facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2006-06-30
 

Martyna Wojciechowska o wejściu na Everest

Moja historia zaczęła się w górach, a dokładnie – w Zakopanem, gdzie moi rodzice poczęli mnie podczas ferii (śmiech). Wiele czasu spędziłam w górach, najpierw na nartach, a potem – na szlakach w Tatrach czy Karkonoszach.


GÓRY: Wygląda na to, że przebiegliście po Evereście w niezłym stylu – gratulujemy. W relacjach z wyprawy na stronie mounteverest.pl możemy znaleźć Twoje stwierdzenie/deklarację „kocham góry”. Na czym ta miłość polega?

Martyna Wojciechowska: Moja historia zaczęła się w górach, a dokładnie – w Zakopanem, gdzie moi rodzice poczęli mnie podczas ferii (śmiech). Wiele czasu spędziłam w górach, najpierw na nartach, a potem – na szlakach w Tatrach czy Karkonoszach. Miałam do czynienia z tzw. „linówkami” – zjazdy, tyrolki etc., co dało mi obycie z wysokością. Zaczęłam trochę się wspinać, poznałam techniki, ale pierwsza poważniejsza górka to był Mont Blanc. Wówczas nie wiedziałam, co to aklimatyzacja, więc ból głowy towarzyszył mi niemal przez cały czas (weszliśmy na szczyt w półtora dnia), ale frajda ze zdobycia tej góry rozbudziła mój apetyt i już wiedziałam, że będę wracać w góry jeszcze wielokrotnie. Różnie z tym bywało przez kilka ostatnich lat, bo większość czasu spędziłam w podróży, a  tam,  niestety, niekoniecznie było gdzie się wspinać. Weszłam na Kili, Aconcaguę, a w tzw. międzyczasie jeździłam w skałki do Podlesic. Kocham góry, bo jestem w nich z dala od zgiełku miasta, mogę czuć się naprawdę wolna. Tylko podczas długiego marszu pozwalam myślom płynąć wolno przez moją głowę… Życie w górach sprowadza się do prostych czynności – marszu, jedzenia, picia i snu. Człowiek nabiera ogromnego dystansu do wszystkiego, co dzieje się „na dole” i to jest jeden z elementów, który związał mnie z górami: prostota życia i majestatyczny spokój, którego tak bardzo potrzebuję. Z gór zawsze wracam ze zdwojoną energią do pracy.

Na stronie wyprawy.onet.pl czytamy, że „...liderem wyprawy jest Martyna Wojciechowska”, na dokumentach z Min. Turystyki Nepalu i portalach zagranicznych – „leader: Bogusław Ogrodnik”, a na www wyprawy Falvit (mounteverest.pl) znajdujemy informację: „...kierownik sportowy: Jura Jermaszek”. Kto zatem tak na prawdę był kierownikiem tej wyprawy?

Już wyjaśniam. Oficjalnym kierownikiem wyprawy był Bogusław Ogrodnik. Ciężar organizacyjny spoczął jednak na nas obojgu – ja zajmowałam się stroną sponsoringową, medialną, zakupem biletów, wysyłką cargo etc. Bogusław negocjował pozwolenia, był odpowiedzialny za zakup sprzętu itp. Dla mediów i sponsorów ja byłam jednak postacią kluczową w tym projekcie i występowałam w roli organizatora całego przedsięwzięcia. Mnie zatem można nazwać organizatorem, Bogusia – kierownikiem. Natomiast Jura Jermaszek pełnił funkcję kierownika sportowego, który miał wspierać nas swoim doświadczeniem. Decyzje podejmowaliśmy kolektywnie, po wspólnych uzgodnieniach. Samo nazewnictwo było kwestią raczej umowną. 

