facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2018-07-26
 

Lodowiec nie taki straszny?

Pierwszym krokiem, który pozwoli uniknąć upadków do szczelin jest zrozumienie topografii lodowca i sezonowych zmian w pokrywie śnieżnej. Jeżeli będziemy wiedzieć, gdzie mogą występować szczeliny, będzie nam łatwiej uniknąć ich spotkania w nieprzyjemnych dla nas okolicznościach.


Lodowce pokrywają około 10% powierzchni naszej planety. Bez względu na to, czy były to lodowce wysokogórskie czy lodowce polarne, zawsze budziły grozę swoją tajemniczością i niedostępnością – reprezentowały dla człowieka świat spoza jego cywilizacji, świat jakiego nie znał. Przemierzając te zmarzliny wiecznego śniegu i lodu, człowiek poznawał ten świat i samego siebie.Wspinaczka po lodowcu to zupełnie inna bajka niż wspinaczka po lodospadzie czy w skalnej ścianie. Ale czy można sobie wyobrazić podejście pod większość wielkich ścian w Alpach, Andach czy Himalajach bez zmierzenia się z lodowcem i jego największym wyzwaniem – szczelinami?


Łatwa technicznie natura większości lodowców usypia czujność alpinistów hołdujących zasadzie „fast-and-light”. Wystarczy przypomnieć takie spektakularne upadki do szczelin, jakie przydarzyły się Messnerowi w północnej ścianie Everestu czy Renato Casarotto po samotnej, zakończonej niemal sukcesem, próbie zdobycia K2 (ten drugi, niestety, tragiczny). Przypadki te dowodzą, że umiejętności, talent czy doświadczenie niewiele mogą znaczyć, kiedy pokonujemy lodowiec. Należy zatem przygotować się na najgorsze. Sytuacje mogą być przeróżne – od zapadnięcia się na głębokość nogi, kiedy jesteśmy związani z partnerem liną, aż po kilkunastometrowy upadek podczas samotnej wędrówki.

Jeżeli decydujemy się na przejście przez lodowiec, musimy pamiętać, że:
1. najlepiej szczelin (więc i upadków) unikać;
2. próbować nie wpaść zbyt głęboko;
3. jeżeli wydarzy się upadek, wiedzieć, jak sobie czy partnerowi pomóc;
4. wiedzieć jak postępować w przypadku obrażeń, które mógł odnieść partner.

Wreszcie obowiązkowe jest posiadanie przez zespół apteczki pierwszej pomocy i znajomość podstawowej wiedzy przedmedycznej.

Zrozumieć lodowiec
Pierwszym krokiem, który pozwoli uniknąć upadków do szczelin jest zrozumienie topografii lodowca i sezonowych zmian w pokrywie śnieżnej. Jeżeli będziemy wiedzieć, gdzie mogą występować szczeliny, będzie nam łatwiej uniknąć ich spotkania w nieprzyjemnych dla nas okolicznościach.  Wyobraźmy sobie lodowiec jako ogromną masę lodu, która wolno acz nieustannie sunie w dół. Takie plastyczne ciasto (jeszcze lepiej: bardzo gęsty syrop) pozostaje jednorodne w swojej masie dopóty, dopóki nie przyspieszy i nie zacznie pękać, tworząc szczeliny. Dzieje się to zwykle tam, gdzie lodowiec nagle skręca bądź gwałtownie zmienia się kąt nachylenia stoku; jeżeli ten jest dość duży, powstaje lodospad (icefall). Środek lodowca okazuje się często najbezpieczniejszą strefą przejścia.


