facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-07-04
 

Jedziemy łoić na Meteory...

Rejon Meteorów to ciekawa propozycja na wspin na wielowyciągówkach, w formacjach, których nie spotkacie prawdopodobnie nigdzie indziej. Co nie znaczy, że nie warto tam jechać. Praca nóg, balans to najważniejsza umiejętność na tej formacji. Psycha rośnie z każdym dniem. Niewielu wspinaczy, to i wiele innych cech sprawia, że szczerze mogę was zaprosić do wyjazdu na Meteory.
Tym razem podróżować będziemy burżujsko autokarem, dzięki koneksjom Łukasza, ale i tak perspektywa 26 godzin w autobusie do Grecji nie jest taka miła.

Pakujemy się do autokaru w Nowej Dębie i planowo 26 godzin później wysiadamy w Larissie na Greckiej ziemi. A jest to ziemia mocno spieczona przez słońce i niemiłosierne temperatury. Pogoda jest jednak dla nas łaskawa i jest tylko 30 stopni w cieniu... To znaczy byłoby, gdybyśmy mieli w nim okazję stać. Autostop rządzi się jednak innymi prawami i przez godzinę łapiemy brąz na poboczu drogi, aby w końcu się dowiedzieć, że stoimy w złym miejscu. Prawidłowe miejsce znajduje się około 3 greckie kilometry dalej (a 5 polskich). Taki miły spacerek z 30-kilowymi plecakami. W końcu szczęście nam dopisuje, w postaci rumuńskiego kierowcy tira.
2 godziny później widzimy wreszcie pierwsze szczyty Meteorów, a chwilę później stoimy już na placu w Kalampaki i słońce już nam nie przeszkadza. Turnie robią spore wrażenie... Zbieramy szczęki z placu i idziemy szukać campingu.


Widok na Meteory (fot. Łukasz Siekierka)

Na Campie Vrahos rozbijamy namiot koło państwa Stutte. Herr Stutte jest nomen omen współautorem dwóch przewodników po rejonie. Zrobił kilkadziesiąt (jeśli nie setki) pierwszych przejść w tym rejonie. Wszystkie według twardej szkoły saksońskiej. Jeśli nie wiecie, na czym to polega, to mała lekcja stylu tej szkoły: drogi otwierane od dołu, przeloty wbijane stojąc na stopniach spitownicą podczas pierwszego przejścia (ale nie za blisko, a w łatwym terenie nie są potrzebne). Tam gdzie się da założyć asekurację, to ringów się nie zakłada. O takich drobiazgach jak nieużywanie magnezji nie warto nawet wspominać. Jednakże drogi te mają swój niepowtarzalny klimat, a gdy wspinasz się po nich, to nierzadko myślisz sobie: „Jak ci goście to przełoili 30 lat temu? Cały naród niemiecki musiał ich obdarować psychą...”
Dlatego dziś wspinając się na tych liniach, możemy mówić o komforcie psychicznym, gdy wpinki są co pięć metrów. Ciekawie zaczyna być, gdy są trzy na 35-metrowym piątkowym wyciągu. Nieciekawie gdy możemy zarzucić jedną pętlę na łatwym trójkowym, lub czwórkowym wyciągu o skromnej długości 40 metrów. Generalnie nie będziemy narzekać na obciążenie szpejarek ekspresami, a powiedzenie „OS albo szpital” to nie żart...
Tutejszym asekuracyjnym hitem są pętle zakładane wyblinką na wystające otoczaki ze zlepieńca. Do tego czasem w rysach można założyć kości, friendy lub heksy. Generalnie jednak możemy zapomnieć o zakładaniu asekuracji co parę metrów, bo w większości przypadków nie ma takiej możliwości i trzeba się przygotować na długie runouty.


Wyblinka z taśmy na otoczaku (fot. Damian Granowski)


Mieliśmy upatrzoną listę dróg, które warto przejść (trzy gwiazdkowe opisy w przewodniku). Jednak skończyło się na paru drogach z tej listy i paru drogach, które wpadły nam w oko. Na więcej nie pozwoliła nam wyjątkowo kapryśna majowa pogoda w Grecji.

Pierwszy dzień zaczęliśmy od dobrego wyspania się. W końcu „Rest is the best” zwłaszcza jak pada... W końcu jednak nasze klątwy pomogły i koło trzeciej po południu wyszło słońce. Do zmroku zostały dwie godziny, więc padło na trójkową Südweg na skale Doupiani. Szybkie wejście i zejście utwierdza nas w przekonaniu, że będzie to ciekawy i mocno pouczający wyjazd.


Łukasz wpisuje się w książce szczytowej (fot. Damian Granowski)

Na śniadanie drugiego dnia wkaszamy Regenpfeiler V+. Tu dopiero zaczyna się taniec na skale, który jest wymuszony przez formację skały, czyli mniejsze i większe otoczaki wystające z piaskowca. Dominują płyty, po których pomykamy na nogach, a ręce służą nam jedynie do utrzymywania równowagi.
Po południu czas na jeden z klasyków rejonu. Ostkante VI. Piękna droga z ostatnim czujnym wyciągiem, po małych stopieńkach.
Po południu sjesta, a na wieczór „droga w sam raz na wieczór”. Südwegkante na skale Ambaria, jest w sam raz. Do tego porywisty wiatr i problematyczne zjazdy powodują, że kończymy ją o dziesiątej w nocy, z ulgą na twarzach wbijamy się do śpiworów w namiocie.


