facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-02-04
 

Malanphulan - Góra Siekiera

Góra „Siekiera” – nazwa idealna, nadana przez Wojtka Kurtykę – gdy się pierwszy raz pod nią zjawiasz, wbija się w twoją wyobraźnię niczym ostrze siekiery i potem nie jesteś już w stanie myśleć o niczym innym.
Tekst: Marcin Michałek (Szkoła Wspinania Alpintrans)

Znów jestem w Himalajach. Zmęczony siedzę na trawie w miejscu, z którego po raz pierwszy otwiera się widok na nasz ą górę. Jest cicho, wreszcie pozbyliśmy się tłumów, które ciągną pod Everest. Tu na szczęście nikt nie zachodzi, bo i po co? Ogromne dziewicze ściany, mimo iż żaden szczyt w okolicy nie ma nawet 7000 metrów, i jest tylko jedna niezbyt łatwa przełęcz. Ile to razy marzyłem o tej chwili?

Góra „Siekiera” – nazwa idealna, nadana przez Wojtka Kurtykę – gdy się pierwszy raz pod nią zjawiasz, wbija się w twoją wyobraźnię niczym ostrze siekiery i potem nie jesteś już w stanie myśleć o niczym innym. Co dzień pojawia się w twoich myślach. Ja uwolniłem się od niej dopiero, gdy ją pokonałem. Wcześniej wciąż miałem ją przed oczami – musiałem tam wrócić.



***

Po aklimatyzacji i kilkudniowym odpoczynku wychodzimy z naszej wygodnej bazy, którą jest hotelik w wiosce Pangboche. Niskie położenie bazy, ciepło, wygoda i trwająca nieustannie lampa ładują nam baterie. W bazie wysuniętej rozkładamy namioty i chłoniemy ostatnie promienie słońca, bo przez kilka następnych dni będziemy tylko o nim marzyć. Nadszedł czas walki…

***

Roziskrzone niebo i księżyc rzuca cień na śniegu, huczą strumienie, lodowiec skrzypi, jakby chciał uciec z niewoli. I ściana, która błyszczy złowrogo w oddali; patrząc w górę, potykam się o kamień... Dokąd prowadzisz nas Boże?

***

To już trzeci dzień, jak jesteśmy w ścianie. Dawno już zapadł zmrok, stoję w połowie wyciągu i jakoś nie mogę znaleźć dobrego miejsca pod śrubę. No cóż – myślę – założę coś wyżej. Lód wszędzie płytki, wkręcam śrubę do połowy. Próbuję w innym miejscu. Znów cienki lód, a pod nim gładkie płyty. Wystarczyłoby…

… wbić spit i problem asekuracji byłby rozwiązany! Nie istniałby problem jakości stanowisk. A gdyby jeszcze mieć portaledge’a? Kwestia biwaków z głowy. Może i liny poręczowe? A na dodatek paru mocnych Szerpów, którzy by je założyli? W bazie kucharz? W mesie laptop z filmami? I tragarze, którzy nam wszystko wyniosą? Wtedy wspinanie byłoby samym miodem, ściana padłaby małym wysiłkiem.

… ale kogo byśmy wtedy pokonali: ścianę czy siebie? Teraz to niestety (?) wyłącznie teoretyczny dylemat, bo ani spitów, ani żadnych z innych wyżej wymienionych udogodnień w ścianie ani w bazie nie mamy. Zaciskam więc zęby, które coś za bardzo szczękają i ruszam dalej.

Zmęczony dochodzę do małego kociołka, gdzie wygrzebuję spod śniegu dobrą rysę na cienkie haki. Wbijam dwa i z nadzieją się w nich zawieszam. Ale jakoś mi dziwnie, bo nie wiem, jak duży jest kawałek skały, w który wbiłem punkty i czy nie jest to tylko wmrożony w lód kamień, wbijam więc jeszcze jeden haczyk w innym miejscu. Krótka chwila na zaczerpnięcie oddechu. Odwracam się plecami od mroźnej i niedostępnej ściany, i patrzę naprzeciwko, gdzie za granią świeci ogromna południowa ściana Lhotse. Szukam tam trochę ciepła, bo wiem, że za niedługą chwilę znów przeniknie mnie chłód.



***

Świt zastaje nas przedzierających się powoli przez „Pralkę”. Cały czas jesteśmy skupieni, bo nie wiadomo, co będzie nad nami – czy dobry lód dociągnie do krawędzi? Wojtek w skupieniu prowadzi wyciąg. W końcu, mimo że zrzuca go w teren, który nie wygląda na przyjazny, przechodzi ten odcinek i niknie za przełamaniem. Po chwili przelatują obok nas bryły lodu, a lina znów idzie nieco do góry. I tak kilka razy. To znaczy, że prowadzący zakłada stanowisko. Po dość długiej (jak zwykle) chwili, krzyczy do nas radośnie:
– Mam auto, pralka za nami!
– Super! – odkrzykujemy – i tym razem jakoś szybciej i raźniej zbieramy się z Krzyśkiem do góry.

