facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2019-01-14
 

Haczenie na Cubrynie – siądzie tylko cienizna

W podsumowaniu sezonu wspinaczkowego 2018, jakie znajdziecie w najnowszym numerze GÓR (265), uwagę zwraca wywiad z Mikołajem Winiarskim i Pawłem Hałdasiem – autorami przypuszczalnie najtrudniejszej po polskiej stronie Tatr kombinacji hakowej, znajdującej się na Kazalnicy Cubryńskiej. Z rozmowy tej dowiecie się, skąd pomysł na tak oryginalne wyzwanie i co skłoniło chłopaków do spędzenia kilku uroczych, sierpniowych dni w ponurej, owianej złą sławą ścianie. Poniżej natomiast publikujemy pełny tekst opowiadania Mikołaja, którego niewielki fragment stanowił uzupełnienie wspomnianego wywiadu. Przypomnijmy, że Mikołaj i Paweł wystartowali Wariantem Siekluckiego (WC8/136), na którym znajduje się wyciąg wyceniany na A4 lub A4+, w zależności od źródła. Po dojściu do Szarej Płyty poprowadzili wyciąg pod Skrzydło, gdzie połączyli się z Czasem Pogardy – drogą Marcina Michałka i Adama Pieprzyckiego z 2004 roku, którą kontynuowali wspinaczkę na szczyt Kazalnicy Cubryńskiej.

 Paweł haczy przez dach z lustrem tektonicznym

 

„Zdążę na luzie – mówię do Oli, sam nie do końca wierząc w swój plan – podrzucę cię do Gdańska, skoczę do Elbląga, potem już szybciutko A1 i Wrocław, dzida pod Jaworzynę Śląską po Pawła, szybki dobór szpeju i długa do Zakopanego, bo to przecież blisko”. Ola dobrze wie, że moje „na luzie"” przypomina fabułę Znikającego Punktu, ale pomaga mi wrzucać szpej do niezmordowanego dzika, którego odpalam. Tak zaczyna się pierwsza w tym roku podróż w Tatry. Nieważna odległość i bycie w niedoczasie – w postnowoczesnym świecie niektóre rzeczy powinny pozostać święte. Wśród nich jest termin ustawki na wspinanie. Po 3.00 w nocy ładujemy się do pustego namiotu na Taborze. Trochę zeszło na tym dojeździe, nie ma to jak być wspinaczem znad morza. Wiemy jednak, że jeśli chcemy zrealizować plan, musimy jutro zacząć działać, więc... Zakładamy, że śpimy do oporu. Łojant wypoczęty, to łojant efektywny.

 

***

 

Drogi na Kazalnicy Cubryńskiej są zazwyczaj owiane złą sławą. A to że mokro, a że krucho, a że brzydko, że to zimowa specyfika itp. Mnie ta ściana zawsze pociągała, bo obok czołówki MSW była pierwszą dużą zerwą, którą widać z Moka. Wiadomo też, że jest tam trudno, czyli fajnie. Gdy w zeszłym roku siedzieliśmy w starym schronie, Paweł wpadł na pomysł pójścia kombinacją zbierającą najtrudniejsze wyciągi na KC, czyli połączenia Wariantu Siekluckiego, Czasu Pogardy i Cudu Niepamięci. Od początku wydał mi się dobry. Po pierwsze dlatego, że linie te, pomimo kilkunastu lat od wytyczenia, nie miały jeszcze powtórzeń. Po drugie, ze względu na postać Roberta Siekluckiego, którego przejścia i opisy były dla mnie zawsze źródłem inspiracji – uwielbiałem i nadal uwielbiam podczas odpoczynku na kampie „9up” wyszukiwać sobie stare numery GÓR z relacjami haczenia w Yosemite. Po trzecie, o drodze Czas Pogardy czytałem wielokrotnie artykuł z 2004 roku, w którym Adam Pieprzycki i Marcin Michałek opisują swoje zmagania z drogą, dołączając świetne topo. Do dziś uważam, że przejście tej drogi w ciągu, latem i zimą, jest jednym z największych wyzwań w okolicy Morskiego Oka.

 

***

 

Na wspin ruszamy w południe, wyspani i najedzeni. W worze dużo haczywa i camów, na szczęście podejście pod drogę jest jednym z najkrótszych w tej części Tatr. Kierujemy się w stronę Ławki pod Diabłem, skąd startuje Siekluc. Wbijam się w ścianę, przechodzę pierwszy łatwy wyciąg i zaczynam ajedynkowe haczenie w zacięciu – niby łatwo, ale trzeba się oswoić z wbijaniem haków po kilkumiesięcznej przerwie. Idzie coraz lepiej i w końcu osiągam lustro tektoniczne pod pierwszym kruksem za A4. Przez gładką połać granitu przebiega wąskie pęknięcie, gdzie siadają tylko jedynki, tomahawki i birdbeaki.

