facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-10-14
 

Jacek Kierzkowski o wyprawie do Afganistanu

Chciałbym, aby nasza wyprawa była elementem ukazującym nieco odmienne oblicza Afganistanu, inne od tych, które powszechnie są przedstawiane.
Pytał: Maciek Ciesielski

Pierwsze nasuwające się pytanie brzmi oczywiście: skąd taki pomysł? Dlaczego akurat ta część Afganistanu? Kto był pomysłodawcą tego wyjazdu?

Pomysł wyszedł od naszego klubowego kolegi Bartka Tofla, który rok wcześniej samotnie, pieszo i konno przeszedł w zasadzie cały Korytarz Wahański. Podróżując, robił dokumentację zdjęciową, zbierał informacje. Nie wiem, czy już wówczas snuł wizję wyprawy, czy powstała ona później. W każdym razie w Polsce pokazał mi kilka zdjęć, slajdów, artykułów i rzucił pomysł na tacę. Ktoś mógłby uznać to za zbyt zuchwałe i szalone przedsięwzięcie, ale mnie osobiście spodobała się idea wyjazdu, choć do końca nie byłem pewien, czy zdołam, bo były też inne propozycje i plany.
Wszystko dojrzewało w czasie i przybierało różne kształty dotyczące sposobu realizacji, ilości osób, celów. Zacząłem namawiać innych do przyłączenia się. Niektórzy odmawiali, inni nie dowierzali, że może się udać, pozostali z entuzjazmem podjęli wyzwanie... Bartek też namawiał, zbierał ekipę, miał wizję. Ponadto zrobił lwią część roboty związanej z organizacją tego przedsięwzięcia, bowiem załatwiał wizy, pozwolenia, wszelkie papiery i rzeczy niezbędne do realizacji wyprawy. Gromadził materiały, organizował sponsorów, spotkania, promocje, umowy, filmowców, etc... Był lokomotywą projektu i należą mu się ukłony.
A dlaczego tamte rewiry Afganistanu? Ano przede wszystkim dlatego, że dziewicze, nieznane, piękne, ale względnie bezpieczne, jeśli chodzi o politykę i zawieruchy wojenne.


Jacek Kierzkowski. Fot. arch. J. Kierzkowski

Gdy usłyszałem o tym pomyśle, pierwsza myśl, jaka przeszła mi przez głowę, to ta, iż to jest prawdziwe samobójstwo – pchać się w dzikie góry w kraju, w którym trwa wojna, a dodatkowo, w którym nasze wojska dla części społeczeństwa pełnią rolę okupanta.

Moi bliscy z rodziny też myśleli, że zwariowałem i popełniam samobójstwo... Ale tak nie jest. Region, do którego się udaliśmy, nie ma żadnych znamion wojny, niepokoju czy napięcia. Tam w ogóle jest mała świadomość globalnych sytuacji, geopolityki, etc... To zaścianek świata, zapomniana kraina. Czas zatrzymał się tam w miejscu wiele lat temu, a nawet wieków temu... Nie ma jednorodnego społeczeństwa – ba, tam nie ma w ogóle czegoś takiego, jak społeczeństwo, naród. Plemienne struktury i ciężkie warunki bycia powodują, że mieszkańcy Wahanu żyją w nędzy i walcząc o przetrwanie, o codzienność, nie mają zbytnio czasu na rozmyślania i szerzenie horyzontów o świecie. Nie wiedzą, gdzie leży Polska, o co chodzi Amerykanom, a nawet jak używać zapalniczki, gdy częstujesz ich papierosem. Większość z nich jest analfabetami. Wiedza o świecie dociera do nas głównie za pomocą mediów, które są źródłem manipulacji, żonglerki informacją i narzędziem polityków. Podróżnicy, eksploratorzy, wagabundzi nie wierzą tym źródłom i dlatego udają się w takie rejony, udowadniając, że jednak jest inaczej. Owszem, w Afganistanie jest wojna, ale to duży i niezwykle różnorodny kraj. Pod nazwą Afganistan kryje się cały tygiel zjawisk, zdarzeń, układów odniesienia. Uważam, że to ważna rola ludzi, którzy podróżują po świecie, by mówić, jak jest naprawdę i co jest istotne w danym rejonie. Prócz odkrywania walorów przyrodniczych warto też odkrywać, badać ludzi i ich życie. To niezwykle ekscytujące i pouczające doświadczenie. Chciałbym, aby nasza wyprawa była też elementem ukazującym nieco odmienne oblicza Afganistanu, inne od tych, które powszechnie są przedstawiane.

Co możesz powiedzieć o samym rejonie i o pogodzie? Z tego, co wiem, nie mieliście szczęścia do aury. Myślisz, iż to standardowe dla tego miejsca, czy po prostu wy się nie wstrzeliliście?

Hm... Teren, na którym działaliśmy, jest atrakcyjny z definicji, gdyż to pogranicze Pamiru i Hindukuszu. Dziesiątki nieznanych, kuszących swym pięknem dolin, gór, rzek, płaskowyżów. Wspaniałe miejsca dla każdej niemal formy trekingu czy alpinizmu. Jest tam naprawdę dziko i można się poczuć jak Marco Polo. Czysta, nieskażona cywilizacją natura, egzotyka kultur, ogrom obszarów, to idealne właściwości dla tego typu wyzwań. O pogodzie mieliśmy dane zgromadzone jeszcze w Polsce, mówiące, że pada tam dwanaście dni w roku! Podczas naszego pobytu owe 12 dni chyba się zrealizowało w ciągu, ha, ha, ha. Ale poważnie, to ten rok był inny niż poprzednie, bo nawet mieszkańcy byli szczerze zdumieni ilością opadów i niepogody.
O miejsca, w których przebywaliśmy, otarł się przecież kataklizm, który dotknął nieodległy Pakistan. Zresztą z tego, co wyczytałem po powrocie, szczęścia do pogody nie mieli i inni alpiniści działający w górach Azji. Taki sezon. Niemniej udało się zdobyć kilka fajnych ścian i wierzchołków.