***

Znów moja kolej na prowadzenie – niby łatwiej, ale trzeba się mocno trzymać dziabek; niby wszędzie lód, a jednak nie puszcza tak łatwo, jak sobie bym tego życzył; niby do kolejnego spiętrzenia niedaleko, ale co wyciąg pada stwierdzenie „jeszcze z dwa wyciągi”.

Prawie całą długość liny powyżej znów zatrzymuję się, by wyrównać oddech. Trzymając się na dwóch dziabach, wybijam rakiem stopień, by móc ustawić się bokiem i odpocząć.
– Ile liny? – krzyczę w dół z nadzieją, że niewiele.
– 30 – odkrzykuje Wojtek.
Cholera, jeszcze tak dużo do góry – myślałem, że będę mógł już zakładać stanowisko.
Po chwili ruszam... No dobra jeszcze tylko delikatny trawersik i potem już powinno być łatwo. Nie jest. Na szczęście w końcu słyszę „koniec liny” i jak zwykle ta wiadomość zastaje mnie stojącego na przednich zębach raków. Ale to w tej ścianie nie problem, bo tak jest cały czas, więc jak rzadko można się wspinać na pełną długość liny i dopiero wtedy szukać miejsca pod stanowisko.

Kurczowo trzymając się siekadeł, rozglądam się za miejscem pod dobrą śrubę. Trzymam te dziaby chyba za mocno, ale jak jestem na końcu wyciągu, a mam pod sobą tylko dwa przeloty, z czego ostatni jest 30 metrów niżej i cała ściana pod nogami widoczna jest jak na dłoni, to ręce same mi się tak zaciskają. W końcu udaje mi się wkręcić stępione już śruby i gdy dopinam się do nich, czuję ulgę, bo teraz chłopaki mnie zmienią na prowadzeniu i przez dłuższy czas będę szedł na drugiego.



***

Patrzę na Krzyśka, który przechodzi najtrudniejsze miejsce. Trawers po twardym, bardzo stromym lodzie. Próbuje wkręcić śrubę, trzymając się dziaby, jednak po dłuższej chwili pasuje i się w niej wiesza. Śruby są już tak tępe, że nawet wisząc w dziabce, ma się ogromne problemy z ich wkręcaniem. Na szczęście jakoś się udaje, Krzysiek sprawnie przechodzi lodowąm bambułę i wydostajemy się nad ostatnie duże trudności. Teraz już tylko zagotować coś ciepłego do picia. Myślę wyłącznie o tym, by chociaż przez chwilę stanąć na jakimś stopniu i wreszcie nie wisieć w uprzęży.

***

Grań jest tuż nad nami. Próbuję z prawej – banalny teren wyprowadza mnie na przełączkę. Tam wyglądam na drugą stronę – przewieszone potężne seraki – nie tędy! Cofam się do stanowiska i ruszam na wprost. Lód zmienia się w sypki śnieg. Zaczyna się coraz cięższe torowanie. Wchodzę w bardzo stromy żleb, którym rozpierając się w trzeszczącym śniegu, nerwowo poruszam się do góry. Dochodzę pod serak, widzę, że grań jest tuż, tuż. Raki zaczynają się dziwnie ślizgać. Muszę coś założyć! Zgarniam spore ilości śniegu i dokopuję się do lodu. W nieskończoność kręcę śrubą – wszystkie są już zupełnie tępe, a i nasze siły też są mocno nadwątlone. W końcu siada!

Ruszam dalej w coraz mniej przyjazny teren. Stromo, śnieg nie trzyma; delikatnie, krok za krokiem dochodzę do grani. Szczyt jest na wyciągniecie ręki. Na kolanach podchodzę do krawędzi, wszystko niebezpiecznie skrzypi. Robi się niewesoło. Patrzę w dół, wszedłem na serak i czuję, że zaraz zawali się w czeluść wraz ze mną. Na stanowisko nie ma szans. Co robić? Dalej grań wygląda równie beznadziejnie. Postanawiam zejść niżej, by ściągnąć chłopaków. Wizja kopania w śniegu i wkręcania tępej śruby powoduje, że decyduję się zejść do mojego ostatniego przelotu. Tam zakładam stan. Co robić? – myślę. Jak to bezpiecznie przejść? Zaczynam się bać. Chłopaki dochodzą do mnie, a ja przedstawiam im problem. Dyskusja nie trwa zbyt długo i ze łzami w oczach zgodnie decydujemy się na zjazdy.



Zjazdy trwają w nieskończoność, zimno bardzo nam doskwiera. Czekając na swoją kolej, szarpany
dreszczami, kulę się w sobie, by chociaż na chwilę, gdzieś wewnątrz odnaleźć resztki ciepła, którego od dawna już nie czuję. Od ciągłego wiszenia w uprzężach bolą nas kręgosłupy. Teraz to już tylko walka o przetrwanie...

Dokończenie relacji oraz więcej na temat pokonania północnej ściany Malanphulan przez zespół w składzie: Marcin Michałek, Wojtek Kozub i Krzysztof Starek w GÓRACH, nr 12 (187) grudzień 2009.
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com