Każdy lodowiec składa się z wyższej i niższej sekcji przedzielonej granicą firnu (firn line). Powyżej tej granicy gromadzi się śnieg, poniżej – lodowiec znajduje się w fazie deterioracji i jego powierzchnia stopniowo topi się, zmieniając się w utwardzony przez lata szczery lód. Poniżej granicy firnu, w pobliżu jęzora lodowca, pęknięcia na jego powierzchni (mogą być imponujące) są zauważalne i łatwe do obejścia. Istnym polem minowym może okazać się rejon w pobliżu granicy firnu, gdzie szczeliny są ukryte, a mosty zbyt słabe, żeby utrzymać człowieka. Ta część lodowca jest czasami rozpoznawalna przez szare lub błękitne łaty lodu, pokryte sporadycznie (nieregularnie) przez bielszy śnieg.
Pozycja granicy firnu zmienia się w zależności od sezonu. W miesiącach zimowych obniża się, a przemieszcza wyżej wiosną i latem, kiedy temperatura wzrasta.


Ponadto, w odniesieniu do zmienności pokrywy śnieżnej, należy wspomnieć, że mosty w szczelinach wzmacniają się nocą, lecz słabną w ciągu dnia i podczas wzrostu temperatury (ocieplenia w ogóle). To warto wziąć pod uwagę, wracając przez lodowiec po wspinaczce i przekraczając znacznie słabsze mosty, niż było to nocą czy we wczesnych godzinach rannych.

 



Na lodowcu
Przeprawa przez lodowiec wymaga pewnej dyscypliny podczas asekuracji liną, żeby w każdym momencie być przygotowanym na upadek do szczeliny. Lina pomiędzy partnerami powinna dotykać powierzchni, ale nie powinna się po lodowcu wlec ani wisieć w powietrzu. Zbyt duży luz na linie może spowodować, że w razie upadku jednego z partnerów do szczeliny, drugi może nie utrzymać gwałtownego szarpnięcia. Zbyt duże napięcie na linie (lina w powietrzu) jest równie niewłaściwe – oprócz tego, że wygląda to dziwacznie, to z pewnością znajdziemy się w szczelinie tuż za naszym partnerem.
Na poważnie uszczelnionym lodowcu możemy zwiększyć odległość między partnerami i jednocześnie lekko zwiększyć napięcie liny, co może uczynić upadek bardziej znośnym. Możemy również rozważyć zawiązanie kluczek na odcinku liny między partnerami – na dwunastometrowym odcinku liny trzy, cztery kluczki wystarczą (zwykle któraś z pierwszych zatrzyma upadek, wcinając się w krawędź szczeliny). Jednak może to okazać się pułapką, jeżeli będziemy zmuszeni wyciągnąć naszego partnera na linie (np. w systemie wielokrążka).


Większość sytuacji alpejskich wymaga liny o długości 50 m i średnicy – najczęściej –9,4-10 mm. Grubsze są bardziej wytrzymałe, ale cięższe, co może mieć wpływ na tempo marszu. Jeżeli wybieramy się na wspinaczkę alpejską z użyciem liny podwójnej, na lodowcu możemy użyć jednej z połówek (chyba że jest to super cienka połówka, wtedy zalecałbym użycie układu podwójnego).


Na lodowcach gigantach (Karakorum, Himalaje), gdzie szerokość szczelin przekracza nawet 30 metrów, dwuosobowy zespół powinien rozważyć zabranie albo dużo dłuższej liny albo dwóch. Jeżeli mamy dwie 50-metrowe i liny wiążemy się do obydwu końców, po czym każdy z partnerów klaruje na sobie 28 m każdej z lin (jeden jedną, drugi drugą) – w ten sposób pozostaje między nimi około 22 m wolnego, rozpiętego odcinka liny. Zwykle nie ma potrzeby rozciągnięcia 50 m liny na całą jej długość. Im więcej ludzi na linie, tym krótszy dystans pomiędzy nimi. Dla dwóch osób potrzebujemy około 15 metrów wolnego odcinka liny pomiędzy nimi. Najprostszym sposobem skrócenia jej długości jest sklarowanie liny wokół ciała w zwoje. Najszybciej uczynimy to, znajdując środek liny, odmierzając w każdym kierunku 6 długości ramienia i zaznaczając to miejsce np. kluczką. Po czym wiążemy się „normalnie” końcami liny do uprzęży, przerzucamy pierwszy jej odcinek wokół szyi, lekko ją napinamy i przewijamy następne wokół szyi i pod ramieniem (tym, które nam lepiej pasuje), nieznacznie ja skręcając. Zwoje powinny znajdować się w połowie odcinka między pasem (talią) a pachą; zbyt długie zwoje będą nam spadać z ramienia, zbyt krótkie – krępować ruchy. Aby w razie upadku tak zwinięta lina nie urwała nam głowy, musimy zabezpieczyć zwoje. Jednym ze sposobów jest wykorzystanie w tym celu węzła flagowego, a na linie aktywnej (tej prowadzącej do partnera) zawiązanie kluczki, której pętlę za pośrednictwem karabinka przypinamy do uprzęży.


