Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2014-02-12
 

Kolos z Ameryki - c.d. relacji

W pierwszej części relacji wyprawa dotarła do bazy pod Aconcagua - Plaza de Mulas.

Tekst: Robert Jurczak

Zdjęcia: Maciej Berbeka, Emilia Haraszczuk, Ryszard Siwecki, Maciej Orzażewski, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak, Jacek Gowik-gościnnie, Robert Jurczak

 

Aconcagua, Andy 2009.
Oficjalne logo wyprawy w składzie: Maciej Berbeka, Emilia Haraszczuk, Ryszard Siwecki, Maciej Orzażewski, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak, Robert Jurczak


W objęciach penitentów

Przebywamy w miejscu, gdzie dziesiątki wspinaczy ze wszystkich zakątków świata, przez kilkanaście dni pozostaną pod okapem rozgwieżdżonego, czarnego jak smoła andyjskiego nieba. Razem z pracownikami obozu, strażnikami, tragarzami, poganiaczami mułów, przewodnikami i kucharzami wydeptywać będziemy obozowe ścieżki i dzielić pomiędzy siebie wodę, wypływającą z piargów topniejącego lodowca.

Rejestrujemy się w strażnicy, tuż przy wejściu do obozu. Po odnalezieniu przydzielonego sektora okazuje się, że przeniesienie ekwipunku, zrzuconego z grzbietów mułów o sto pięćdziesiąt metrów jest nie lada wyzwaniem. Wokół zbierają się ołowiane chmury, które dopingują nas do szybkiego wyrównania usianego kamieniami terenu i rozbicia namiotów. Jesteśmy w otoczeniu ścian potężnego kolosa Aconcaguy oraz lodowców ze zwisającymi serakami i lodowymi jęzorami przykrytymi piargiem. Niedaleko wyrastają penitenty. Formacje śnieżno-lodowe, które tworzą zasieki w kotłach i na zboczach gór.

Penitenty - formacje śnieżno-lodowe, tworzące zasieki w kotłach i na zboczach gór. Fot. Ryszard Chmura

 


Po zrzuceniu plecaków, dopiero wtedy, zdajemy sobie sprawę, że zarówno mój plecak, jak i Krzysztofa ważył po dwadzieścia sześć kilogramów każdy. Niesiony w tak długiej górskiej wędrówce dał nam do zrozumienia, że jeden kilogram, tu w górach wysokich waży co najmniej dwa kilogramy. Plecak przytłacza i wbija w ziemię, z każdym kolejnym krokiem. Po dwóch godzinach ostatnie namioty rozbijamy w czasie burzy. Mamy do dyspozycji trzy dwójki, a jedynie Emilia otrzymuje pojedynczy. Resztę namiotów Maciej Berbeka zadysponował do założenia kolejnych obozów w wyższych partiach gór. Pół godziny później raz po raz grzmoty i błyskawice rozświetlają wnętrza naszego azylu. Wtenczas pakujemy w pośpiechu ekwipunek do środka, a do namiotu Macieja również niezbędne zapasy, bo jego namiot jest jednocześnie kuchennym. Po przejściu burzy razem z Emilią udajemy się po wodę do potoku, wypływającego spod lodowca. Woda jest mętna, ale po odstaniu nadawać się będzie do przygotowania kolacji. Część bagaży pozostaje na zewnątrz pod tropikiem. Jesteśmy tak zmęczeni, że jedynie na co mamy ochotę, to wskoczyć do śpiworów, nie zważając, w jakim stanie znajdzie się nasz obóz o poranku. Zasypiamy przy dźwiękach burzy i szumie pobliskiego wiatraka ze świadomością, że nazajutrz nikomu niespieszno będzie do wyjścia ze śpiworów nawet wtedy, gdy pojawi się piękne, błękitne niebo. Choć jajecznica zaserwowana na śniadanie przez Macieja nie powinna wpływać na aklimatyzację, to czujemy że od razu forma nasza urosła do poziomu pięciu tysięcy metrów. Po posiłku przez dwie godziny porządkujemy beczki i bagaże. Sąsiedzi z zazdrością spoglądają na wypakowane i ułożone obok polowej spiżarni puszki piwa i pięciolitrowe wino. Na tych wysokościach rarytasy te warte są każdych pieniędzy, a pamiętając zalecenie zawodowców wysokogórskich, by codziennie wypijać co najmniej cztery litry napojów pod każdą postacią, trunki te nabierają w ich i naszych oczach jeszcze większej wartości. Część zawartości bagaży uległo podczas transportu uszkodzeniu. Pomimo szczelnego wypełnienia beczek, ekwipunek zachowywał się przez kilka godzin transportu na mułach w taki sposób, jakbyśmy potrząsali pudełkiem zapałek tam i z powrotem. Cukier został zalany przez pękniętą puszkę napoju, pozostałe produkty pogniecione, ale na szczęście w całości. Podczas, gdy część osób zajmuje się segregowaniem, inni udali się do pobliskiego strumienia po wodę, która tylko przez półtorej godziny w południe nadaje się do ujęcia. Wtedy właśnie topniejące od słońca lodowce dają najczystszą wodę. Później, jeżeli woda w ogóle płynie, to wyglądem przypomina kawę z dodatkiem mleka.

