Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-10-31
 

Meksyk - Zjazd z Gwiaździstej Góry

Na narty do Meksyku? Brzmi dziwnie. Tym bardziej, jeżeli wyrusza się z zaśnieżonego Zakopanego. Cel był jednak kuszący – pierwszy polski zjazd narciarski z Pico de Orizaba (5640 m n.p.m.), najwyzszego wulkanu Ameryki Północnej.

Zaczęło się dość przypadkowo. Mieszkający w Seattle kolega zaproponował mi wyprawę do Ekwadoru, na wulkany Chimborazo (6267 m n.p.m.) i Cotopaxi (5897 m n.p.m.). Pomysł bardzo mi się spodobał, ale czasu było niewiele. Zacząłem sprawdzać połączenia lotnicze i okazało się, że dotarcie do Quito przerasta moje możliwości finansowe.Przezprzypadekna stronie internetowej hiszpańskiej Iberii znalazłem promocyjny lot z Warszawy do Ciudad de Mexico. Bilet powrotny za jedyne 2600 zł. Nie zastanawiałem się długo, tym bardziej, że w Meksyku znajduje się najwyższy wulkan Ameryki Północnej – Pico de Orizaba (5640 m n.p.m.). Partnerów znalazłem dość szybko i ustaliliśmy plan: aklimatyzacyjne wejście na Iztaccihuatl (5230 m n.p.m.), wejście na Orizabę i najprawdopodobniej pierwszy polski zjazd narciarski z tego wulkanu oraz nagroda za dobrze wykonane zadanie, czyli nurkowanie w Pacyfiku.Naszą biblią stał się przewodnik„Mexico’s Volcanoes” J.R. Secora.

 

Na szczęście chmury na moment się przerzedziły i daleko na wschodzie ukazała się Zatoka Meksykańska

fot. Michał Owca

 

Do stolicy Meksyku dotarliśmy 16 listopada. Po dwóch dniach zwiedzania miasta wsiedliśmy w autobus do San Rafael – niezwykle malowniczej indiańskiej wioski pod zachodnimi stokami Iztaccihuatl. Wędrując wśród kolorowych, rozlatujących się slumsów, doszliśmy do wniosku, że to miejsce jest chyba kwintesencją Meksyku. Naszym celem pierwszego dnia było Nexcoalanco, obozowisko na wysokości ok. 3500 m n.p.m. Dotarcie do tego miejsca wydawało się dziecinnie proste, ale specyficzny,dośćwybiórczysposóbznakowania szlaków sprawił, że zabłądziliśmy w lesie i mieliśmy przymusowy biwak na wysokości ok. 3300 m n.p.m. Następnego dnia nie zwracaliśmy już uwagi na szlaki, tylko przedzieraliśmy się przez las do góry. Dość szybko dotarliśmy do Nexcoalanco, skąd po raz pierwszy zobaczyliśmy Iztę w całej okazałości.

 

Aztecka legenda łączy ten wulkan z sąsiednim Popocatepetl (5452 m n.p.m.), od którego oddziela Iztę rozległa przełęcz Paso de Cortez. Otóż Popocatepetl był królewiczem od młodzieńczych lat zakochanym z wzajemnością w pięknej księżniczce Iztaccihuatl. Jej ojciec przyrzekł mu rękę córki pod warunkiem, że poprowadzi jego wojska na zwycięską wojnę przeciw mieszkańcom Oaxaki i przyprowadzi odpowiednią ilość jeńców na ofiarę.Popocatepetlwyruszył więc na wojnę. Przez długi czas nie było od niego żadnych wiadomości, aż ktoś przyniósł wieść, że królewicz zginął na polu walki. Słysząc to, Iztaccihuatl umarła z tęsknoty. Gdy Popocatepetl wrócił po zwycięskiej wojnie do Tenochtitlan, zastał martwą ukochaną na łożu śmierci. Uklęknął przed nią, zalewając się łzami, a ich ciała zastygły na całą wieczność i zmieniły się w dwa wulkany. Zdaniem miejscowych Iztaccihuatl przypomina leżącą kobietę i nawet nazewnictwo poszczególnych jej formacji związane jest z tą legendą. Główny wierzchołek to El Pecho, czyli „Pierś”, a niższy szczyt – La Cabeza, czyli „Głowa”. Łączy je przełęcz El Cuello („Szyja”). Są jeszcze Los Pies, czyli „Stopy”.