Tak zabezpieczone zwoje stanowią coś w rodzaju uprzęży górnej, stabilizując naszą pozycję w razie upadku do szczeliny – jest to szczególnie ważne, kiedy dźwigamy ciężki plecak lub tracimy przytomność podczas upadku. Jeżeli przechodzimy lodowiec w zespole trzyosobowym, „trzeci” powinien znajdować się w środku liny, być dowiązany do niej węzłem, np. tatrzańskim pośrednim (lub motylem alpejskim) oraz wpięty do uprzęży za pośrednictwem karabinka z blokadą.


Pytanie, czy „środkowy” powinien mieć zwiniętą linę na sobie pozostaje często tematem spornym. Uważam, że w większości przypadków zwijanie przez „środkowego” liny na sobie nie jest konieczne (chyba, że np. dźwiga ciężki plecak). Wtedy zwijamy linę od „pierwszego” od „drugiego” albo z obu końców liny. Jeszcze inną opcją może być wpięcie liny za pośrednictwem karabinka do uchwytu sprzętowego pasa ramiennego plecaka (niektóre modele takowe posiadają) lub skonstruowanie prostej improwizowanej uprzęży piersiowej z taśmy, zespolenie jej na piersiach karabinkiem i przepięcie przez niego liny.


Należałoby jeszcze rozważyć, czy „prusik” mamy mieć związany już na linie (co zresztą ma swoje plusy i minusy), czy trzymamy go w pogotowiu przy uprzęży. Zaletą takiej zapobiegliwości jest to, że w momencie upadku do szczeliny część systemu ratowniczego jest już gotowa. Poza tym, łatwiej znieść obciążenie ze strony partnera, który wpadł do szczeliny trzymając dodatkowo za pętlę „prusika”. Łatwiej także utrzymać upadek partnera, jeżeli siła szarpnięcia działająca na nas w chwili upadku znajduje się niżej – w przypadku użycia węzła Marcharda („blokera”) można następnie przenieść ciężar na główny węzeł, co pozwoli nam przenieść obciążenie na punkt centralny stanowiska. Poprzez użycie węzła, np. „francuskiego prusika”, możliwe  jest jeszcze obniżenie punktu nacisku, ale może pojawić się trudność ze zwolnieniem tego węzła pod obciążeniem.


Zwinięte zwoje liny powinny być nieco dłuższe od długości liny czynnej pomiędzy partnerami. Ten zapas może okazać się przydatny np. gdy lina łącząca obydwu wspinaczy zbyt głęboko wcięła się w krawędź szczeliny. Jeżeli pozostający w szczelinie może sobie pomóc sam, korzysta właśnie z tego wolnego odcinka liny, który rzuci mu partner. Jeżeli podróżujemy z ciężkim plecakiem, a zwłaszcza z saniami, warto rozważyć użycie dodatkowo uprzęży piersiowej.

Przemierzając lodowce alpejskie, poza oczywiście czekanami, warto zabrać z sobą kotwiczkę śnieżną deadmana (w górach wysokich często mamy do dyspozycji szable śnieżne), dwie śruby lodowe – akcesoria potrzebne do konstrukcji stanowiska zabezpieczającego upadek. Z pewnością powinniśmy posiadać w zestawie 2, 3 „prusiki”. Warto również pomyśleć o co najmniej jednym przyrządzie zaciskowym typu ascension, tibloc, ropeman czy mini traction (ten ostatni jest zarówno zaciskiem jak i bloczkiem). Niezwykle przydatne mogą okazać się właśnie bloczki  (rolki) awaryjne, których wielkość i waga (10 g) zredukowana jest do niezbędnego minimum. Przy takim zestawie operacje są szybsze, pewniejsze i znacznie zmniejszają tarcie.

