facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-07-03
 

Janusz Kurczab - człowiek czekana, pióra i szpady

Janusz Kurczab (ur. 1937) wspinacz, trener alpinizmu, szermierz (olimpijczyk i trzykrotny Mistrz Polski w szpadzie), skialpinista - wywiad Andrzeja Mirka.
Janusz Kurczab (ur. 1937) wspinacz, trener alpinizmu, szermierz (olimpijczyk i trzykrotny Mistrz Polski w szpadzie), skialpinista. W Tatrach poprowadził przełomową drogę Filarem Kazalnicy (1962), na Ścieku na Kotle Kazalnicy latem (1964) i zimą (1971), oraz nowe drogi m.in. na Młynarczyku, Gerlachu i Mięguszowieckim Szczycie. Ma wiele osiągnięć w masywie Mont Blanc i w Dolomitach - pierwsze zimowe przejście Filara Narożnego (1971), pierwsze zimowe przejście direttissimy pd. ściany Tofana di Rozes (1964) i Via dell’Ideale na Marmoladzie (1973). Oprócz tego ma na koncie pierwsze przejścia letnie, np. nową drogą na Les Droites (1967) oraz pierwsze polskie, np. drogą Ratti-Vitali na Aiguille Noire (1971), drogą Major na wsch. ścianie Mont Blanc (1973), drogą Philippa i Flamma na Punta Tissi (1963), Filarem Wiewiórek na Cima Ovest (1963).
Pokonał 1500-metrową pd.-zach. ścianę Noszaka (1972) w stylu alpejskim, kierował wyprawami na Shisparé (1974) i narodową wyprawą na K2 (1976). Najwybitniejszy (obok Andrzeja Zawady) organizator wypraw. Jeden z pierwszych absolwentów studium trenerów alpinizmu na AWF w Krakowie. Od końca lat siedemdziesiątych jako pierwszy na łamach polskiej prasy wspinaczkowej opisywał metodykę i cykle treningowe ukierunkowane na alpinizm. Autor wielu artykułów, książek popularyzatorskich i przewodników, redaktor „Taternika” (2003-2007).



W schronisku Tissi, Dolomity 1969

Trening wspinaczkowy to dziedzina,z w której dokonał się duży postęp, a Pan był jednych z pierwszych dyplomowanych trenerów alpinizmu. Poproszę o parę słów wspomnień - jak wyglądały początki?

Łatwiej przychodzi mi wspominanie okresu naszych studiów, niż postrzeganie zmian i postępu w tej dziedzinie. Studium Trenerów II klasy Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie – tak brzmiała pełna nazwa naszej szkoły. O ile się orientuję, były tylko dwa turnusy kursowe na tym Studium. Być może później studenci AWF robili dyplomy obierając specjalizację „trener alpinizmu”, ale nie jestem tego pewien.
Studium było zaoczne, przyjeżdżaliśmy do Krakowa co parę miesięcy na tygodniowe sesje. W „Domu Turysty”, gdzie mieszkaliśmy, wieczorem odbywały się gorące dyskusje, a nawet spory, nierzadko przy kieliszku czegoś mocniejszego... Ciekawostką tego pierwszego turnusu było, że kierownik Studium Ryszard Kozioł był równocześnie jego słuchaczem! Również jego następca Andrzej Matuszyk kończył wówczas Studium. Wykładowcami przedmiotów specjalistycznych byli m.in. Marian Bała, Stanisław Biel, Jerzy Hajdukiewicz, Zdzisław Jakubowski, Ryszard Kozioł, Józef Nyka, Andrzej Paulo, Janusz Śmiałek, Andrzej Zawada i... Janusz Kurczab. Z indeksu, który sam sobie musiałem podpisywać (!), wynika, że miałem zajęcia z dwóch przedmiotów: „Metodyka treningu” oraz „Sprzęt i wyposażenie alpinisty”. Jak już wspomniałem, część wykładowców siedziała również w „ławach studenckich”, oprócz wspomnianych Kozioła i Matuszyka, również Bała, Paulo i Śmiałek.. Spośród innych słuchaczy Studium pamiętam jeszcze m.in. Jurka Kukuczkę i Tadka Piotrowskiego. Pierwsza sesja miała miejsce w maju 1973 roku, a rozdanie dyplomów – w kwietniu 1977 roku. Później zorganizowano jeszcze jeden turnus Studium. O ile dobrze pamiętam, ukończyli go m.in. Wanda Rutkiewicz, Jan Wolf i Andrzej Zawada.
Po uzyskaniu dyplomu pracowałem przez kilka lat jako trener w Klubie Wysokogórskim Warszawa, prowadziłem treningi, szkoliłem i organizowałem zawody wspinaczkowe. Prowadziłem również oficjalne zajęcia wychowania fizycznego na Akademii Medycznej dla studentów – członków Klubu Alpinistycznego Medyków.