Na każdej wyprawie dochodzi do zgrzytów i napięć w zespole, część z nich przeszła do historii himalaizmu lub przez dziesiątki lat była powtarzana w formie anegdot. Na stronie wyprawy nie ma wzmianki o tego typu zjawiskach, poza lakonicznym stwierdzeniem „...występuje zmęczenie materiału...” . Nie wierzymy jednak, że było tylko słodko i pięknie. Prosimy o podanie przykładów sytuacji konfliktogennych podczas wyprawy i sposobu, w jaki zespół się z nimi uporał.

Oczywiście, że nie było łatwo! Dwa miesiące z chłopakami, niemal w jednym namiocie, to duża próba charakteru. Zdarzały się czasem nieporozumienia, wynikające głównie z tego, że każdy z nas jest jednak ogromną indywidualnością. No i – powiedzmy sobie szczerze – nie ma takich zespołów, które żyłyby w idealnej harmonii przez tak długi czas. My działaliśmy jednak w dwuosobowych zespołach, więc koncentrowałam się na pracy z Darkiem Załuskim. Bogusław trzymał się z Jurą, Tomek Kobielski z Januszem Adamskim. W takich parach wspinaliśmy się, tak dzieliliśmy się namiotami. Na początku mieliśmy spięcia dotyczące podziału obowiązków, np. kto konkretnie ma robić ustalenia i egzekwować je od Szerpów, skoro Bogusław nie mówi po angielsku, a z kobietami Nepalczycy średnio chcą gadać. Nie ma jednak sytuacji nie do przejścia, jeśli się tylko otwarcie o tym rozmawia. Siadaliśmy w mesie i każdy szczerze mówił, co mu się nie podoba albo co należy zmienić. Raz nie obyło się bez napoczęcia żelaznego zapasu alkoholu wysokoprocentowego, jak to wśród Polaków (śmiech). Zadziałało.

Jesteśmy magazynem specjalistycznym, niszowym, interesują nas kwestie techniczne, logistyczne itp., ale proszę pozwolić na jedno „bulwarowe” pytanie, może to podniesie nam sprzedaż. Prasa donosiła o rozpadzie twojego związku. Na stronie wyprawy odnajdujemy natomiast pozdrowienia kierowane w stronę partnera. Kto jest zatem nowym wybrankiem? Możemy go przedstawić, być może jako pierwsi, szerszej publiczności?

Nie wierzę, że padło to pytanie! Nawet redakcja GÓR się tym interesuje?! Podczas wypraw jestem przede wszystkim członkiem ekspedycji, a nie kobietą i staram się koncentrować na robocie, a nie na tym, co pisze prasa na temat mojego życia prywatnego. Mam chłopaka, który jest podróżnikiem i także się wspina, ale ponieważ jak sam powiedziałeś – jesteście magazynem specjalistycznym-niszowym – to na takim opisie poprzestanę.

Wracając do pytań technicznych. Do ataku ruszyliście o północy. Jaka była temperatura? Czy traciłaś czucie w palcach?

Według oficjalnych informacji było 27 stopni na minusie, sama nie dokonywałam wnikliwych pomiarów. Do ok. 23 cholernie wiało i myślałam, że z naszego wyjścia nic nie będzie, ale na szczęście już podczas ataku szczytowego było cicho. Niestety, zaczęło się błyskać – w oddali była burza i intensywne wyładowania atmosferyczne. Między innymi dlatego Jura Jermaszek podjął decyzję o powrocie do namiotu i namawiał nas przez radio do odwrotu. Reszta ekipy, każdy na własną rękę, podjęła decyzję o kontynuowaniu ataku szczytowego.  Zimno mi raczej nie dokuczało. Miałam dobre rękawice puchowe i szłam do góry dość szybko, bo naprawdę doskonale się czułam tego dnia. Krew chyba dobrze krążyła i nie marzłam.

Jednak w tym samym dniu szczyt atakował dr Botha z Kanady i bardzo poważnie odmroził nos, uszy i palce (zagrożenie amputacją). Tymczasem Wam nic się nie stało. W czym tkwi tajemnica? Wykorzystywaliście ogrzewacze chemiczne?