 

 



Na ratunek
Procedurę ratownictwa na lodowcu można ująć w pewne podstawowe fazy postępowania:
1. zatrzymaj upadek;
2. zabezpiecz linę, pozostawiając wystarczający jej zapas, żeby dotarła do poszkodowanego;
3. sprawdź, co się dzieje z poszkodowanym i zdecyduj o metodzie ratownictwa; w zdecydowanej większości wypadków rzecz sprowadza się do dwóch opcji – albo poszkodowany jest w stanie sobie sam poradzić, albo musimy mu w tym pomóc,
4. przygotuj krawędź szczeliny;
5. asekuruj poszkodowanego podczas pokonywania krawędzi szczeliny albo przygotuj system wyciągania;
6. jeżeli poszkodowany jest poważnie ranny bądź nieprzytomny, przygotuj system wyciągowy.

 

Załóżmy, że stało się. Nasz przyjaciel wpadł 10 metrów do głębokiej lodowej rozpadliny - może jest ranny, a lina wcięła się głęboko w krawędź szczeliny. Co robimy?

 

Przede wszystkim musimy uwolnić się od ciężaru wiszącego partnera. Wymaga to sporej gimnastyki i zapewniam, że nie jest proste, szczególnie, jeżeli leży się na brzuchu (co niestety świadczy o naszej nieuwadze). Właściwa pozycja to upadek na plecy. W momencie upadku, najlepiej zejść „do parteru” i zaprzeć się mocno nogami, wbijając tylne zęby raków w podłoże. Jako hamulca możemy potrzebować też naszego czekana. Łatwość zatrzymania upadku będzie zależała od tego, jak twarde jest podłoże, czy krawędź szczeliny jest miękka oraz od tego, czy poszkodowany zwisa wolno na linie, czy zbocze lodowca jest nastromione w dół czy w górę. Upadki na lodowcu o kącie nachylenia w dół są zawsze trudniejsze do zniesienia.


Zdoławszy utrzymać upadek partnera do szczeliny, będziemy musieli zbudować stanowisko, do którego podepniemy obciążoną ciężarem zwisającego partnera linę. Jeżeli podłożem będzie lód, bądź się do niego dokopiemy możemy wkręcić dwie, trzy śruby lodowe i zbudować z nich stanowisko, najczęściej rozkładając napięcie równomiernie na każdy z tych punktów (np. w układzie samonastawnym). Jeżeli jednak podłożem będzie gruba warstwa śniegu konstruujemy stanowisko z czekana, co samo w sobie stanowi dość niezręczną sytuację, ponieważ wciąż musimy utrzymać ciężar partnera. Ważne jest to, na jaką głębokość zakopiemy czekan, gdyż pamiętajmy, że takie stanowisko ma utrzymać naprawdę duży ciężar. Pochylmy otwór lekko w kierunku przeciwnym do kierunku obciążenia, wyrównajmy, na ile się da, przednią ścianę zgodnie z kierunkiem obciążenia. Otwór dla taśmy (pętli) powinien być możliwie jak najwęższy i nie usiłujmy niczego wyrównywać, wygładzać itp. Powierzchnia przed otworem powinna pozostać jak najbardziej nienaruszona, gdyż stanowi to o wytrzymałości całego stanowiska. Szczelinę, w której zakopany jest czekan warto ponownie wypełnić śniegiem, ale możemy to zrobić już po przeniesieniu na niego obciążenia.

