facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2013-06-02
 

Mont Blanc szlakiem 3M

Kiedy stajemy na wierzchołku, nie czujemy euforii. Nie dlatego, że nie potrafimy się cieszyć, ale dlatego, że nie jesteśmy jeszcze w pełni świadomi zdobycia szczytu. Dopiero gdy dostrzegamy wspinaczy idących z naprzeciwka, uzmysławiamy sobie, że góra już się nie wznosi. Nie wiem, kto pierwszy uniósł wtedy czekan, ale pamiętam, jak wpadliśmy sobie w objęcia. Ktoś robił zdjęcia, ktoś inny wyjął kamerę, kolejny usiadł na porzuconym na śniegu plecaku i podziwiał w zamyśleniu tych, którzy nadal poklepywali się po plecach.

© Tekst Robert Jurczak
© Zdjęcia: Jerome Mathez, Krzysztof Pierożak, Robert Jurczak


Naszą przygodę rozpoczęliśmy na południu Francji. Tam, gdzie lazur wybrzeża przyciąga tych, którzy pragną zanurzyć się w ciepłych, śródziemnomorskich wodach. My przyjechaliśmy tam z rodzinami. I choć fale skrzące się w gasnącym słońcu kusiły, byśmy pozostali z bliskimi choć na kilka dni, nazajutrz wyruszyliśmy na północ, pokonując dalszą, przeszło 600-kilometrową trasę.

Chamonix 18 kilometrów – podróżujący odczytali napis na tablicy postawionej tuż przed Mont Blanc Tunnel, drogowym tunelu łączącym Courmayeur we Włoszech z Chamonix we Francji.
Gdzieś wysoko alpejskie pasma, skalne urwiska i górskie przełęcze majestatycznie zerkały na przybyszów. Poprzecinane pajęczynami szczelin próbowały bronić swojej natury, otulając płaszczem śnieżnego puchu lodowe rozpadliny, prowokując i zapraszając przybyłych do postawienia pierwszego kroku. Tam, gdzie biel spowija przepastne czeluście i tworzy na ich lodowych mostach niebezpieczne szlaki.

Argentiere, miejscowość położona nieopodal Chamonix, nagle wyłoniła się pośród lasów. Było późne popołudnie, kiedy przy drodze ktoś zamachał ręką w taki sposób, jak robią to autostopowicze z nadzieją na zatrzymanie pojazdu. Stanęliśmy tuż za nimi.
– Maciej, a to moja żona Bożena – ścięty na krótko mężczyzna wyciągnął dłoń na powitanie.

W alpejskim schronisku Le Vieux Grassonnet czekał jego imiennik – Maciej Berbeka, himalaista, człowiek o niepojętej charyzmie, który umiłowanie do gór przekuł w życiową pasję. Nikomu wtedy nie przeszło nawet przez myśl, że pewnego dnia będziemy o nim mówić w czasie przeszłym. 6 marca 2013 roku Maciej Berbeka razem z Tomkiem Kowalskim zostali na zawsze pod szczytem Broad Peak w Karakorum.

Po ciepłym przywitaniu kierujemy kroki ku piętrowym pryczom, znajdującym się w ascetycznie urządzonym pięcioosobowym pokoju na poddaszu, które będziemy dzielić za kilka dni wspólnie z dwoma kolejnymi Polakami. Ci ostatni mają zamiar przetrawersować czterotysięczne pasmo Monte Rosa, jeden z najpiękniejszych i najpotężniejszych masywów Alp, położony na granicy Szwajcarii i Włoch.

Adaptacja

Nazajutrz bez pośpiechu, po skromnym śniadaniu, stajemy przed dolną stacją kolejki linowej na Aiguille du Midi. Stąd dalej dotrzemy do schroniska Torino. Ten aklimatyzacyjny nocleg na wysokości 3370 m n.p.m. i jutrzejszy przemarsz lodowcami na 3842 m n.p.m., a następnie dotarcie do Chamonix, położonego na wysokości 1050 m n.p.m., pozwoli nam przygotować się kondycyjnie i zaaklimatyzować nasze organizmy. Nie chcemy lekceważyć wysokości. Wiemy, jak ważna jest adaptacja wysokościowa, szczególnie przy zdobywaniu szczytu wznoszącego się na wysokość prawie pięciu kilometrów. Prognozowane zaledwie jednodniowe okno pogodowe ma pozwolić nam na atak szczytowy.

