facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-12-22
 

International Climbers Meet - wspinanie w Indian Creek

42 wspinaczy przyjezdnych z 24 krajów świata, 30 wspinaczy miejscowych, 20 osób z obsługi, 5 dni wspinania w Indian Creek - stolicy światowego wspinania w rysach, 700 pokonanych wyciągów, 1000 camalotów i friendów w użyciu.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Rychlik 

International Climbers Meet zorganizowany przez American Alpine Club w dniach 3-14 października rozpoczął się w Golden (Colorado), by następnie przenieść się do Indian Creek (Utah). W mityngu wzięły udział 42 osoby z 24 krajów świata, z którymi wspinało się 30 miejscowych wspinaczy. Było to pierwsze – i mam nadzieję, że nie ostatnie – z cyklu takich spotkań.
Poziom i doświadczenie prezentowane przez przyjezdnych były zróżnicowane – od dopiero rozpoczynających swoją karierę po tych mających już najlepsze lata za sobą (22-50 lat; tylko jeden ze Szwajcarów był ode mnie młodszy!). Założonym celem tego mityngu miała być nauka wspinania w rysach, jednak wkrótce okazało się, że niektórzy (a nawet większość) z przyjezdnych mają już za sobą swój debiut wspinaczkowy w Indian Creek. Czasami zresztą również kilkanaście kolejnych pobytów.
 
-         Pierwszy raz w Indian Creek? Hmmm... Bodajże w 91’
 
Nie ukrywam, że zrodziło się we mnie pewne zwątpienie – co ja tu robię? Przecież kocham klamiaste przewieszenia w wapieniu i rządki świecących nowością spitów. Rysy, wyrywane camaloty, długie loty i krwawe gobys pozostawmy mistrzom i zapaleńcom...
Każdemu przyjezdnemu wspinaczowi towarzyszył lokals – mi przypadł Bill rodem z Durango w Colorado (pozdrowienia!), z kolei „host-climberem” Magdy został Chris (jak sam twierdzi Nazywam się Krzysiek i jestem Polakiem. Jak się masz, kochanie?) z Boulder (również Colorado). Pomysł był prosty – kolejne dni to wspinanie na różnych ścianach w obrębie Indian Creek (w sumie 5 dni na miejscu więc 5 różnych ścian). Plan powiódł się w 100 % - odwiedziliśmy po 4 ściany, a w dni restowe wspinaliśmy się na okolicznych turnicach – South i North Six Shooters. Dla mnie efektem wymiernym były gobys wielkości ćwierć dolarówki, które wzbudziły aplauz u wszystkich zgromadzonych.
Indian Creek to miejsce unikalne i magiczne. Jest ściśle chronione, co oznacza, że przestrzegamy bezwarunkowo kilku prostych zasad:
- wszystko, co przywozimy i przynosimy ze sobą, zabieramy z powrotem – dotyczy to przede wszystkim odchodów
- śpimy tylko na wyznaczonych miejscach kampingowych
- poruszamy się tylko po wyznaczonych ścieżkach
- nie hałasujemy
- nie ingerujemy w roślinność pustyni – nie zbieramy drewna na opał
 
Mimo że skała w Indian to podobno najtwardszy piaskowiec świata, należy pamiętać, że to jest tylko piaskowiec i dlatego również obowiązują pewne zasady, które dotyczą wspinania. Pierwszą i najważniejszą jest mierzenie siły na zamiary – nie wędkujemy na upartego, nie prowadzimy oblężeń na drogach. Gdy widzimy, że dana droga nie puszcza, a rozmiar rysy nas eliminuje, nie wchodzi w grę kilkadziesiąt prób. Rowki wyżłobione w skale przez wędki są nazbyt częstym zjawiskiem, a Incredible Hand Crack po 20 latach od pierwszego prowadzenia zmieniła rozmiar z ciasnego camalota nr 2 na luźnego...
 