 


Wszystkie elementy szpeju, które użyjemy do budowy stanowiska – deadman, śruba lodowa czy czekan – muszą być absolutnie pewne. Takie stanowisko nie tylko musi wytrzymać ciężar wiszącego partnera, ale też i operacje związane z wychodzeniem ze szczeliny bądź (być może) z wyciąganiem z niej poszkodowanego. Większość systemów wyciągowych zwielokrotnia siłę działającą na stanowisko, podobnie zresztą jak zwielokrotnia ją w kierunku przeciwnym, czyli działając na ciało poszkodowanego. Siły te są pochodną napięcia pomiędzy stanowiskiem a obciążeniem. Siła działająca na stanowisko będzie wypadkową ciężaru ciała poszkodowanego i tego, co ma na sobie (plecak, sprzęt, narty…) i dodatkowo tarcia i oporu na krawędzi szczeliny i zostanie zwielokrotniona systemem wyciągowym. Dlatego stanowisko musi być bombowe! Szczególnie niebezpieczny moment może zaistnieć w sytuacji, kiedy podciągniemy poszkodowanego pod krawędź szczeliny i dojdzie do zaklinowania, a my – nie wiedząc o tym – ciągniemy dalej. Napięcie w systemie jest wtedy naprawdę nieprawdopodobne.


Kiedy nasze stanowisko z czekana jest już gotowe, na linie prowadzącej do partnera zawiążmy węzeł Marcharda, czyli bloker (dwustronnego działania – łatwiej go zwolnić pod obciążeniem). Następnie w taśmę, którą przewiązany jest zakopany czekan, wepnijmy karabinek z blokadą i w niego przepnijmy pętle węzła zaciskowego i linę. Jeżeli okaże się, że końcówki tak powstałego węzła zaciskowego są za krótkie, trzeba będzie układ przedłużyć za pomocą dodatkowej pętli czy ekspresu. Zsuńmy węzeł najniżej jak się da i powoli przesuwając się dół i bok, przenieśmy ciężar z siebie na stanowisko. Aby ustrzec się przed przypadkowym zsuwaniem się węzła, wolny odcinek liny zabezpieczmy półwyblinką i węzłem flagowym. Układ ten w każdej chwili może być zwolniony, nawet pod obciążeniem.


Możemy teraz wzmocnić stanowisko poprzez np. wbicie nart, drugiego czekana czy zakopanie plecaka. Następnie musimy podejść do krawędzi, aby sprawdzić, co dzieje się z naszym partnerem. Zanim jednak podejdziemy do krawędzi szczeliny, która często bywa przewieszona, sami musimy się zabezpieczyć – najlepiej założyć autoasekurację na wolnym odcinku liny. Jeżeli sytuacja nie jest groźna i nasz kolega jest w stanie sam wydostać się z pułapki, przygotujmy coś w rodzaju małej platformy blisko krawędzi. Jeszcze lepiej, jeżeli rzeczywiście nic złego się nie stało i okazuje się, że poniżej niego znajduje się jakiś most, na który moglibyśmy go mogli opuścić albo miejsce, z którego mógłby się samodzielnie wydostać ze szczeliny. Dość często występują w szczelinie fragmenty, gdzie ściana nie jest przewieszona czy stroma i poprzez takie sekcje można łatwo wydostać się na powierzchnię. I tutaj może pojawić się problem. Ponieważ możliwość opuszczenia partnera istnieje dość często, nie zrobimy tego, jeżeli z definicji założymy zacisk prusika. Zatem rozsądnie byłoby skorzystać z układu Marinera (częściowo już przygotowanego na linie). Później, odwieszając partnera (lina jest wpięta półwyblinką do punktu stanowiskowego i zabezpieczona węzłem flagowym) nie będziemy mieć problemu z odbezpieczeniem układu, a następnie z opuszczeniem i asekuracją partnera podczas próby samodzielnego wychodzenia.