Wieczór w Torino mija na rozmowie z osobami, które nocą wyruszą na alpejskie szlaki. Na sali z kilkunastoma łóżkami układamy się wygodnie obok niewielkiego okna przypominającego okrętowy iluminator. Z przeciwległej strony dochodzi szelest przewracanych kartek. Książka pochłonęła czytelnika bez reszty i jeszcze długo w nocy słyszymy szmer przerywany jedynie jednostajnym świstem wiatru, dobijającego się do ścian naszego azylu. Następnego dnia powiązani linami wyruszamy na lodowiec. Kilkugodzinny marsz jest wędrówką w sąsiedztwie takich szczytów jak La Tour Ronde, Grand Capucin, Aiguilles du Diable i Pointe Lachenal, wyłaniających się z mglistego otoczenia. Wolnym krokiem mijamy szerokie rozstępy zmarzlin, które ostrożnie przekraczamy, wzajemnie się asekurując. Gdzieś tam w dole, w wydrążonej skale, przejeżdżają dziesiątki samochodów w tunelu, którym dotarliśmy do Chamonix, a którego główny korytarz przebiega pod szczytem Aiguille du Midi.

Kierujemy się na górne partie lodowca Vallee Blanche, docierając do miejsc, gdzie narciarze skiturowi zaczynają swoje ekstremalne zjazdy. Na dole, w Argentière, czeka z herbatą Didie, gospodarz naszego schroniska, osobliwy pięćdziesięciolatek, z którym za kilka godzin spędzimy wieczór, biesiadując w towarzystwie nowo przybyłych gości. A jest to dzień świąteczny, rocznica zburzenia Bastylii. Pamiętam to dobrze, bo nie mogliśmy nigdzie zrobić zakupów. Kiedy w końcu udało nam się znaleźć niewielki sklep, były w nim... sery. A ser dobrze komponuje sie z czerwonym winem, którego i w tym sklepie było pod dostatkiem.

Z Krzysztofem na szlaki Mont Blanc wejdziemy pojutrze. Wyruszymy przed siódmą, gdy para małżeńska Maciej i Bożena w towarzystwie Macieja Berbeki za dwie godziny powinna osiągać szczyt. Wymarsz na atak szczytowy rozpoczęli ze schroniska Cosmiques (3613 m n.p.m.) około pierwszej w nocy, czyli wtedy, kiedy my układaliśmy się do snu w Argentière.

Towarzystwo


W dzień naszego wyjścia w góry, po raz pierwszy od tygodnia daje się dostrzec majestatyczną górę, którą Włosi nazywają często „The White One”. W niewielkiej odległości od nas, stojących tuż przy oknie kasowym, Jerome Mathez unosi dłoń na powitanie. Alpinista, bez którego nasze dzisiejsze wyjście byłoby o wiele trudniejsze. Człowiek z czupryną czesaną przez wiatr i twarzą ogorzałą od wysokogórskiego słońca, który porzucił karierę dla surowego, górskiego życia.
Na szczycie Iglicy Południa (Aiguille du Midi, 3842 m n.p.m.) spędzamy zaledwie kilka chwil. Po krótkim przeglądzie sprzętu i umocowaniu raków do butów ruszamy ubrani na lekko. Tą samą śnieżno-lodową granią, którą już dwukrotnie przemierzyliśmy podczas dni aklimatyzacyjnych. Pogoda jest bezwietrzna, gdy wchodzimy w ostrze grani wprowadzające na szlak 3M.
Nasz przyjaciel Jacek Gowik tak opisał realne ryzyko, jakie wiąże się z pokonywaniem tego miejsca: „Jeżeli twój partner, spięty z Tobą liną, potknie się i zacznie spadać z góry, musisz natychmiast skoczyć w drugą stronę, aby stworzyć przeciwwagę”.

