
Moje wizyty w Vinschgau to efekt przesuwania skiturowych alpejskich eksploracji na zachód. Miał być jeden, góra dwa wyjazdy, a wyszło tak, że zimą zawitałem tam trzykrotnie i teraz już wiem, że nie odwiedziłem w tym rejonie nawet połowy z miejsc wartych wyprowadzenia fok na spacer.

Piotrek na turze na Plattenspitze / Punta delle Laste (3422 m). Wspaniałe widoki na całą grupę Ortlera (tutaj akurat niewidocznego) – w centrum Gran Zebrú, po prawej Monte Zebrú
GRUDZIEŃ 2021
Mierząc siły na zamiary (pierwsze tury w sezonie) i warunki (obecnie połowa grudnia w Alpach nie gwarantuje śniegu choćby po kostki), po przyjeździe w dolinę Martell kalkulujemy z Markiem, że optimum na dziś to Köllkuppe / Cima Marmotta (3330 m), z podejściem wynoszącym około 1300 metrów. Ścieżka prowadząca do widocznego z parkingu schroniska jest szeroka i przetarta. Do Zufallhütte jednak nie zachodzimy, tylko wędrujemy dalej, w kierunku Marteller Hütte. Na tym odcinku czeka nas dość stroma i wyjeżdżona do lodu rynna. Powyżej niej na chwilę robi się powietrznie, by ostatecznie szlak wyprowadził na naprawdę rozległe i relatywnie płaskie kolejne piętro doliny. Zaczyna trochę wiać, ale bez tragedii.
Lekko pofalowanym terenem idziemy około kilometra, z pięknym widokiem na Monte Cevedale (3769 m). Aż mi żal, że mam teraz słabą kondycję. Zdecydowanie trzeba wrócić tu w lepszej formie. Kierujemy się na szeroki żleb opadający ze wschodniego zbocza Kuenzenspitze. Z dołu widać było, że jest tam trochę kamieni, ale gdy przechodzimy przez ten teren, zgodnie stwierdzamy, że zjazd będzie spokojny. Choć, jeśli mamy szanować ślizgi, niekoniecznie banalny.
Na wysokości schroniska – znów bez wizyty – odbijamy na zachód. Przed nami kolejny dość szeroki kuluar. Gdzieś tam na płaskim, już powyżej niego, dostajemy się w końcu w zasięg słońca. Jest to oczywiście doskonałym pretekstem, aby zrobić sobie przerwę na picie, słodycze, sączenie widoków i krótką debatę nad tym, którędy iść. A dalej czeka nas lekki trawers na coś w rodzaju moreny, za którą w lecie można napotkać dwa jeziorka utworzone przez wodę spływającą z lodowca. Wykorzystując warunki, marudzę tu trochę z aparatem, Marek natomiast, by nie wychładzać się w coraz mocniejszym wietrze, ciśnie w kierunku dobrze widocznego już przed nami szczytu. Dokładniej: zmierzamy w stronę śnieżnej przełączki na zachód od niego, którą bierzemy za ostateczny cel dzisiejszej tury.