 

 

 

Wędrując przez San Rafael doszliśmy do wniosku, że to miejsce jest kwintesencją Meksyku

fot. Michał Kowalski

 

Naszym celem była „Pierś”, a konkretnie droga Directo al Pecho (Prosto na Pierś) – najtrudniejsza na Iztaccihuatl. Gdyby plany pokrzyżowały nam warunki, w rezerwie mieliśmy sąsiednią linię Arista de la luz (Grań do światła), wyprowadzającą na wulkan północną granią. Atak szczytowy planowaliśmy rozpocząć ze schronu Chalchoapan, położonego pod zachodnią ścianą Izty na wysokości 4400 m n.p.m. Nasze zamierzenia zweryfikowali poznani w Nexcoalanco Meksykanie,którzy sprezentowali nam dwie istotne informacje: po pierwsze warunki śniegowe nie pozwalały na wejście drogą Directo al Pecho, a po drugie Chalchoapan został zniszczony. Pozostała nam więc perspektywa biwaku w namiocie koło ruin schronu i wejście na Iztę drogą Arista de la luz.

 

Przed nami było jednak jeszcze prawie kilometrowe podejście. Powoli pięliśmy się do góry rozległymi wzgórzami Lomas Largas, starając się nie forsować tempa ze względu na wysokość. Gdy minęliśmy ruiny schronu Laminas na wysokości 4100 m n.p.m. pogoda gwałtownie się załamała. Zaczął sypać grad, a wkrótce nadciągnęła burza. Zaskoczyła nas już w skalnym terenie i nie mieliśmy innego wyjścia niż tylko jak najszybciej znaleźć ruiny Chalchoapan. Problem w tym, że wraz z pogodą pogorszyła się widoczność i zaczęliśmy mieć duże kłopoty z orientacją. Burza nie dawała za wygraną i sytuacja stawała się coraz mniej zabawna. Wiedząc, że w takich warunkach nie możemy rozbijać namiotu, zaczęliśmy szukać koleby. Bez skutku. Po dwóch godzinach wyładowania zaczęły się oddalać i postanowiliśmy rozbić się na skraju śnieżnego pola, które jeszcze kilka godzin wcześniej było łąką. Byliśmy u stóp „Głowy”. W nocy przyszło rozpogodzenie, a wraz z nim nadzieja na zdobycie Iztaccihuatl. Wpatrując się w gwiazdy i majaczącą na tle nieba grań, zdaliśmy sobie jednak sprawę, że rozbiliśmy się w złym miejscu – o jedną grań za daleko od Izty.

 

W nocy przyszło rozpogodzenie, a wraz z nim nadzieja na zdobycie Iztaccihuatl

fot. Michał Kowalski

 

Nad ranem pojawiły się kłopoty z aklimatyzacją. Najpierw Michał powiedział nam, że nie czuje się najlepiej i postanowił zostać w namiocie. Ja czułem się dobrze, chociaż coś mnie zaniepokoiło. Podchodząc kilkadziesiąt metrów na próg doliny, żeby zrobić zdjęcie, zmęczyłem się tak, jakbym odbył wyczerpującą wycieczkę. Wytłumaczyłem sobie, że to chwilowa niemoc i z czasem się rozkręcę. Popełniłem duży błąd. Rozpoczęliśmy z Jackiem podejście na przełęcz łączącą „Głowę” z boczną granią, która oddzielała nas od głównego wierzchołka. Jacek znacznie mnie wyprzedził. Początkowo musiałem robić sobie dłuższe przerwy po zrobieniu trzydziestu kroków, potem było coraz gorzej. Gdy doszedłem do dziesięciu kroków, stwierdziłem, że zawracam. Do przełęczy miałem jeszcze kilkaset metrów. Jacek był w dobrej kondycji i do przełęczy dotarł bez problemu. Tam jednak okazało się, że błąd, który popełniliśmy, rozbijając się w niewłaściwym miejscu, był poważniejszy niż nam się wydawało. Na El Pecho był jeszcze kawał drogi, a kilkudziesięciometrowe skalne urwisko nie dawało szans na strawersowanie „Głowy” do przełęczy El Cuello. Nadciągające ze wschodu chmury, które szybko przesłoniły kopułę szczytową, pomogły mu podjąć decyzję o powrocie. Zwinęliśmy nasz obóz i uciekając przed kolejnym załamaniem pogody, zaczęliśmy schodzić do San Rafael. Wspominam to zejście jako sześć godzin katorgi – nigdy wcześniej nie byłem tak zmęczony. Dotarło do mnie, że bagatelizując objawy choroby wysokościowej, znacznie pogorszyłem sytuację. Działaliśmy zbyt szybko – zabrakło dnia na aklimatyzację w obozie na 4400 m n.p.m. Jedno było pewne – musimy mieć więcej czasu na regenerację sił przed wyjazdem pod Orizabę.