Z informacji, które znalazłem, wynika, że łącznie dokonał Pan około 50 pierwszych przejść. Tymi dokonaniami można by obdzielić kilku wspinaczy. Jestem pod dużym wrażeniem. Jak to było możliwe organizacyjnie i logistycznie?


Było ich trochę mniej, około 40 nowych dróg letnich i pierwszych przejść zimowych – w sumie. Czy to jest dużo? Zacząłem się wspinać w 1957 roku, a ostatnią wspinaczkę górską (skałek nie liczę) odbyłem w 1996 roku. Łatwo obliczyć, że moja kariera taternicka trwała 40 lat. Pierwsza nowa droga to rok 1960, ostatnie pierwsze przejście zimowe – rok 1980. A więc na tę ilość pierwszych wejść potrzebowałem 21 lat. Weźmy pod uwagę, że kiedyś spędzało się w górach znacznie więcej czasu niż obecnie, a i problemów  można było znaleźć więcej. W latach sześćdziesiątych można było znaleźć w Tatrach dziewicze ściany, a w 1970 roku trafiło mi się z trójką przyjaciół nawet pierwsze wejście na dziewiczy wierzchołek – Wyżnią Młynarzową Kopę.

Wśród przejść tatrzańskich zdecydowanie wyróżnia się pokonanie Filara Kazalnicy. Z tą wspinaczką była związana dramatyczna przygoda. Poproszę o garść wspomnień.

Nie ukrywam, że mimo iż przejście Filara miało miejsce w pierwszym okresie mojego wspinania, to tego osiągnięcia w Tatrach nie udało mi się już przewyższyć. Wspomnienia z tej wspinaczki są ciągle żywe, towarzyszyła jej atmosfera rywalizacji, a dodatkowym obciążeniem były tragiczne wypadki, w jakie obfitował ten pechowy sezon.
Pytając o dramatyczną przygodę, ma Pan zapewne na myśli odpadnięcie w Wielkim Okapie. Przytoczę tu skrócony fragment mojego opowiadania opublikowanego w książce „Filar Kazalnicy”:
„Wielki okap postanowiliśmy przejść po hakach, nie korzystając ze zwisającej liny poręczowej. W rozpędzie minąłem ostatni hak wbity własną ręką i zawiesiłem się na pierwszym  haku Pomurnika. I wtedy na oko pewnie tkwiący w dobrej szczelinie hak wyleciał pod moim ciężarem!
Szarpnięcie wyrwało dwa następne haki i po ułamku sekundy dyndałem wolno w powietrzu w kilkumetrowej odległości od skały. Licząc się z taką ewentualnością, w czasie wspinaczki na Filarze zawsze mieliśmy przy sobie dwie pętle związane na linie asekuracyjnej węzłami Prusika. Na próżno jednak kopałem nogami w powietrzu. Nie mogłem trafić nogą w żadną z pętli. Związany byłem liną tuż pod pachami, toteż gruby węzeł zadzierał mi brodę do góry i uniemożliwiał spojrzenie w dół. Gdy rozszerzyłem pętle rękami, okazało się, że są za krótkie i w pozycji wiszącej nie mogłem tak wysoko zadrzeć nogi. Zacząłem się męczyć i ucisk pod pachami stawał się nie do wytrzymania. Lada chwila groziła mi utrata przytomności, a wtedy już nie byłoby żadnego ratunku!
Zaczęło mi ciemnieć przed oczami. I wtedy dotarł do mnie głos Pomurnika, który krzyczał: „zawieś ławeczki na prusikach”! Prawda, ławeczki! Złapałem jedną z nich i zapiąłem na pętli. Ostatkiem sił podciągnąłem się trochę na rękach, ledwie tyle, by móc na moment spojrzeć w dół, kopnąłem rozpaczliwie nogą i... stanąłem w ławce. Ucisk pod pachami zelżał i całe zmęczenie minęło jak ręką odjął.”
To była jedna z najbardziej niebezpiecznych przygód w całej mojej 40-letniej karierze wspinaczkowej.