Często stosuję rozgrzewacze, bo generalnie mam problemy w niskich temperaturach i szybko marznę na skutek niewydolności żylnych kończyn dolnych. Bardzo uważam na to, staram się dobrze przygotować do każdego wyjścia. Zawsze kupuję większe buty, żeby założyć, jeśli potrzeba, nawet trzy pary skarpet. Kilka razy ściągnęłam rękawice puchowe, bo musiałam odlodzić maskę, co wymaga dość dużej sprawności manualnej i w „ferworze walki” nie poczułam, kiedy przemroziłam palce. Trochę bolało, ale skończyło się dobrze. Dopiero po zdobyciu szczytu ok. 10:30 (powyżej Wierzchołka Południowego) zaczęło wiać i poczułam, co to znaczy gniew Everestu.  Niemal zbiegłam z góry, bo widać było, że może być tylko gorzej. Ok. 13, kiedy dochodziłam do namiotu, wiało już bardzo mocno, zacinało śniegiem i była słaba widoczność – ci, którzy byli jeszcze w górze, mieli niezłe problemy z dostaniem się na Przełęcz Południową. Jak wiadomo, tego dnia zginęły dwie osoby, kilka poważnie się odmroziło.

Czy całość drogi była zaporęczowana?  Jakie wrażenie zrobił na Tobie Uskok Hilarego?

P
oza krótkimi fragmentami, gdzie lin nie było albo były stare, zniszczone i mało wiarygodne cała droga była zaporęczowana. Każda z ekip po burzliwej naradzie przekazała na ten cel swoje liny albo zapłaciła za pracę Szerpów, więc każdy mógł korzystać z poręczówek. Na zdjęciach Uskok Hilarego wydawał mi się przerażający, ale w rzeczywistości udało mi się go pokonać zaskakująco łatwo. Niestety, na tym odcinku była niezła plątanina starych i nowych lin, co nie ułatwiało sprawy, szczególnie jeśli z rozpędu wpięłam się w niewłaściwą poręczówkę.

Wiemy, że w tym samym dniu były tam – jak to się mówi w naszym żargonie – „loty” (alpinistka z Korei spadła 600 metrów). Jakie to zrobiło na Tobie wrażenie?

Nie widziałam „lotów”. Sama miałam nieprzyjemne zdarzenie na ścianie Lhotse kilka dni wcześniej, ale bez nieszczęśliwych następstw. O wypadku Koreanki usłyszałam dopiero następnego dnia i spotkałam ekipę, która sprowadzała ją do dwójki. Przez chwilę nas przyblokowali na ścianie. Dziewczyna strasznie cierpiała, płakała, przewracała się co chwilę – przykry widok.

Czyli można nie zauważyć wypadku i faktu, że ktoś potrzebuje pomocy?

Można, oczywiście. Kiedy postanowiłam „zbiegać” ze szczytu, bo widziałam nadchodzące pogorszenie pogody, usiłowałam wyminąć kierownika ekipy koreańskiej wraz z dwoma członkami jego zespołu. Byłam zła, że nie ustępuje mi drogi i miota się w prawo i w lewo bez sensu… Dopiero potem dowiedziałam się, że miał objawy obrzęku mózgu, brakowało mu koordynacji ruchowej, mocno się odmroził. Czułam się amatorem, a miałam do czynienia z kierownikiem ekipy z Korei. Dystans, pewien respekt sprawił, że nawet do głowy mi nie przyszło, że mógłby potrzebować mojej pomocy. Teraz zachowałabym się inaczej. Choć wiedziałam też, że jest z dwoma innymi członkami swojej ekspedycji, więc czułam się niejako zwolniona z uważania na niego. Ale bywa też, że wspinający się ludzie są tak skoncentrowani na troszczeniu się o własny tyłek, że nawet nie chcą widzieć, że ktoś potrzebuje pomocy… Historia himalaizmu zna takie przypadki. 