Słuchając tych słów gdzieś na polskich nizinach, popijając przy tym kawę, nie wyobrażałem sobie nigdy takiej sytuacji. Zwłaszcza siebie wykonującego skok w przepaść. Teraz, gdy maszeruję na lekko ugiętych nogach, obniżając środek ciężkości ciała, z czekanem w dłoni, nie wahałbym się ani chwili. Skoczyłbym, nie zastanawiając się, czy mój partner nie waży przypadkiem o kilkanaście kilogramów więcej ode mnie. Na szczęście dzisiaj nikt z nas nie musi podejmować takiej decyzji.

Szczęśliwie pokonujemy niebezpieczną grań i możemy się posuwać dalej, pozostawiając z prawej strony Iglicę Południa i leżące u jej stóp schronisko Cosmiques w kształcie statku kosmicznego. Liczymy na to, że po szczęśliwym zejściu z Mont Blanc i pokonaniu trudów wielogodzinnego marszu uda nam się najbliższej nocy tam właśnie wypocząć.

Yes, we can


Po dwóch godzinach docieramy do pierwszej poważniejszej przeszkody. Wchodzimy w ścianę o nachyleniu około 65 stopni techniką „czekan, czekan, raki, raki”. I chociaż brzmi to nieprawdopodobnie, właśnie w taki sposób ją pokonujemy. Odwagi dodaje nam szczelina brzeżna, która u podnóża ściany otwiera się turkusowym wnętrzem. Kiedy skoncentrowani docieramy na szczyt spadzistego stoku, przed nami wyrasta długi trawers i kolejne strome zbocze, na które musimy się wspiąć. Tuż przed wejściem w kolejną ścianę nie zwracamy uwagi na opadającą w dół kilkusetmetrową, wypełnioną powietrzem pustkę. Ubezpieczani linami, wspinamy się kolejno, odciążając linę na stanowisku asekuracyjnym, umiejscowionym w połowie drogi. Nim dojdziemy na wierzchołek ściany w grupie porannego wymarszu, na jej szczycie będą czekać zespoły wspinaczy schodzące po nocnym ataku. Kiedy w końcu dosięgniemy śruby lodowej, wkręconej tuż za przewyższeniem, i wychylimy głowy na plateau, wśród osób czekających tam na zejście znajdzie się Maciej Berbeka. Dzisiaj oddałbym wiele, by jeszcze raz zobaczyć jego minę, gdy docierając do tego miejsca, zaskoczony ujrzał nasze twarze.
– O k...! Jednak idziecie?! – nie krył zdziwienia.

Te słowa na nowo rozbrzmiewają mi w głowie za każdym razem, ilekroć przypomnę sobie to zdarzenie i wyprawę na Mont Blanc. A po tragedii na Broad Peak myślę o tym szczególnie...
Na wzniesieniu mamy parę chwil, by wymienić spostrzeżenia, zwłaszcza o warunkach panujących na szczycie. Bezchmurne niebo daje nam wewnętrzne przekonanie, że dobra pogoda utrzyma się co najmniej jeszcze przez kilka godzin do czasu, aż dotrzemy na szczyt i zejdziemy chociażby do miejsca poniżej obecnej ściany.

– Idziecie dobrą trasą i w dobrym tempie – mówi Maciej.

– Nie idźcie granią, górną ścieżką stokową, bo jest niebezpieczna i zagrożona obrywem lawinowym po nocnych, dużych opadach śniegu – radzi, wkręcając jednocześnie w lód śrubę asekuracyjną.

– Powodzenia, uważajcie na siebie – dodaje na koniec.

– I wy bądźcie ostrożni – odpowiadamy prawie jednocześnie.

Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Wpierw schodzimy w dół, wkrótce zaczniemy trawersować wzniesienie. W zasięgu wzroku mamy kilka trudnych podejść przed finalnym zwieńczeniem dzisiejszego wysiłku. Mijamy Mont Maudit (4465 m n.p.m.) i obniżającą się flankę do przełęczy Col du Brenva, po której czeka nas strome podejście. Nie jesteśmy ostatnim zespołem zamykającym dzisiejszą karawanę. Za nami wlecze się jeszcze co najmniej pięć grup. Ludzi, którzy nie sprawiają wrażenia, że na co dzień mają do czynienia z tak dużym wysiłkiem, z jakim mierzą się dziś.