Kolejna noc minęła niespokojnie. Około godziny 05:30 wyrwał nas przenikliwy rumor spadającej lawiny. Jak się okazało, była to lawina kamienisto-błotna, która spadła ze szczytów nieopodal obozu. Około południa część z nas udaje się do pobliskiego skupiska penitentów. W ich gąszczu, co chwilę przechodzą obok ludzie o ogorzałych twarzach. Schodzą z wyższych partii gór. Jedni z pobytu aklimatyzacyjnego, inni z ataku szczytowego. Jesteśmy również świadkami niezwykłej akcji ratowniczej. Jeden ze wspinaczy z grupy japońskiej, po zbyt krótkiej aklimatyzacji w wyższych partiach gór, dostał obrzęku płuc. Zamiast od razu wysłać po niego śmigłowiec, który dzisiejszego poranka często krążył ponad naszymi głowami, troje ratowników przez dwie godziny zsuwała nieszczęśnika na przepołowionej beczce. Całą akcję obserwowaliśmy z obozu, bo szlaki wspinaczkowe są z tego miejsca doskonale widoczne. Ostatecznie śmigłowiec zabrał jęczącego z bólu biedaka zaraz po tym, jak tylko ratownicy dotarli do miejsca, gdzie helikopter mógł swobodnie wylądować.

Obozowe życie i partnerzy, fot. Maciej Berbeka

 


Zanim na dobre wzeszło słońce, byliśmy już na nogach od ponad dwóch godzin. Temperatura w nocy spadła do - 6 stopni Celsjusza. Dzisiaj, po dwóch dniach pobytu w bazie, wyruszamy na trzydniową aklimatyzację. Najpierw na nocleg do Plaza Canada (5050 m n.p.m.), potem do Nido de Condores (5550 m n.p.m.). W wyższe partie musimy wnieść sprzęt m.in. czekany, raki, buty wysokogórskie, namiot. Zabieramy też wyposażenie wspólne, tzn. dwie butle gazowe na dwie osoby, palniki oraz zapas żywności. Wyruszyliśmy po godzinie 11.00, zaraz po tym jak tylko zaopatrzyliśmy bazę w świeżą wodę, by po przyjściu z gór od razu móc przygotować ciepły posiłek. Przed nami wyszło kilka innych grup, w tym czteroosobowy zespół rumuński, trzyosobowa grupa Polaków oraz kilkunastoosobowa grupa Finów.

Szlak w początkowym odcinku po wyjściu z Plaza de Mulas, wije się po stromym zboczu, a następnie przechodzi przez wąskie przejście pomiędzy skałami El Semaforo (4550 m n.p.m.). Dochodzimy do skał zwanych kamieniami Conwaya (Las piedras Conway, 4750 m n.p.m.). Idziemy dalej w górę po linii przekątnej w lewą stronę, potem omijamy z lewej strony skalisty wierzchołek, który tworzy bramę Plaza Canada. Po prawie czterogodzinnej, męczącej wspinaczce docieramy do obozu. Po przybyciu na miejsce rozsiadamy się na kamieniach. Każdy z nas wpatruje się w piękny widok gór i wierzchołków wyłaniających się z każdej strony świata. Na wschodzie góruje pasmo Aconcaguy, na którego szczycie falują chmury płynąc w kierunku oceanu. Podczas posiłku fascynuje nas biały szybowiec wyniesiony prądami wstępującymi na wysokość 7000 metrów n.p.m. Zarówno piloci jak i my podziwiamy szczyty skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Na zewnątrz powiewa biało czerwona flaga umocowana do kijków trekkingowych. Pośród kilkunastu namiotów, w grupie Argentyńczyków, Japończyków i Francuzów na wietrze łopocze jeszcze jedna flaga, Finów. Robi się coraz zimniej, dochodzi 21:50. Zanurzamy się w śpiwory z myślą o kolejnym dniu, gdy wyraźne rozmowy docierające z sąsiednich namiotów nie pozwalają zasnąć.