Wiemy, że marzyłaś o Evereście od wielu lat. Dlaczego właśnie o Evereście i czy post factum uważasz, że było warto?

Dlaczego Everest? Bo jest! Bo to po prostu najwyższa góra świata, która rozbudza wyobraźnię. Oczywiście, że było warto, choć jest wiele piękniejszych i trudniejszych gór do zdobycia. Everest nie jest jednak – jak w przypadku wielu osób – ukoronowaniem mojej kariery we wspinaczce wysokogórskiej, bo dopiero ją zaczynam. No cóż, to był niezły trening przed innymi górami.

Zapewne zdajesz sobie sprawę, że przed wyjazdem mało kto poważnie traktował twoje szanse wejścia na szczyt. Na pewno byli jednak tacy, którzy w ciebie wierzyli. Możesz podać przykłady?

Chyba większość traktowała mnie jak wariatkę, która porywa się z „motyką na słońce”. Miałam jednak duże wsparcie ze strony Artura Hajzera i Piotra Pustelnika. Artur regularnie sprawdzał, jak się czuję, wspierał radami, szczególnie, że dla Niego Everest jest też szczególną góra po akcji ratunkowej, którą przeprowadził tam w ‘89… Z Piotrem Pustelnikiem często smsowaliśmy (był wtedy na Cho Oyu, a potem pod Annapurną). Miałam wiele pytań, wątpliwości, więc pewnie ich trochę zmęczyłam… Ale zarówno oni, jak i mój wielki autorytet, Krzysztof Wielicki, należą do osób, które życzliwie podchodzą do nowicjuszy, dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem. Są jednak też tacy, którzy sądzą, że mają wyłączność na góry i jakaś tam panienka z telewizji nie będzie się plątała po ICH Himalajach – bywa. Wierzyli we mnie też moi przyjaciele i oczywiście moja rodzina. Oczywiście dużo większe było grono tych, którzy pukali się w czoło i twierdzili, że nie dojdę nawet do dwójki. Najważniejsze, że w miarę rozwoju akcji górskiej liczba niedowiarków malała i przybywało zwolenników, nawet na portalach zagranicznych. Generalnie na forach bywało różnie. Głosy rozkładały się 50 na 50, ale na wspinanie.pl niejaki Mazeno dawał mi aż 99% szans (Hajzer tylko 60%) i to jeszcze przed akcją górską – to rekord. W ogóle portale specjalistyczne oceniały moje szanse lepiej niż te „przypadkowe”. Ale po wejściu na szczyt gratulowali mi prawie wszyscy, nawet zagorzali przeciwnicy. Najlepszym tego dowodem wpisy na stronie jkw.pl, gory321, e-gory, turnia.pl, wspinanie.pl itd. Dzięki im za miłe słowa, tego mi brakowało w górach. Cieszę się, że niektórzy dawali nam szanse zerowe. Dzięki temu mam większą satysfakcję, że się udało.

Co jest trudniejsze: Rajd Paryż Dakar czy Everest? Co wymaga większej odporności psychicznej i fizycznej? Można to w ogóle porównać?

To dwa zupełnie różne projekty i odpowiedź na pytanie, który był trudniejszy nie jest łatwa. Oba przedsięwzięcia były dość skomplikowane organizacyjnie i logistycznie. Oba wymagały dużego wysiłku i odporności, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Różniły się przede wszystkim tym, że Dakar był krótszy (3 tygodnie), stąd bardziej dynamiczny, wymagający ciągłej koncentracji i utrzymujący adrenalinę bez przerwy na wysokim poziomie. Góry z kolei to ogromna próba charakteru, wymagająca spokoju, cierpliwości i ciągłego czekania na odpowiednie warunki. Cierpliwość to cecha, której niestety nie posiadam, więc była to największa próba charakteru w całym moim życiu. Teraz już trochę „ostygła mi głowa” i zaczynam nabierać cech długodystansowca, koniecznych podczas kolejnych wypraw w wysokie góry.

