osiem godzin w skałach, a w garażu miałem małą ściankę, na której katowaliśmy się z Seanem [Villanueva – przyp. red.] całymi godzinami. Po takiej sesji bywałem totalnie wykończony, a o
szkole czy lekcjach nawet nie myślałem. Nie miałem żadnego trenera, nie chodziłem na sekcję, wspinaliśmy się sami dla siebie.
Właściwie jedynym takim okresem, kiedy systematycznie trenowałem, był rok 2004 – ostatni rok moich studiów. Przygotowywałem się wtedy do zawodów. W tym czasie poprowadziłem swoje pierwsze 9a: Estado Critico w Siuranie.
 
Powiedz coś więcej o tej drodze.
 
Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to nie była hardcore’owa droga. Myślę, że od tamtej pory poprowadziłem wiele trudniejszych linii. Znałem już trochę ten rejon i wybrałem się tam sam. Spotkałem Dave’a Grahama, który namówił mnie do przystawki. Pierwszego
dnia rozpoznałem wszystkie ruchy, potem przystawiałem się do tej drogi jeszcze dwa dni i zrobiłem dzień przerwy. Kolejnego dnia poprowadziłem „od strzału”.
 
Jak wspominasz starty w zawodach? 
 
To było ciekawe doświadczenie. Wszyscy mnie rozpoznawali, ale wspinanie zawodnicze nie przynosiło mi takiej satysfakcji, jakiej oczekiwałem. Brakowało mi elementu przygody, jaki niesie ze sobą wspinanie w nieznanym terenie, gdzie czułem zew prawdziwej skały i wielkiej ściany. Dlatego ostatecznie poszedłem właśnie w tym kierunku. 
 


Podczas wspinaczki na Orbayu, Naranjo de Bulnes. Fot. Bernardo Giménez
 
Przeszkadzało ci współzawodnictwo? 
 
Wspinaczka jest dla mnie źródłem życiowej energii - sprawia mi radość, stymuluje i wzbogaca wewnętrznie. Trudno porównać czas spędzony w strefie izolacji na zawodach do wspinania w Yosemitach. Zawody i big wall to po prostu dwa różne światy.  We wspinaniu musisz coś wybrać, na coś się zdecydować – tylko wtedy możesz być w tym dobry. Zawody oparte są na długich, siłowych ruchach, które mi nie leżały. Dlatego wybrałem coś innego: podróże i granitową terra incognita. Sporo podróżowałem ze swoją dziewczyną. W jednym miejscu spędzaliśmy maksymalnie dwa miesiące i ruszaliśmy w dalszą drogę. W takich warunkach trening nie jest możliwy, ale wspinaczka sama w sobie tak; można powiedzieć, że to ona była moim treningiem. 
 
A teraz przestrzegasz diety? 
 
Nie, jem w zasadzie wszystko. Jeśli czuję, że przybył mi zbędny kilogram, to więcej biegam i temat jest załatwiony. To Sean musi dużo trenować, bo jak odpuści, to potrafi złapać nawet 10 kg. Teraz przy wzroście 175 cm ważę 60–62 kg. Zobacz moje nogi (Nico podciąga nogawki, śmiejemy się, bo łydki są bardzo szczupłe). 
 
Wspinasz się od szesnastu lat. Co jest teraz dla ciebie najważniejsze w tym sporcie?
 
Samo wspinanie – jego doświadczanie jest dla mnie unikalnym przeżyciem. Ale równie ważne jest też to, że mogę się nim dzielić z moim zespołem. Partnerstwo jest dla mnie bardzo ważne, chyba nie ma dobrego wspinania bez dobrego partnerstwa.
Co chciałbyś poprawić w swoim wspinaniu?
 
Chciałbym więcej powspinać się zimą. Nawet kiedy byliśmy w Patagonii, wspinaliśmy się raczej w czystej skale. Trafiały się nam jakieś krótkie odcinki lodu, ale to nie było nic wielkiego, zaledwie kilka metrów pionu i koniec. Chyba zacznę od zimowych Alp.
 
Jeśli porównasz wspinanie w Indian Creek i Yosemite, to które bardziej ci odpowiada?
 
Indian Creek jest piękne, ale tam prawie zawsze wspinaczka kończy się przy łańcuchu stanowiska zjazdowego, a nie na piku. Dlatego wolę takie rejony jak Yosemite, gdzie robi się wejście piękną linią i kończy się na szczycie. Poza tym Yosemite daje więcej możliwości. Tamtejsze wspinanie może być bardzo trudne, ale jest też bardziej urozmaicone ze względu na występujące formacje. Indian Creek oferuje tylko rysy, choć jest to superszkoła i to bez dwóch zdań.

Ta szkoła zakończyła się dla ciebie zrobieniem Cobra Crack 5.14, rysy uchodzącej za najtrudniejszą na świecie. Film z tego przejścia robi spore wrażenie. Czy w decydującym momencie nie bałeś się, że jak coś pójdzie nie tak, to stracisz palec?
 
Nie, ten ruch z zaklinowaniem czwartego palca w rysce wygląda ryzykownie, ale w rzeczywistości taki nie był. Ja klinowałem się za środkowy staw, więc trzymał w miarę mocno.
  
Jakie jest twoje podejście do strachu we wspinaniu?
 
Raczej nie myślę o tym. Gdybym pozwolił na to, żeby strach mną zawładnął, to chyba nie mógłbym się wspinać. Ale na Grenlandii był moment, kiedy przestraszyłem się nie na żarty. Prowadząc trudny wyciąg, dotarłem do miejsca z dużym skalnym blokiem. Jak tylko się go złapałem, natychmiast zaczął się na mnie zsuwać! Działo się to na tyle wolno, że miałem czas pomyśleć o tym, co może się stać. Obawiałem się, że blok mnie zrani, a w najlepszym wypadku przetnie mi liny. Miałem czas, żeby uświadomić sobie niebezpieczeństwo i bałem się – to nie były żarty. Ostatecznie intuicyjnie wyrzuciłem ramiona w górę, spychając blok między nogi i rozparłem się szeroko w skale. Nie mogłem uwierzyć, że skończyło się tylko na rozcięciu opuszka kciuka.
 
Zdarza ci się balansować na granicy?
 
A komu się to nie zdarza? Myślę, że każdy słucha swo jego wewnętrznego głosu, choć czasem, słysząc go, i tak robi to, co niebezpieczne. I nawet nie wie dlaczego. Często się zastanawiam, gdzie jest granica między ryzykiem a szaleństwem. Trudno dożyć starszego wieku, nie szukając odpowiedzi na to pytanie.

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRACH nr 11 (210) Listopad 2011.

Wywiad przeprowadził Bogusław Margel
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-07-12
GÓRY
 

Sukces azjatyckiego zespołu na Nandze Parbat!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com