W gnieździe Kondora

Wraz z pojawieniem się pierwszych promieni słońca, wyłaniamy się na zewnątrz. Dzisiejszy poranek nie należy do ciepłych, a rozbity namiot tuż nad uskokiem skalnym szarpany jest przez sztormowe, wiejące od Pacyfiku poranne wiatry. Po przygotowaniu gorącej herbaty i zjedzeniu paru kawałków kruchych ciastek, rozpoczynamy demontaż obozu. Około 11.00 wyruszamy do Nido de Condores - Gniazda Kondorów. Wraz z wysokością marsz zwalnia tempo, oddech staje się płytszy, plecaki coraz cięższe. Przed nami cztery godziny wspinania i przewyższenie wynoszące pięćset metrów. Z Plaza Canada wyszliśmy długą ścieżką biegnącą w poprzek stoku. Na pierwszy dłuższy postój zatrzymujemy się przy skale, zwanej Kamień na wysokości 5000 metrów n.p.m. Każdy idąc własnym tempem dociera do charakterystycznego miejsca zwanego Cambio de Pendiente (5300 metrów n.p.m.). To miejsce nadawałoby się na biwak, szczególnie wtedy, gdyby nasz program wejścia na szczyt przewidywał dwa obozy podszczytowe: Cambio de Pendiente i Plaza Berlin. Wspinamy się po północnym zboczu w kierunku wielkiego rumowiska Gran Acarreo i stamtąd prostym trawersem do Nido de Condores. Idziemy w odstępach kilkunastominutowych. Pomimo zmęczenia, gdy docieramy do celu, sprawnie radzimy sobie z rozstawieniem namiotów. Jednak w czasie rozbijania namiotu, po raz pierwszy podczas tej wyprawy, dopadają mnie symptomy choroby wysokościowej. Ból głowy jest nie do zniesienia. Układam się na boku i czekam. Ból paraliżuje ciało i umysł. Po zaaplikowaniu mocnych tabletek przeciwbólowych, dopiero w ciągu następnych dwóch godzin dochodzę do jako takiej formy. Wtedy odpalamy kuchenkę gazową, szykujemy posiłek. Wieczorem, kiedy samopoczucie wróci do normy, wybierzemy się na obchód terenu. Nido de Condores to wyjątkowe miejsce widokowe. Na zachodzie widać szczyt Catedral i dolinę Valle de Chile. Po przeciwnej stronie centralne doliny, Los Patos i Barreal. Patrząc na północ widzimy wybijający się wierzchołek Cerro Mercedario (6770 m n.p.m.) leżący w łańcuch górskim Cordon de la Ramada. W otoczeniu góry Cerro Cuerno pojawia ziemia Gusffeldta i dolina Valle Volcan.

Zachód słońca na Nido de Condores, fot. Robert Jurczak

 

 

 

Kiedy kierujemy wzrok na południe dostrzegamy kolosa Ameryki z dwoma szczytami: południowym i północnym. Ten ostatni płonie w resztkach promieni zachodzącego słońca. Z rozmyślań wyrywa nas nadlatujący śmigłowiec, który kilkukrotnie zatacza krąg. Trwa akcja górska. Zespół ratowników sprowadza na specjalnych noszach śmiałka, który nie przetrwał trudów wysokogórskich. Tymczasem przygasa błękit dnia. Gdy tylko świat przesłoniła ściana ciemności, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Wpatrujemy się w rozgwieżdżone niebo, szukamy Krzyża Południa o kształcie krzyża łacińskiego, który rozbudza emocje patriotyczne i jest symbolem wielu narodów półkuli południowej. Okoliczne namioty zapłonęły czołówkami i tylko wiatr przypomina nam o miejscu pobytu, szarpiąc niespokojnie naszego Marabuta.

W kolejnym dniu, wyruszamy z powrotem do Plaza de Mulas. Kilka łyków wczorajszej ciepłej jeszcze herbaty stawia nas na nogi, a perspektywa szybkiego zejścia i dotarcia do bazy dodaje sił. Schodzimy, sadząc duże kroki. O ile nasza wędrówka w górę trwała dwa dni, o tyle samo zejście zabrało nieco ponad trzy godziny. Z górnego odcinka szlaku wybraliśmy bezpośrednią ścieżką, idąc przez środek pola łączącego wierzchołek Cerro Manso z Gran Acarreo, bacząc jednocześnie na zwisające seraki, które mogą być zagrożeniem. Powrót na wysokość 4300 metrów sprawił, że czujemy się fantastycznie.

c.d.n.

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com