Marek w górnej części tury na Köllkuppe. W tle Monte Cevedale z wyprowadzającym na niego lodowcem Zufallferner, czyli klasyka doliny Martelltal
Mniej więcej od tej wysokości oddycham coraz głębiej, a przerwy w dreptaniu są coraz częstsze. Sam nie wiem, czy to kwestia wysokości, czy braku kondycji, czy też kumulacja obu czynników. W każdym razie mordęga jest niesatysfakcjonująca. Po przyjemnie płaskim, a następnie równie przyjemnie nachylonym lodowcu dochodzę do Marka krótko po tym, jak kończy się przepinać. Warunki, z którymi mamy tutaj do czynienia, przypominają mi Karkonoski Wygwizdów w jego wzorcowej formie. Dłonie szybko kostnieją i jedyne, o czym myślimy, to by spadać stąd jak najszybciej. Aparatu nawet nie wyciągam. Przepinka jest wyjątkowo szybka. Gdy razem stajemy na morenie, ustalamy, którędy warto zjechać. Ale że znów trafia się fajne światło, przede wszystkim wybieramy miejsce, gdzie chciałbym zobaczyć Marka w wymyślonym kadrze.
Ostatecznie wyrzuca nas trochę za bardzo na prawo i trawersem wracamy do właściwego kuluaru, mniej więcej w jego połowie. Czeka nas tam całkiem fajne brykanie – do momentu, w którym ląduję twarzą w śniegu. Sponsorem dzwona jest ukryty płytko kamień, o który zahaczam prawą nartą. Zatrzymujemy się przed krawędzią dolnego kuluaru, by ponownie zaplanować linię zjazdu. Jak się okazuje, mamy na nią własne pomysły i nasze ślady krzyżują się sporadycznie. W płaską część głównej doliny wjeżdżam wysokim trawersem pod Marteller Hütte, mając nadzieję, że ten zapas wysokości wystarczy, aby przynajmniej częściowo pokonać pofalowany teren bez odpinania nart. Prawie się udaje.
Kolejne, ale już bardzo krótkie podejście „ratrakiem” czeka nas na samym przełamaniu doliny, przy wjeździe w zachód przechodzący w wąwóz. Ten kilkoma skrętami wyprowadza nas przed Zufallhütte. Jeszcze tylko ponowne przepięcie nart przy strumyku i dojeżdżamy do parkingu.

Akcja ratunkowa na zboczach Glockhauser
MARZEC 2024
Kolejna zima i znów jestem w Vinschgau – tym razem z moim imiennikiem. Na pierwszy dzień wyjazdu za cel trzeba obrać coś, co nie dobije nas po nocy w aucie i dosypianiu na parkingu. Plan na dziś to tura w Langtauferer Tal, a po krótkiej debacie wybór pada na Glockhauser (3025 m). Trochę schodzi nam na przygotowaniach i ostatecznie ruszamy po 10:00. Podchodząc, obserwujemy kilka osób, które wyszły wcześniej w tym samym kierunku.
Pogoda niby dopisuje, ale o ile z samego rana niebo było bezchmurne, przed południem jest już równo zaciągnięte. Szczyty wprawdzie widać, ale nie rokuje to dobrze. Za zakrętem drogi prowadzającej w głąb doliny przechodzimy przez kilka lawinisk i, klucząc po zachodniej stronie strumyka, wchodzimy na kolejny próg. Tam widzimy ekipę ewidentnie idącą na Glockhauser, ale alternatywną trasą.
Nasz cel jest wciąż niewidoczny, co nie martwi, bo w Alpach często wierzchołki ukazują się dopiero na ostatniej prostej. Martwi za to, że pogoda zaczyna ewidentnie siadać. Od jakiegoś czasu nad szczytami po przeciwnej stronie doliny kłębią się chmury. Teraz widzimy je przed sobą, tyle tylko, że ich podstawa bardzo szybko opada poniżej 3000 metrów. Postanawiamy nie odpuszczać. Do braku widoczności dochodzi solidny opad śniegu. Nagle z chmur wyłania się śmigłowiec. Przelatuje nad nami w stronę grupy na skiturach i mimo fatalnej widoczności podejmuje próbę wylądowania na zboczu. Udaje mu się to za drugim podejściem.
Ze środka wyskakuje dwóch ratowników – jeden ogarnia poszkodowaną, drugi zostaje z grupą. Śmigło odlatuje w stronę pobliskiej grani i znika w chmurach. Pilotom należy się duży szacunek za podjęcie ryzyka lotu w takich warunkach. Jeżeli to była jeszcze pogoda do latania, to jaka nią nie jest?
Tekst i zdjęcia / PIOTR KALETA
* * *
Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY w formacie pdf można też kupić w naszej księgarni Książki Gór > link