Kiedy po kolejnych dwóch godzinach zatrzymujemy się na krótki postój, mija nas kilka zespołów. Siedząc na lodowych siedziskach, wyrąbanych czekanami w zbitym śniegu, przyglądamy się, jak w oddali poruszają sie niemrawo postaci wielkości główki od szpilki. W żółwim tempie mocują się z górą, podchodząc coraz wyżej.

Słońce świeci w naszym kierunku. Napawamy się urokami, chłonąc atmosferę okolicy. Trudno podnieść się z wygodnego miejsca. Zamiast krótkiej przerwy, przełamania tabliczki czekolady i zapicia jej gorącą kawą z termosu, postój zamienia się w długie przyjemne minuty. Jerome wyciąga ze swojego plecaka worek z suszem owocowym.

– Nie wiem, jak wy, panowie, ale dla mnie tu, w górach, przy dużym wysiłku witaminy są równie ważne jak kalorie. Proszę, smacznego – wyciąga opaloną dłoń, nie ruszając się z miejsca.
Worek przechodzi z rąk do rąk naszej trójki, czasem dosięga mijających nas osób. Żujemy jeszcze przez dobre 15 minut. Śliwki, brzoskwinie i nerkowce zagryzamy orzechami, rozłupanymi zapewne gdzieś w miejscu, gdzie wydała je matka natura.

Jest już dobrze po 14, gdy z wolna opuszczamy nasze legowisko, zbrojąc się na nowo w czekany, kaski i uprzęże. Pokrzepieni, czujemy w sobie przypływ energii. W naszych głowach kołaczą słowa amerykańskiej kampanii prezydenckiej, wszechobecne w mediach: „yes, we can”. Dla nas właśnie nabierają nowego znaczenia.

Na dachu Europy

Gdy pierwsze zespoły schodzące z naprzeciwka zaczynają nas mijać, wiemy już, że są to zdobywcy z porannej grupy, do której i my należymy. Pomimo wielogodzinnego wysiłku, ich twarze wyrażają szczęście i radość ludzi, którzy dotarli na wierzchołek Alp. Pozdrowienia raz po raz dodają nam otuchy, bo chociaż z tego poziomu szczyt nie jest jeszcze widoczny, to czujemy, że jest w naszym zasięgu. Stawiamy ostrożnie krok za krokiem, patrząc na buty kolegi napierającego przodem. Pustka w głowie, niczym wyjałowiona pamięć, nie daje szansy na myślenie o czymkolwiek. W pewnym momencie idzie się niejako na ledwo wyczuwalnej podświadomości.

Kiedy grań przestaje się wznosić, a wokół widać już tylko opadające w dół ściany – jesteśmy na szczycie. W mojej głowie eksploduje euforia radości, po czym gaśnie. Ze szczęścia, zmęczenia, wysiłku? A może z satysfakcji, że właśnie dotarliśmy na dach Europy? Jest 16.35. Pozostajemy na szczycie ponad 45 minut, napawając się chwilami spędzanymi z tymi, którzy docierają tu długo po nas.

Nie zabrakło wśród nich Litwinów i Łotyszy – oni weszli szlakiem od schroniska Goûter. Widoki roztaczające się wokół niewątpliwie należą do zapadających na długo w pamięć. Dziś wystarczy zamknąć oczy, by przywołać je na nowo. Warto było podjąć walkę z samym sobą, ze swoimi słabościami i górą, aby dotrzeć na szczyt – taka myśl pojawia się w mojej głowie, gdy siadam na plecaku zrzuconym na śnieg obok wbitego czekana.

Ostatnie zdjęcia wykonujemy w czasie, gdy do podnóża sąsiedniej góry zaczynają napływać złowrogie, ciemne chmury. Zdajemy sobie sprawę, że „góra należeć będzie do nas dopiero wtedy, gdy z niej bezpiecznie zejdziemy”.