Które z przejść alpejskich wyróżniłby Pan i dlaczego? Również poproszę o wspomnienia, począwszy od wyboru celu, przez samo wspinanie, skończywszy na odbiorze w środowisku.

Na pierwszym miejscu zdecydowanie postawiłbym pierwsze zimowe przejście drogi Bonatti-Gobbi na Wielkim Filarze Narożnym Mont Blanc. Również dla moich towarzyszy wspinaczki było to życiowe osiągnięcie, w tym także dla Andrzeja Mroza, który przecież miał w Alpach wiele świetnych przejść. Celem naszego wyjazdu w 1971 roku było pierwsze przejście zimowe jednego z trzech wielkich problemów, jakie można było znaleźć w Masywie Mont Blanc: północnej ściany Les Droites, Filaru Croza na Grandes Jorasses i Filaru Narożnego Mont Blanc. Pierwszy stał się nieaktualny jeszcze przed naszym wyjazdem z kraju: trójka alpinistów szwajcarskich przeszła na początku stycznia 1971 północną ścianę Les Droites. Z kolei w Chamonix dowiedzieliśmy się o pokonaniu Filaru Croza przez dwójkę Francuzów z École Militaire de Haute Montagne. Dziewiczy pozostał więc tylko Wielki Filar Narożny – najdłuższa, najtrudniejsza i najbardziej ryzykowna z upatrzonych przez nas dróg.
Skład naszego zespołu wyglądał następująco: Andrzej Dworak, Andrzej Mróz, Tadeusz Piotrowski i ja. Bazą wypadową na Filar było schronisko (wówczas jeszcze bez gospodarza) na Col du Trident. Pierwszy atak 2 marca nie powiódł się z powodu złej pogody. Po biwaku wycofaliśmy się na przełęcz, by ponowić szturm w dniu 5 marca. Warunki w ścianie pogorszyły się i wspinaczka przebiegała wolno, tym bardziej, że byliśmy mocno obciążeni. Po każdym wyciągu następowało wyczerpujące wyciąganie worów. Dziennie pokonywaliśmy średnio 3-4 wyciągi najtrudniejszych partii drogi, docierając wieczorem 8 marca na wierzchołek turni na wysokości ok. 3950 m, wieńczącej tzw. Śliczne Zacięcie – ostatni trudniejszy technicznie fragment Filara. W dniach 9 – 11 marca przeszliśmy pozostałą część drogi i przez wierzchołek Mont Blanc dotarliśmy do schroniska Vallota. Warunki lodowe na łatwej zazwyczaj Grani Peuterey były bardzo złe, niemal bez przerwy musieliśmy rąbać stopnie. Mocno dawał się we znaki porywisty wiatr, co przy panującej temperaturze ok. minus 20 stopni (w nocy było poniżej -30 stopni), groziło ciężkimi odmrożeniami. W sumie przejście trwało 7 dni, a ostatni - szósty biwak był szczególnie ciężki. Dworak i Piotrowski odkryli wówczas, że mają poważnie odmrożone palce u nóg. Opuchlizna nóg uniemożliwiała założenie butów i konieczna była ewakuacja z Vallota helikopterem.
Nasze przejście spotkało się z żywym oddźwiękiem w świecie alpinistycznym i prasie francuskiej. Najbardziej znamienne było stwierdzenie paryskiego dziennika „Le Figaro”, który zaliczył je do rzędu „najwybitniejszych osiągnięć w historii alpinizmu”. W „Alpine Journal” podobnie ocenił nasze przejście znany brytyjski alpinista Paul Braithwaite. W Polsce prasa codzienna bardziej zainteresowała się wypadkiem Andrzeja Tarnawskiego, niż późniejszym sukcesem. Ale ocena polskiego środowiska alpinistycznego, Klubu Wysokogórskiego i centralnych władz sportowych była jednoznacznie wysoka. Za Filar Narożny otrzymaliśmy pierwsze w historii naszego alpinizmu najwyższe polskie odznaczenia sportowe: Złote Medale „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe”.


Podczas pierwszego biwaku na Filarze Narożnym, 1971

Dolomity to fantastyczne, wysokiej urody miejsce dla wspinacza, narciarza i turysty, a co u Pana zadecydowało o tak częstym wyborze tego właśnie miejsca na wspinaczkę?