Jak wyjść z tego cało?
Jeżeli wpadliśmy do szczeliny, ale jesteśmy w stanie sami się z tej opresji wydobyć, wystarczą umiejętności nabyte podczas podstawowego kursu wspinaczki skałkowej. Tzn. jedną z pętli prusika wykorzystamy na klasyczny zacisk prusika (lub „francuski”), wpinając ją za pośrednictwem karabinka (np. zakręcanego) do uprzęży. Drugi zacisk (może być taki sam) zawiążemy poniżej – jeżeli nie jest to jedna długa pętla, do już istniejącej dołączymy taśmę, która będzie oparciem dla jednej lub dwóch stóp. Teraz wystarczy podciągnąć zacisk nożny jak najbliżej węzła piersiowego (ale żeby się z nim nie stykał) i obciążyć go, stając w nim. W tym samym czasie węzeł górny podsuwamy maksymalnie do góry i delikatnie obciążamy – czynności powtarzamy do momentu, aż znajdziemy się przy krawędzi szczeliny. Jeżeli mamy do wyprusikowania dość długi odcinek, wolny odcinek liny (ten pod zaciskiem nożnym) wepnijmy za pomocą kluczki do uprzęży – i tak co jakiś czas, po to żeby się zabezpieczyć na wypadek, gdyby prusik zawiódł. Możemy sobie ułatwić życie, podpinając plecak do liny pod nami. To naprawdę męcząca i stresująca praca, zwłaszcza, jeżeli warga szczeliny jest przewieszona.
Jeżeli zawiedzie najprostsza metoda, musimy wykonać dodatkowe manewry, co niestety oznacza, że sytuacja jest poważniejsza. Na krawędzi, w miejscu, gdzie lina wcięła się w jej brzeg, podłóżmy plecak lub stylisko czekana, a następnie przerzućmy przez niego wolny odcinek liny – ten, który pozostawał zwinięty na ramieniu. Znacznie łatwiej będzie naszemu nieszczęsnemu partnerowi opuścić szczelinę. Ten pomocniczy odcinek liny może nam również posłużyć do wyciągnięcia np. plecaków czy sań.

Jak pomóc partnerowi?



Sytuacja staje się bardziej dramatyczna, jeżeli okaże się nasz partner odniósł jakąś kontuzję lub, co gorsza, jest nieprzytomny i będziemy musieli go stamtąd wydostać. Poważną, ale dość skuteczną techniką ratowniczą, którą najpewniej przyjdzie nam zastosować, będzie metoda wielokrążka oparta na odpowiedniej liczbie przełożeń (2:1 lub 3:1). Metoda wymaga solidnego stanowiska. Przy wielokrążku opartym na przełożeniu 2:1 („Z-drag system”) będziemy potrzebowali dwóch „prusików” (lub dwóch zacisków) i dwóch karabinków (jeszcze lepiej bloczków). Jeżeli podchodząc do krawędzi, by sprawdzić co dzieje się z naszym przyjacielem, założyliśmy autoasekurację na linie prowadzącej do niego, a więc tej obciążonej, część systemu ratowniczego mamy już przygotowaną. Następny krok to wykorzystanie owego prusika, do którego byliśmy wpięci, podchodząc do krawędzi szczeliny. Dalej wystarczy wpiąć w pętlę karabinek i przepiąć przezeń linę - wolny odcinek po drugiej stronie zacisku jednostronnego działania. Warto zabrać z sobą najprostszy bloczek-rolkę w celu wyeliminowania tarcia.


Utworzony w ten sposób system wielokrążka powoduje, że w momencie pociągania za wolny odcinek liny węzeł zaciskowy przesuwa się w górę. Napięcie w węźle zwolnimy, jeżeli przestaniemy ciągnąć linę, ale poszkodowany nie opadnie, ponieważ zadziała węzeł zaciskowy jednostronnego działania (autobloker). Warto odgarnąć śnieg, jeżeli zalega, spod całego układu wielokrążka aby nie zakłócił działania systemu.