W relacji wspominałeś, iż w ścianach zastaliście słabe warunki – mała ilość alpejskiego lodu, dużo świeżego niezwiązanego śniegu – myślisz, iż to typowe warunki dla tego rejonu? Czy po prostu nie mieliście szczęścia?

Tak, warunki w ścianach nieco nas rozczarowały... Byliśmy przygotowani i pełni nadziei na mocne, alpejskie w charakterze wspinanie. Miałem ze sobą dwa komplety ostrzy do lodu – nie użyłem ani jednego... W ścianach, także tych północnych, brakowało lodu, a nawet przyzwoitego firnu. Im wyżej, tym gorszy był ten śnieg. Nieraz zapadaliśmy się po pachy. Trzeba było atakować już w nocy, aby urobić jak najwięcej póki trzymał mróz. Skała też licha w większości. Dużo kruszyzny i parchato... Mikstowe odcinki, nawet relatywnie proste technicznie, były psychiczne z powodu kiepskiej skały, lichej asekuracji lub w ogóle jej braku. Nie wiem, czy mieliśmy pecha, czy byliśmy tam w złym okresie roku. Może powinnismy wybrać się tam zimą :). Jest też możliwe, że akurat ten rejon charakteryzuje się opisanymi powyżej warunkami geologicznymi, pogodowymi, a kilka dolin dalej jest miodzio.

Powiedz kilka słów na temat samych dróg. Każda z nich ma dużą wartość eksploracyjną, ale którą oceniasz najwyżej pod względem sportowym?

Z pewnością dla każdego zdobywcy z naszej ekipy drogi i wierzchołki, które udało się osiągnąć, mają wymiar ponadsportowy i są czymś naprawdę wyjątkowym i osobistym. Niemniej musieliśmy jakoś oszacować, ocenić i zważyć te dokonania, mimo niechęci wszystkich chyba uczestników.
Pod względem sportowym bez wątpienia najmocniejsze są dwie linie autorstwa Klimasa i Maćka, okupione nie lada przygodami, choćby dwukrotnego porwania Klimasa przez lawiny... Szkoda, że nie zdołali wejść na wierzchołek, ale były tak fatalne warunki zarówno pod koniec jednej, jak i drugiej drogi, że mimo wielogodzinnej walki musieli odpuścić na kilkadziesiąt metrów przed pikiem. W mojej opinii równie wysoko należy ocenić zrobienie przez Kłosa i Dżentelmena wspaniałej, długiej grani ze zdobyciem po drodze kilku wierzchołków. Ogólnie żadna droga nie przekroczyła stopnia „D” w rzadziej już chyba stosowanej skali alpejskiej. Tam bardziej pasowałoby oceniać dokonania w skali rosyjskiej. Mnie te góry wydały się trochę podobne do Kaukazu.

Wiem, że stosunkowo często spotykaliście się z miejscowymi – możesz opowiedzieć coś o tych relacjach?

Owszem, mieliśmy dużo do czynienia z ludnością zamieszkującą te tereny i można by poświęcić wiele kart na i tak niewyczerpujące opinie o nich. Podczas załatwiania formalności, wynajmu czy kupna koni do karawany, zakupów żywności, etc. mieliśmy bardzo ciekawe i nieraz dziwne relacje z autochtonami. To bardzo zróżnicowane społecznie struktury. Zupełnie inna atmosfera panowała na granicy czy w przygranicznym Iszkaszim niż w głębi Wahanu. A jeszcze w samym Wahanie można zauważyć różnicę między afgańskimi mieszkańcami a kirgiskimi pasterzami, zajmującymi dalekie rubieże tej krainy. Na granicy panuje niezłomna korupcja i biurokracja. W Iszkaszim podobnie, choć wzbudzaliśmy też niezdrową momentami ciekawość i niepokój. Może przez to, że byliśmy tak liczną zorganizowaną grupą i z dwoma kobietami. W głębi Korytarza, wśród naprawdę prostej i biednej ludności istotne było to, że byli nieco nieufni w stosunku do nas, ale mimo to często pomocni i uczynni, oczywiście nie za darmo. Być może dzięki obecności Noszaka – najsłynniejszej góry okolic – i raczkującej tam turystycznej działalności, w osadach czy wioskach można wynająć „guest haus” z posiłkiem w pakiecie, czy też przewodnika i tragarza. Zdarzało się, że ktoś w wiosce dukał po angielsku i miał jakiekolwiek pojęcie o świecie, ale to były wyjątki. U Kirgizów zaś dotknęła nas – dziwna w tym rejonie – niegościnność, marazm i obojętność wobec naszych próśb, połączona w dodatku z pazernością i chłodem. Nieprzeceniona była rola naszego kolegi Kuby, który włada językami panującymi w tym kraju, i który pełnił trudną rolę tłumacza. Bez niego moglibyśmy mieć całą masę dodatkowych problemów. Za to ani razu nie okazywano nam wrogości, ani nie stwarzano problemów związanych z odmiennością kulturowo-religijną. Z pewnością były też miejsca, gdzie byliśmy pierwszymi białymi ludźmi widzianymi przez miejscowych...

Dokończenie wywiadu oraz informacje o wyprawie znajdziecie w GÓRACH, nr 9 (196) wrzesień 2010.
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-09-24
GÓRY
 

Złote Czekany 2018 przyznane w Lądku-Zdroju!

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-20
GÓRY
 

TPN walczy ze śmieciami na górskich szlakach

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com