Pożegnanie z 3M


Schodzimy tą samą drogą, którą wspinaliśmy się na szczyt, a kiedy po dwóch godzinach dochodzimy do najtrudniejszego odcinka szlaku, wiatr wzmaga się i wieje coraz mocniej. Jakiś czas temu burzowa chmura oplotła szczyty i zaczęła sunąć w naszym kierunku. Jerome pewnym ruchem odpina z uprzęży śrubę lodową, mocuje ją w lodzie, po czym błyskawicznie rzuca kilkudziesięciometrową linę w niedosięgły wzrokiem uskok. Spięci na jednej linie, ruszamy w dół – jestem pierwszy, za mną idzie Krzysztof. Gdyby poszło coś nie tak, odpadając, poszybowalibyśmy na dno kilkusetmetrowej ściany. Wiemy, jak ważna jest każda chwila podczas załamania pogody w górach, by jak najszybciej uciec w bezpieczne schronienie. Wtedy nie ma czasu na błędy. Reguła ta dotyczy wszystkich, również wytrawnych i doświadczonych wspinaczy. Po upływie następnych kilku minut cała trójka jest wpięta w stabilną, choć kilkuletnią już stalową linę, oplatającą duży głaz, tworzący stanowisko asekuracyjne.
– Robert, go first! Go! Go! Now! – słowa Jerome’a dźwięczą mi w uszach.

Znowu ruszam pierwszy. Teraz należy opuścić się kilkadziesiąt metrów i zejść ze ściany na trawers o bezpiecznym nachyleniu. Nim docieram w to miejsce, rusza Krzysztof. Po chwili z wbitymi po grot czekanami, z umocowaną bezpiecznie liną, asekurujemy Jerome’a. Na sygnał rusza w dół, do naszego stanowiska.
– Dzięki, panowie! – puentuje, gdy pojawia się obok nas.

Przed oczami ukazuje się odległy zarys szczytu Aiguille du Midi i mały punkt. Schronisko, do którego będziemy schodzić przez kilka następnych godzin, trawersując zbocza. Idąc w głębokim śniegu, torując na nowo zasypane szlaki, będziemy wpadać po pas, ześlizgując się co kilka metrów w dół. Mija 14 godzina dzisiejszej akcji. Kiedy zapada noc, musimy być jeszcze bardziej ostrożni, gdyż – mimo wzajemnej asekuracji – są miejsca, gdzie potknięcie bądź zahaczenie rakiem o drugą nogę może doprowadzić do nieszczęścia. Nie trudzimy się już mijaniem tych, którzy idą wolniej. Trzy kwadranse spędzone na szczycie dały im przewagę i duży dystans czasowy wobec nas. Jednak z tyłu zostają trzy grupy, ostatni zespół jest co najmniej dwie godziny za nami. Gdy wiatr rozwiewa na chwilę chmury, widzimy w oddali migoczące czołówki. Co jakiś czas zastanawiamy się, czy w tych warunkach ostatni nie powinni wezwać pomocy.

Jesteśmy już poza pasmem Mont Blanc du Tacul, dochodzimy do przełęczy Col du Midi. Cały czas uważamy na strome lodowe flanki, przysypane grubą warstwą świeżego śniegu. Staramy się omijać nawisy masywnych seraków. Na szczęście Jerome znający teren, widząc trudne warunki śnieżne, postanawia wydłużyć wspólne zejście, aby ominąć najbardziej niebezpieczne przejścia lodowych ścian, które przed południem były przyjemną wspinaczką. W tych warunkach trudno by nam było wybić lub odnaleźć pozostawione stopnie, a nie ma sposobności, aby założyć teraz asekurację. Z oddali docierają tlące się w oknach światła Refuge des Cosmiques, które dodają nam w tej chwili otuchy. Ostatni kilometr dłuży się niemiłosiernie. Przez to, że pozbyłem się zapasu wszelkich napojów (że nie wspomnę o utracie termosu, który wypadł mi z rąk i jak pocisk poszybował do szczeliny podczas porannej wspinaczki), jedynym moim marzeniem jest łyk czegoś zimnego. A najlepiej chyba smakowałoby coś gazowanego. Dzielę się tym pragnieniem z Jerome’em, który – idąc pierwszy – to rozwija linę do kilkudziesięciu metrów, to skraca ją, zwijając wokół ramienia i pasa, aby zmniejszyć dystans w usianym szczelinami terenie.