Indian Creek leży w Utah, około 30 mil od Monticello i 70 mil od Moab. Sklepy wspinaczkowe znajdziemy w Moab, a w resztę rzeczy niezbędnych do przeżycia radzę się zaopatrywać w Monticello – jest bliżej. Przez „rzeczy niezbędne do przeżycia” rozumiem jedzenie, wodę, drewno na opał i piwo. Piwo dobrze jest kupić w Colorado; w Utah ze względu na specyficzne regulacje prawne, dotyczące sprzedaży alkoholu, ciężko go kupić, jest drogi, a ten zakupiony w normalnym sklepie jest niedobry – nie przypadł do gustu nikomu z prawie 100 osób obecnych na mityngu (cyt. „No more Mormon lemonade!”). Na pustyni – jak wskazuje definicja – nie ma wody. Jest jedno „jeziorko”, ale woda w nim konsystencją przypomina kisiel. Całą potrzebną wodę musimy kupić i dowieźć na miejsce samochodem. Jedna osoba zużywa około 4 litry dziennie. Oczywiście należy ją oszczędzać! Marnowanie wody na mycie się i inne zbędne zabiegi kosmetyczne uważane jest za niewybaczalny nietakt.
Wieczorami bywa zimno – w przeciwieństwie do dnia – więc warto się zaopatrzyć w drewno na ognisko. Również kupujemy je w mieście (około 3$ za całkiem pokaźną paczkę). Zbieranie drewna na pustyni jest poważnym wykroczeniem i podlega karze grzywny (do 5000$, o ile dobrze pamiętam). Pozostaje kwestia nieunikniona, czyli odchody ludzkie. Jak już wspomniałem, wszystko, co ze sobą przywozimy, zabieramy z powrotem. W całym Indian Creek znajdują się tylko dwie lub trzy toalety. Potrzeby w razie braku dostępu do wygódki załatwiamy w mniej wygodny sposób – do foliowego worka zwanego przez lokalsów„shitbagiem”. Już pełne worki deponujemy w mieście. Przed zamknięciem takiego worka dobrze jest wypuścić powietrze – zdarzały się niefortunne eksplozje w plecakach.
Indian Creek bez wątpienia zasługuje na miano stolicy światowego wspinania w rysach. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś w ciemno strzelił, że w IC jest ich kilkadziesiąt tysięcy. W przewodniku znajdziemy raptem kilkaset.
W tym miejscu należy wspomnieć o tym, co wszyscy kochamy najbardziej – cyfry, cyfry i jeszcze raz cyfry. W IC parcie na cyfrę wyłączamy, włączamy natomiast rozsądek i wyobraźnię. Najtrudniejsza tutejsza rysa oscyluje wokół stopnia 5.13 ze znaczkiem R (ryzykowna asekuracja) i dotychczas nie została powtórzona (bynajmniej nie dlatego, że nikt nie próbował). 13-tek w IC jest tylko kilka. Miejscowy wspinacz zapytany o przyczynę takiego stanu rzeczy i brak stopnia 5.14 z uśmiechem stwierdził, że „14-tka w IC musiałaby być stumetrową rysą w dachu na słabych ringlockach”.
Zamiast na wycenę dobrze jest spojrzeć na rozmiar rysy i naszych dłoni oraz palców. Wyceny dróg również odnoszą się do ich rozmiarów, i tak na przykład:
- tips (rysa na paznokcie) to od 5.12- do 5.13-
- fingers (rysa na palce) to od 5.11 do 5.12+
- finger stack, ringlock (rysa na palce i kciuka) to od 5.12 do 5.13
- thin hands (rysa na wąskie dłonie) to od 5.11- do 5.12-
- perfect hands (rysa na całe dłonie) to 5.10
- cupped hands (rysa na zamknięte dłonie) to od 5.10+ do 5.11
- fist (rysa na pięści) i off-width to zupełnie inna historia J
 
Czemu to jednak rozmiar ma znaczenie? Wyobraźcie sobie następującą sytuację: autor pokonuje rysę o rozmiarze na camalota nr 2. Załóżmy, że jegomość ma duże dłonie i nr 2 to dla niego klinowanie na „perfect hand”, a to oznacza 5.10. Teraz wyobraźcie sobie kogoś z małymi dłońmi – daleko nie szukając – mnie. Szerokość rysy na camalota nr 2 to dla mnie „cupped hands”, a to już może oznaczać od 5.10+ do 5.11. Bill zwykł mawiać: „tutejsze 11-tki mają tu niezłą reputację. Oznaczają, że będzie między 5.10+ a 5.12+”.
Rozmiary camówponiżej .75 już takich problemów nie sprawiają – zawsze będzie trudno. Rysa jest wtedy tak wąska, że nie jesteśmy w stanie zaklinować buta. Wtedy cały trik polega na cyklicznym używaniu tylko dwóch zginaczy o wysokiej amplitudzie – tak, aby przed odmową współpracy pozwoliły nam skończyć drogę. Równouprawnienie w Indian Creek nie działa – w wąskich rysach kobietom jest łatwiej.
Do każdego rozmiaru rysy i formacji, w jakiej występuje dopasowujemy odpowiedni rodzaj klinowania – niezbędne jest doświadczenie i na początku może być trudno. Są jednak rozmiary zabójcze dla każdego. Pierwszym i zarazem najtrudniejszym jest tak zwany „off-finger”, który zależnie występuje od nr .5 do .75. Jest to rysa zbyt szeroka na dobre klinowanie palców, a jednocześnie zbyt wąska na „ringlocka” (klinowanie palców z użyciem kciuka). Drugi to rozmiar, który jest zbyt szeroki na „ringlocka”, a zbyt wąski na dłoń. Trzecim jest coś pomiędzy „cupped hand” a „fist”. Wszystkie te rozmiary (plus off-width’y, czyli rysy szersze od pięści) przyczyniają się do frustracji, płaczu i wątpliwości w stylu „po co 10 lat wyrzeczeń, ciężkich treningów, tysięcy PLN wydanych na suplementację i plecy wielkie jak nieboskłon, gdy nie mogę odpalić na VI+?”. A krawądek i stopni nie ma. Jak są, to się szybko urywają – wiem, bo sprawdziłem.
„Taping”, czyli plastrowanie jest moim zdaniem koniecznością, jeśli chcemy się wspinać kilka dni z rzędu. Miejscowa sława, Jim Donini, mawia: „piaskowiec w IC nie ma ani grubych ziaren ani zadziorów. Fakturą przypomina pilnik. Gdy będziecie się wspinać, to stwierdzicie, że plastrowanie jest wam niepotrzebne. A następnego ranka pożałujecie”. Rany odniesione w walce nazywamy „gobys”– przypominają głębokie oparzeliny, bolą i bardzo długo się goją. Plastrowanie naprawdę pomaga – a jest ono sztuką samą w sobie. Mistrzostwem jest takie plastrowanie, które nie powiększa zbytnio rozmiarów dłoni, chroni ją całą przed otarciami, plaster się nie roluje, nie odkleja i uciska nadgarstka. Zbyt ciasne plastrowanie odcina dopływ krwi, co powoduje szybkie zbułowanie i w efekcie prowadzi do czynności, o której nie raz śpiewał Lenny Kravitz – lotu, ale takiego w kierunku gleby.
 
 Paul Sass na Pente 5.11. Fot. Krzysztof Rychlik
 Gobys. Fot. Krzysztof Rychlik
 Indiańskie malowidła. Fot. Krzysztof Rychlik
 Pustynna roślinność. Fot. Krzysztof Rychlik
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com