Dolomity na nowo „otworzył” dla Polaków Józef Nyka. Wcześniejsze polskie wspinaczki w tym rejonie miały miejsce jeszcze przed I wojną światową. W 1962 roku Nyka poprowadził sześcioosobowy obóz naszych alpinistów w Dolomitach. Osiągnięto wówczas bardzo dobre wyniki – pokonano kilka najwybitniejszych dróg z okresu międzywojennego. Ja już kilka lat wcześniej interesowałem się Dolomitami. Fascynowały mnie szczególnie wielkie wspinaczki z lat 1958-1959 – pokonanie środków północnych ścian Cima Grande i Cima Ovest di Lavaredo. Pierwszy artykuł, jaki opublikowałem w „Taterniku” (nr 1/1962), opisywał właśnie odbywające się w atmosferze ostrej rywalizacji szturmy na północną ścianę Cima Ovest. Z kolei w n-rze 3-4/1963 ukazał się mój artykuł historyczny „Sto lat alpinizmu w Dolomitach”.
Dobre przejścia z lata 1962, a szczególnie pokonanie Filara Kazalnicy, umożliwiły mi pierwszy wyjazd w Alpy. Rodzaj wspinaczki, jaką wówczas uprawiałem, predestynował mnie do zakwalifikowania się na wyjazd właśnie w Dolomity. Kierownikiem był ponownie Józef Nyka, a pozostałymi towarzyszami wyjazdu Gienek Chrobak, Andrzej „Zyga” Heinrich, Tadeusz „Klaus” Łaukajtys, i Rysiek Szafirski. Ja wspinałem się z tym ostatnim. Tego lata (1963) mogłem naocznie stwierdzić, jak wspaniałymi górami są Dolomity, i ile jest tu jeszcze do zrobienia. Na pierwsze polskie przejścia czekały najsławniejsze drogi powojenne, modernistyczne direttissimy, ściany o wysokości przekraczającej 1000 m, nierzadko sięgające półtora kilometra.
Pierwsza wspinaczka czwórkową drogą na Torre Venezia – to był „zimny prysznic”. Okazało się, że „czwórka” tatrzańska nie umywa się do tego samego stopnia w Dolomitach, na dodatek asekuracja była iluzoryczna, a w zejściu trzeba było pokonywać bez asekuracji trudności w stopniu III. Potem przyszła udana próba na pierwszej „sesto grado superiore”, czyli pn.-zach. ścianie Torre di Valgande. Gdy w końcu udało nam się z Ryśkiem pokonać sławną z trudności klasycznych drogę Philipp-Flamm na Civetcie i zrobić III przejście trudnej „hakówki” – Filara Wiewiórek na Cima Ovest di Lavaredo - uwierzyliśmy w swoje siły i zaczęliśmy snuć dalsze plany.
Pod koniec 1963 roku wystąpiłem z inicjatywą zorganizowania zimowego wyjazdu w te góry. W Dolomitach niewiele poważnych dróg miało wówczas przejście zimowe. Wyjechaliśmy w czwórkę: Jurek Krajski, dwóch Ryśków – Rodziński i Szafirski - oraz ja. Jurek Krajski był z nas najstarszy i najbardziej doświadczony, ale kierownikiem zostałem ja, ze względu na znajomość gór i języka włoskiego. Zrobiliśmy I przejście zimowe drogi Stössera środkiem południowej ściany Tofana di Rozes. Szafirski i ja musieliśmy wracać do kraju, natomiast Krajski i Rodziński postanowili zostać i zaatakować Filar Wiewiórek na Cima Ovest. Drogę praktycznie przeszli, ale w łatwej partii podszczytowej nastąpił wypadek, w wyniku którego Rodziński odniósł obrażenia i został unieruchomiony w ścianie. Krajski udał się po pomoc, ale w zejściu odpadł i poniósł śmierć. Rodziński został uratowany dzięki brawurowej akcji włoskiego helikoptera wojskowego.
Włosi często nazywają Dolomity „monti pallidi”, co znaczy „blade góry”. Nazwa ta nie w pełni oddaje ich charakter i piękno. Dolomity bywają blade, ale równie często – szczególnie w słońcu – bardzo kolorowe, a pod wieczór nawet krwistoczerwone. Jeszcze kilka razy wspinałem się w tych górach – zimą 1969 i 1973 oraz latem 1979 i 1981. Zawsze mnie tam ciągnęło, nie bez znaczenia również było to, że miałem przyjaciół wśród włoskich alpinistów i znałem ich język.

Skąd wziął się pomysł, by 38 lat temu pokonywać 1500-metrową ścianę w stylu alpejskim? Czy czuje się Pan prekursorem obowiązującego dziś stylu? Noszaq, Nosaq czy wreszcie Noshaq – skąd różna pisownia? A może spolszczony Noszak?