Zaobserwowaliśmy, że wspinaliście się w kurtkach z kieszeniami zaszytymi przez naszywki sponsorów. Czy to znaczy, że:
a/ Kieszenie w górach nie są potrzebne :-)?
b/ Wasze oddanie na rzecz sponsorów było bezgraniczne ;-) ?
c/ Czy sponsorzy ten gest docenili :-)?

Wyprawa Falvit® Everest Expedition nie doszłaby do skutku, gdyby nie wsparcie sponsorów. Nie mam leżących w domu 70 tys. USD na samo pozwolenie, niestety… Projekt oprócz charakteru sportowego był projektem sponsorskim, w którym nasi darczyńcy otrzymywali z tytułu wsparcia naszej wyprawy określone świadczenia. Jednym ze świadczeń był branding. Zaszywanie kieszeni to była swego rodzaju kwestia kompromisu, na szczęście kurtki miały po kilka kieszeni i tylko te na piersiach były częściowo zaszyte. Jakoś nawet przez chwilę nie były mi potrzebne. Miałam kieszenie wewnętrzne w spodniach, plecak… Hmm… Nawet o tym nie myślałam, więc może jednak nie jest ich potrzeba aż tyle.

Ostatnie pytanie - ale liczymy na bardzo szczerą odpowiedź. Po co pojechała Pani zdobywać Everest? Co było Pani największą  MOTYWACJĄ?

Kiedy czytam, że zrobiłam to dla pieniędzy, to stwierdzam, że to był główny powód! Przecież gdzieś pieniądze trzeba wydawać! A tak poważnie to NIGDY nie udało mi się na jakiejkolwiek wyprawie nie tyle nawet zarobić, co „wyjść na zero”. Zawsze dokładam i to sporo, ale za marzenia zawsze warto płacić. Inni mówili, że pojechałam tam dla popularności, żeby zwrócić na siebie uwagę… No cóż, szkoda gadać…
Półtora roku temu złamałam kręgosłup. W wypadku zginął mój przyjaciel. Byłam załamana, odmówiłam rehabilitacji, nie widziałam sensu dalszego życia. Któregoś dnia przyjechał do mnie w odwiedziny Boguś Ogrodnik, przywiózł jakiś film z Everestu i… tak się zaczęły przygotowania… Czasem, gdy nie potrafimy znaleźć motywacji do rzeczy małych (jakimi było dla mnie codzienne żmudne ćwiczenie i rehabilitacja), to trzeba spojrzeć gdzieś dalej, wyżej i znaleźć cel, który zmusza do działania. Z perspektywy wózka inwalidzkiego i gorsetu pomysł wydał się absurdalny, ale może właśnie dlatego postanowiłam, że tego dokonam. Lekarze mówili, ze jeszcze dobrych kilka lat mogę zapomnieć o chodzeniu w góry, a ja się po prostu uparłam. Wyprawa na Everest ma dla mnie zupełnie inny wymiar niż dla większości zewnętrznych obserwatorów – to takie moje zwycięstwo ducha i ciała. To tak naprawdę była moja motywacja, taki jest mój Everest.

Dziękujemy za rozmowę i jeszcze raz gratulujemy.

"Góry", nr 6 (145), czerwiec 2006

(kg)
  



 


KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-02-21
GÓRY
 

28 polskich szczytów w 6 dni. Padnie rekord?

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
Goryonline
 
2018-02-20
GÓRY
 

Film z dnia wypadku Rafała Froni na K2

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-02-19
GÓRY
 

Wieści z K2: szybkie postępy na Żebrze Abruzzi

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-02-13
GÓRY
 

Wieści z K2 - postępy na nowej drodze

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com