Ostatnie 200-metrowe podejście do Cosmiques tuż przed północą jest prawdziwą udręką. Co kilkanaście kroków robimy z Krzysztofem krótki odpoczynek. Szarpnięciem liny wstrzymujemy Jerome’a, z czego na pewno nie jest do końca zadowolony, choć ani razu nie daje nam tego odczuć. Tuż przed drzwiami prowadzącymi do schroniska czuję się jak cień człowieka. W suszarni opadamy bezwładnie na ławę i zanim zdołamy zrobić cokolwiek więcej, mija dobre pół godziny. Wtedy w drzwiach pojawia się nasz kompan. W ręku trzyma puszki dobrze schłodzonego piwa. To najlepsze piwo, jakie kiedykolwiek piliśmy w życiu. Dopiero teraz zrzucamy ekwipunek na podłogę i odkładamy buty na suszarkę, poszerzając rząd kilkudziesięciu par przemoczonych śniegową papką. Po chwili leżymy już w piętrowych łóżkach i, nie zwracając uwagi na wysłużone koce, zapadamy w głęboki sen. Wchodzimy w miarowy rytm, dopasowując ton melodii do innych chrapiących już współtowarzyszy.

Następnego dnia za oknem szaleje burza z piorunami. Ale my, w dobrym nastroju, jemy o poranku śniadanie bez zbędnego pośpiechu. A po informacji, że ruch kolei linowej z Aiguille du Midi został wstrzymany, jesteśmy szczęśliwi, że udało się nam wykorzystać wczorajsze okno pogodowe. Teraz mamy wystarczająco dużo czasu, aby przeczekać nawałnicę. Jako pierwszy zespół po 10.30 ruszamy w kierunku grani wyprowadzającej na górną stację. Masa ciemnych chmur przesuwa się ponad głowami, a głośne pomruki burzy dochodzą do nas z bliska.
– Nareszcie schodzimy na ziemię – słyszymy jakiś głos w wagonie huśtanym przez podmuchy wiatru, kiedy tuż przed południem jedziemy w dół kolejką.

Nim udamy się do schroniska w Argentière, w klimatycznej restauracji w centrum Chamonix wspólnie z Jerome’em jemy pożegnalny lunch. Jeszcze tego samego dnia ruszamy w sześciogodzinną podróż powrotną nad Morze Śródziemne, gdzie rodziny wypatrują naszego powrotu. Jadąc tunelem pod Mont Blanc, czujemy, że tam na górze jest ścieżka, która w ostatnich kilkunastu godzinach pozostawiła ślad. I na zawsze pozostanie on w naszej pamięci.

Moją relację dedykuję pamięci Maćka Berbeki. Przyjaciela, Nauczyciela, Przewodnika.



Więcej zdjęć:
http://www.goryonline.com/mont-blanc-szlakiem-3m--fotorelacja,14063,i.html

Tekst `Mont Blanc szlakiem 3M` w wersji oryginalnej `Trzy razy M` ukazał się w druku nakładem miesięcznika NPM (maj,2013 rok)

 Widok ze szczytu Mont Blanc, fot. Robert Jurczak
 Maciej Berbeka z zespołem na grani przy Auiguille du Midi, fot. Robert Jurczak
 Grań prowadząca z górnej stacji Auigille du Midi (3842 m.n.p.m.) do schroniska Cosmiques i na szlak 3M, fot. Krzysztof Pierożak.
 Logo wyprawy Mont Blanc szlakiem 3M
 Maciej Berbeka na szlaku pomiedzy Auigille du Midi a Hellbronner, fot. Robert Jurczak
 
 Wspinacze na szlaku 3M, fot. Robert Jurczak
 Robet Jurczak i Krzysztof Pierożak przed Mont Blanc du Tacul, fot. Jerome Mathez
 Robert Jurczak, Jerome Mathez i Krzysztof Pierożak na szczycie Mont Blanc, fot.Krzysztof Pierozak
 Auigille du Midi widziane z Mont Blanc du Tacul, fot. Robert Jurczak
 Robert Jurczak i Krzysztof Pierożak odpoczywają na przełęczy Col du Mont Maudit, fot. Jerome Mathez
 
 Krzysztof na szlaku pomiędzy Mont Blanc a Mt. Moudit, fot. Jerome Mathez
 Grupa Litwinów na szczycie Mont Blanc, fot. Krzysztof Pierożak.
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Wania
Przepięknie opisane. Wielki szacun. Już wiem co czeka mnie w sierpniu.

Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com