To jest tak popularny i ważny dla Polaków szczyt, że moim zdaniem zdecydowanie powinno się pisać Noszak. Zresztą właśnie w tej formie szczyt figuruje w Wielkiej Encyklopedii Gór i Alpinizmu.
Może przesadą byłoby nazywać właśnie mnie prekursorem stylu alpejskiego w górach wysokich. Wspinaczki w tym stylu, wprawdzie od niedawna, ale uprawiali już alpiniści zachodni, i te przejścia poruszały naszą wyobraźnię. Jeśli chodzi o polski alpinizm, to fakty są takie: w 1972 roku podobne cele wyznaczyły sobie dwie polskie wyprawy, nie wiedząc jedna o drugiej. Tylko przypadek zrządził, że przejście południowo-zachodniej ściany Noszaka przez nasz zespół (Jan Holnicki-Szulc, Krzysztof Zdzitowiecki i ja) wyprzedziło o około 2 tygodnie przejście północno-wschodniej ściany Akher Chagh przez krakowską trójkę w składzie: Piotr Jasiński, Marek Kowalczyk i Wojciech Kurtyka. Pomysłodawcą przejścia ściany Noszaka w takim a nie innym stylu byłem ja, w przypadku wyprawy krakowskiej posądzam o to Wojtka Kurtykę. Więc zasługą muszę się podzielić, szczególnie, że Wojtek tak pięknie rozwinął tę ideę...

Zanim zaczął się Pan wspinać, walczył Pan jako szpadzista. Szermierka wydaje się sportem bardzo odległym od wspinania, może jednak są jakieś analogie lub elementy, które wykorzystał Pan we wspinaniu?Jak było możliwe łączenie tych dwóch sportów na najwyższym poziomie?

Zacząłem się wspinać na początku 1957 roku, zanim jeszcze osiągnąłem wysoki poziom w szermierce. Kto wie, czy nie inaczej potoczyłyby się moje losy, gdybym wtedy był już w szermierczej kadrze narodowej... Uprawianie wyczynowego sportu zawodniczego na wysokim poziomie bardzo absorbuje. Gdy doszlusowałem do czołówki krajowej w szermierce, a był to rok 1958, zdążyłem już złapać bakcyla wspinaczkowego i było za późno. Musiałem jakoś godzić obie dyscypliny. Kolizje były jednak nieuniknione. W marcu 1963 roku skręciłem sobie nogę w kostce podczas treningu na dębach na warszawskich Bielanach. Musiałem przez jakiś czas pauzować. Latem w Gdańsku odbywały się Mistrzostwa Świata w Szermierce. Niechętny mi trener wyeliminował mnie wtedy z drużyny szpadowej (wystartowałem tylko w konkurencji indywidualnej) motywując to tak: „Na mistrzostwach plansze będą podwyższone. Kurczab jako leworęki, będzie poruszał się po lewym skraju planszy, może spaść i wtedy odnowi mu się kontuzja.” Oczywista bzdura – ten argument może dotyczyć również szermierza praworękiego, który chodzi po prawej stronie planszy. No, ale chciał wstawić swojego protegowanego, przekonał zarząd związku, i to mu się udało. Z kolei kontuzja, jaką odniosłem w lawinie w kwietniu 1964 roku, i związane z tym opóźnienia treningowe, uniemożliwiła mi wyjazd na Olimpiadę do Tokio.
Szermierka rzeczywiście jest sportem bardzo odległym od wspinania. Jedynym elementem treningu szermierczego, który pomagał mi w górach, była konieczność utrzymywania stale wysokiej sprawności fizycznej, kondycji ogólnej. Miało to znaczenie w czasach, gdy niewielu alpinistów prowadziło regularne treningi – właściwie trenowało się tylko poprzez samo wspinanie, np. w skałkach, a pobyt w górach zaczynało się od „rozkręcania”...

Dokończenie wywiadu i więcej archiwalnych zdjęć w GÓRACH, nr 5 (192) maj 2010.
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Maciek Szopa
 
2018-05-24
GÓRY
 

Rekordowy sezon na Mount Everest

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-05-22
GÓRY
 

Miłka Raulin zdobyła Mt Everest 8848 m n.p.m.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
GÓRY
 

Zmiana pokoleniowa w Programie Polski Himalaizm Zimowy

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
GÓRY
 

Waldemar Kowalewski wycofał się z Dhaulaghiri

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2018-05-22
GÓRY
 

Sukces Polish Everest Expedition 2018

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com