Ostkante prawie w całej okazałości (fot. Łukasz Siekierka)

Nie ma to tamto! Następnego dnia padło na klasyk rejonu, czyli Traumpfeiler (Filar Marzeń). Trzy gwiazdki w przewodniku dają pewność, że będzie to nie byle jakie wspinanie. Helligergeist, na którym znajduje się linia to 200 metrów w pionie, a sama droga ma około 250 metrów, podzielonych na dziewięć wyciągów. Pierwsze dwa wyciągi to rozgrzewkowe wspinanie w połogu i płycie. Zabawa zaczyna się na trzecim wyciągu, gdzie wbijamy się w komin przechodzący w przerysę. Mimo wyceny V miejsce to sprawia raczej odrzucające wrażenie, ale jak już się tam wpełźnie, to nie jest tak źle. Po 5 metrach klnięcia, rzężenia i stękania dochodzimy do miłej (zwłaszcza po tej przerysie) piątkowej rysy. Po tej przerysie, pozostała część drogi dostarcza już tylko pięknych wrażeń estetycznych. Chociaż na ostatnim wyciągu mamy 15-metrowy runout w czwórkowym terenie. A po tej cudownej wspinaczce możemy podziwiać widoki na okoliczne turnie oraz wpisać się do książki wejść w puszce szczytowej. Traumpfeiler jest drogą obowiązkową dla tych, którzy czują się pewnie w trudnościach V+. Różnorodność formacji, piękne widoki, jakość przechwytów, wszystko to składa się na urodę tej drogi. Pomimo tego, że ma wycenę V+ nie lekceważcie jej, bo to saksońskie V + ;-)


Rysa na Traumpfeiler (fot. Damian Granowski)

We wtorek był „fun”. Archimedes V jest bardzo ciekawą propozycją dla tych, którzy mają ochotę się powspinać w kominach i przerysach. 160-metrowy komin przechodzący w przerysę, dzieli skałę Pixari na dwie części. Droga należy do tych z wykrzyknikiem w przewodniku, plus mała strzałka ze znakiem zapytania oznaczająca brak lub problematyczny odwrót.
Na drodze dosłownie wypróbujemy mnóstwo trików związanych z poruszaniem się w kominie. Od szerokiej zapieraczki, klinowania łokci, po przeciskanie się do góry kominem. Łukasz wypatrzył sobie linię Archimedesa, więc  prowadził wszystkie wyciągi (wspinaliśmy się w stylu indywidual RP. Jedna osoba prowadzi wszystkie wyciągi). On miał przygodę, ja mogłem delektować się samym wspinaniem. Trzeci kluczowy wyciąg startuje z półwiszącego stanowiska trawersem, w środku przewieszonego komina. Smaczku dodaje lufa pod nogami, na początku około 30 metrów, a na wejściu w ciasny komin już około 60 metrów pod nogami. Po przejściu tego fragmentu nie ma odwrotu i pozostaje tylko pełźnięcie w górę do stanu. Droga trzyma do samego końca, a nawet po. Zjazdy w środek lasu (co druga roślina ma liście z kolcami), a później godzina marszu do drogi, sprawią, że o Archimedesie jeszcze długo nie zapomnimy.


Skała Pixari z widoczną linią Archimedesa (fot. Łukasz Siekierka)

Po trzech dniach wspinania pasuje zrobić rest. W ramach odpoczynku wybieramy się na trzy gwiazdkową Apollofalter V+. Bardzo ładna klamiasta droga z świetnymi widokami, a do tego komfortowa asekuracja (wpinki co około pięć metrów). Droga znajduje się na skale Ypsiloterafels między klasztorami Metamorphosis i Varlaam, więc mieliśmy zagwarantowany doping, licznych zwiedzających te klasztory.

Po dniu „restu” wybieramy się na upatrzoną wcześniej Weg Des Wassers VII+ (nią biegnie linia zjazdów z Helligergeist). Łukasz w najczystszym stylu pokonuje kluczowy start po marnych piciokach i gniotach. Kolejne wyciągi to interesujące wspinanie kuluarem wyżłobionym przez wodę spływającą z plateu turni. Po zjazdach planujemy zmierzyć się jeszcze z jedną drogą „Bez odwrotu”, lecz nadciągające chmury dają nam znać, że lepszą opcją będzie sesja bulderowa na pobliskim kamieniu.

Kolejny dzień to niestety zlewa. W ramach oszczędności postanowiliśmy się wynieść z campu do jednej z wielu nyż skalnych i przekimać tam do rana. To tak w ramach podtrzymywania polskich tradycji wyjazdów westowych;-)

Podsumowując, rejon Meteorów to ciekawa propozycja na wspin na wielowyciągówkach, w formacjach, których nie spotkacie prawdopodobnie nigdzie indziej. Co nie znaczy, że nie warto tam jechać. Praca nóg, balans to najważniejsza umiejętność na tej formacji. Psycha rośnie z każdym dniem. Niewielu wspinaczy, to i wiele innych cech sprawia, że szczerze mogę was zaprosić do wyjazdu na Meteory.

Damian Granowski

Więcej informacji praktycznych znajdziecie na stronie meteory.drytooling.com.pl.


Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com