 

Podjęliśmy decyzję, że zmieniamy plan i najpierw jedziemy nad Pacyfik,do Puerto Escondido. Teoretycznie, mając w planach jeszcze jedno wyjście powyżej 5000 m n.p.m., nie powinniśmy schodzić do poziomu morza. Zdecydowaliśmy się jednak zaryzykować. Zresztą nie mieliśmy wyjścia. Cztery dni nurkowania i nauki surfowania przywróciły nas do życia. Nieco bardziej brązowi wróciliśmy do Ciudad de Mexico, gdzie sprzęt do nurkowania zamieniliśmy na narty i ruszyliśmy na wschód. Przed nami był najważniejszy punkt programu – wyjście i zjazd z Pico de Orizaba, najwyższego wulkanu Ameryki Północnej i trzeciego co do wysokości szczytu tego kontynentu. Aztekowie nazywali go Citlatepetl, czyli Gwiaździsta Góra. Według legendy to właśnie tutaj Quetzalcoatl (Pierzasty Wąż), bóg wiatru, nieba i ziemi miał zostać pochłonięty przez ogień, ofiarując swoje życie zaludzi.

 

Bazą wypadową dla alpinistów wybierających się na Orizabę od strony północnej jest miejscowość Tlachichuca. Działa tam kilka agencji, pomagających logistycznie w dostaniu się pod szczyt. Najpopularniejszy i najlepszy jest Gerardo Reyes, który prowadzi noclegownię dla alpinistów w dawnej fabryce mydła. Jest to miejsce niezwykle klimatyczne, pełne starego sprzęty alpinistycznego, fotografii z gór całego świata i pamiątek zostawianych przez alpinistów. Jest też sporo pofabrycznych urządzeń, których zastosowania można się tylko domyślać.

 

 

Podchodząc kilkadziesiąt metrów na próg doliny, żeby zrobić zdjęcie, zmęczyłem się tak,

jakbym odbył wyczerpującą wycieczkę

fot. Michał Kowalski

 

Pomni naszych doświadczeń spod Izty i bogatsi o dodatkowy bagaż w postaci nart postanowiliśmy skorzystać z opcji transportu do schronu Piedra Grande, położonego na wysokości 4250 m n.p.m. Dobiliśmy z Reyesem interesu i wsiedliśmy do wysłużonego dodge’a z napędem na cztery koła. Za kierownicą siedział Joel, którego – ze względu na podobieństwo do jednego z bohaterów filmu„M.A.S.H.”Roberta Altmana – ochrzciliśmy Radarem. Dwugodzinna podróż sama w sobie była  ciekawym przeżyciem, bo asfaltowa droga szybko zmieniła się w leśny trakt, a ten chwilami zanikał. Byliśmy pełni podziwu dla umiejętności Radara i możliwości jego dodge’a. Praktycznie przez cały czas widzieliśmy potężną sylwetkę Orizaby, którą stopniowo zaczynały spowijać chmury. Gdy dojeżdżaliśmy do Piedra Grande, mgła ograniczała widoczność do kilkunastu metrów.

 

Na El Pecho był jeszcze kawał drogi...

fot. Jacek Zięba-Jasiński

 

W betonowym schronie spotkaliśmy Anglików, którzy właśnie zeszli z wierzchołka oraz Meksykanów, którzy wybierali się na Orizabę najbliższej nocy. Nam się tak nie spieszyło. Tym razem aklimatyzację mieliśmy zaplanowaną i przed atakiem szczytowym zamierzaliśmy spędzić pod Orizabą dwa dni. Pierwszego dnia zrobiliśmy sobie spacer po okolicy, czyli rozległym płaskowyżu u podnóża północnych stoków wulkanu. Nieco powyżej schronu znajduje się tzw. stara Piedra Grande, czyli metalowa puszka z rozprutym dachem, obok której tkwi w ziemi kilka krzyży. To memento – Orizaba nie jest tak łatwą górą, na jaką wygląda. Wkrótce chmury przerzedziły się na tyle, że dostrzegliśmy nasz cel – kopułę szczytową wulkanu, pokrytą lodowcem Jamapa.

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-20
Tylko w GÓRACH
 

Nowe GÓRY już jutro, a w nich Lhotse zimą Krzysztofa Wielickiego!

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-15
Tylko w GÓRACH
 

Kinga Baranowska - Lekcja pokory na Nanga Parbat

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-12
Tylko w GÓRACH
 

W zimowym numerze GÓR: mroźna północ Finlandii

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-10
Tylko w GÓRACH
 

Arwa Tower - uderzenie błyskawicy

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-09
Tylko w GÓRACH
 

W zimowym numerze GÓR: skiturowy trawers Tatr Wysokich

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com