Wyciąganie poszkodowanego w tym systemie nie jest wcale łatwą sprawą, ale jeżeli na wolnym odcinku liny zawiążemy kluczkę i wepniemy ją do uprzęży, to zaangażujemy również nogi i ramiona.  Przy przełożeniu 3:1 odpowiednio więcej (i zazwyczaj nieco dłuższego odcinka liny). „Prusik” (bloker jednostronnego działania) lub zacisk mechaniczny (assender, tibloc) zmontowany w punkcie centralnym stanowiska zabezpiecza obciążony odcinek liny przed poślizgiem. „Prusik” kolejny (prusik klasyczny, francuski, bloker dwustronnego działania) zsuwamy jak najniżej (najbliżej krawędzi szczeliny) i poprzez karabinek (i najlepiej bloczek) łączymy z (wolnym) odcinkiem liny, po przeciwnej stronie zacisku jednostronnego działania. Przy wyciąganiu liny w systemie przełożenia 2:1 „prusik” niższy zbliża się do zacisku, który blokuje linę przed samoczynnym poślizgiem, ale tutaj musimy uważać, aby obydwa te zaciski nie zderzyły się ze sobą, ponieważ cały system weźmie w łeb. Przy przełożeniu 3:1 nie musimy się tym martwić, ponadto uzyskujemy zmniejszenie siły (ciężaru), natomiast tracimy na postępie, a więc częściej musimy przesuwać „prusiki” – jeden maksymalnie w dół, drugi w górę. Zacisk jednostronnego działania, czyli autobloker możemy zastąpić tiblockiem firmy Petzl lub ropemanem firmy Wild Country. Korzyść mamy podwójną – te przyrządy zaciskowe redukują tarcie i nie pozwalają na jakiekolwiek przesuwanie się liny wstecz, co może być problemem przy zastosowaniu węzłów zaciskowych. Niestety, owe przyrządy mają też i wady, mianowicie są dość agresywne w stosunku do liny (niszczą ją) oraz pod obciążeniem, jeżeli zaistniej taka potrzeba, nie wydamy żadnego luzu partnerowi (po prostu nie zwolnimy liny pod obciążeniem).


Podczas manewru wyciągania postarajmy się o możliwie jak najwięcej miejsca dla siebie, ponieważ ta operacja wymaga powtarzających się czynności – musimy zsunąć prusik jak najniżej, a następnie podejść i ponowić czynność wyciągania – i tak do momentu aż nasz partner znajdzie się na powierzchni. W tej fazie powinniśmy być szczególnie ostrożni, ponieważ, paradoksalnie, chcąc pomóc partnerowi, szczególnie jeżeli jest to przewieszona krawędź szczeliny, możemy popełnić błędy, które mogą zakończyć się tragicznie.


Jeżeli system jest zbudowany nienagannie, a w dodatku zastosujemy bloczki, metoda wielokrążka pracuje bez zarzutu. Z systemu wielokrążka korzystamy również przy napinaniu liny przerzuconej przez szczeliny (mosty linowe) na lodowcu, które często pokonujemy (np. podczas wypraw). Oczywiście nieporozumieniem będzie (szczególnie dla naszego poszkodowanego partnera dyndającego w takiej lodówce), jeżeli tych metod będziemy się uczyć w trakcie ratowania nieszczęśnika. Należy to praktykować, i to na różne sposoby, przed każdym wysokogórskim wyjazdem.  Opanowanie technik ratowniczych na lodowcu może w dużym stopniu wyeliminować niebezpieczeństwo związane z przejściem pozornie łatwego terenu. Przejście lodowca nie musi być wyzwaniem i niewiadomą.

Tematy i techniki wspomniane w tym artykule stanowią jedynie zapowiedź wiedzy i praktyki, które turysta wysokogórski, wspinacz powinien nabyć na kursach prowadzonych przez instruktorów wysokogórskich lub przewodników wysokogórskich.

Tekst i grafika: Krzysztof Treter


Zdjęcia: Maciej Szopa


Tekst ukazał się w magazynie Góry nr 6 (145) czerwiec 2006


  

Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-20
GÓRY
 

TPN walczy ze śmieciami na górskich szlakach

Komentarze
0
 
 
Piotr Michalski
 
2018-09-20
GÓRY
 

Słowacy pod Mont Blanc - powstały dwie nowe drogi!

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-09-20
GÓRY
 

Manaslu: Monika Witkowska dotarła pod C3!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com