 

 Siada tylko cienizna

 

Robię stan z 5 jedynek, punkty łączę cordoletkami, dopinam statyka i zjeżdżam, podczas gdy Paweł czyści wyciąg. Co jakiś czas rzucam okiem na gładkie zacięcie, którym wiedzie droga. Rzeźba znikoma, widać, że siądzie tylko cienizna i heady. O jakichkolwiek mechanikach można zapomnieć. No a ewentualny lot skończy się na wspomnianym lustrze tektonicznym, nachylonym pod kątem 45 stopni.

 

***

 

Wieczorem zastanawiam się, jak to optymalnie zrobić. Kto z nas powinien prowadzić? Jaką zastosować taktykę? Dzielę się swoimi wątpliwościami z Pawłem, który jak zawsze wydaje się spokojny. Analizuję jak prawdziwy kołcz: „Stary, jesteś lżejszy prawie o 10 kilogramów, na El Capie pokazałeś, jak dobrze sadzać heady, dasz radę”. Nie ma jak wpuszczać kogoś w tak niebezpieczny wyciąg, mówiąc, że da radę... „Głupio by było, jakby walnął w tę półę” – myślę sobie i wtedy przychodzi mi do głowy pomysł z książki Psycho Vertical. Możemy zrobić to samo, co Andy Kirkpatrick pod kruksem Reticent Wall – położyć na półce coś w rodzaju kraszpada!

 

***

 

Wisimy znów w stanie z jedynek, Paweł właśnie startuje w kruks Siekluca. Podaję mu na holu taborową karimatę, którą przypina do haka na długiej taśmie. W ten sposób osłania miejsce, w które – jeśli popełni jakiś błąd – może zapikować, wyrywając przeloty. Sam wiszę w całkowitym skupieniu, wydając powoli linę z grigri. Jestem pełen obaw. „Stary, co za złowrogie miejsce – po lewej formacja Cień Diabła, a kruks naszej drogi przechodzi przez Ząb Diabła”. Paweł spogląda na ścianę okiem realisty i rzuca: „Ja tu nie widzę żadnego diabła”.  Dobrze, gdy przynajmniej jeden członek zespołu twardo stąpa po ziemi... Delikatnie porusza się w ławach – jest już birdbeak, RURP, jedynka i 2 heady nad półką. Idzie mu dobrze i szybko, a im wyżej, tym łatwiej. Po 2 godzinach gładko dochodzę do stanowiska, a w tle leci Bad moon rising.

 

***

 

„Jeszcze chwilę!” – krzyczę ile sił w płucach zza przełamania i kombinuję, jak zbudować stanowisko przez duże S, na którym podwiesimy wory i będziemy podchodzić jutro rano. Jestem po kolejnym wyciągu Siekluca, tuż przy jego końcu. Granit przypomina wylaną czaszę, dlatego nazywam to miejsce „szczytem El Capa”. Jedyna różnica jest taka, że tu nie ma spitów. Długo kombinuję, aż w końcu motam 2 offsetowe microcamy, totencama i wbijam v-kę. Jest git, więc krzyczę: „Mam auto!” i „Masz fixa!”. Pode mną wyciąg częściowo klasyczny, częściowo hakowy. Powyżej niechodzony teren, którym dostaniemy się pod najtrudniejszy fragment drogi Czas Pogardy, Skrzydło. To będzie moja działka – według pierwszych zdobywców niełatwe A3+ w dużym przewieszeniu. Ale dopiero jutro. Dziś zostawiamy poręczówkę dopiętą do stanu z jedynek i śmigamy na Tabor.

 

***

 

„Ja pierdzielę, trudne to A1” – Paweł przedziera się przez ostatnie metry Wariantu Siekluckiego. To już kolejne osadzenie skyhooka – niby same pancerne, ale trzeba przyznać, że cyfra harda. Po dłuższym czasie jest na stanowisku zamotanym około 10 metrów wyżej od oryginalnego na Czasie Pogardy i czeka gotowy do asekuracji… Leżąc na trawiastej półeczce jak na leżaku, wpięty do 10-metrowego auta. Czyszczę wyciąg, biorę szpej, do którego doczepiam wszystkie heady, i ruszam. W głowie spokój i radość, mam ochotę zmierzyć się z tym wyciągiem. Początkowo małe mechaniki i dobre haki, potem wejście w pierwsze zacięcie, jedynki, tomahawki i heady. Dodatkowo totemy za jedną parę krzywek. Niektóre punkty łączę ze sobą samonastawnie. To megafajny patent, który kiedyś podpatrzyliśmy na jakimś filmiku.

 

 Holowanie „świni” ponad Skrzydło

 

Dość szybko osiągam spita osadzonego przez pierwszych zdobywców w połowie wyciągu. Z dołu dobiega mnie zadziorny punk, są dobre morale, więc ruszam w przewiechę. Strachu nie ma, bo jest bardzo duża i potencjalny lot będzie w powietrze… Nagle lot potencjalny staje się lotem faktycznym. Wyrywam 2 przeloty i zatrzymuję się na dwóch połączonych jedynkach. Po chwili znów jestem w tym samym miejscu – trochę inaczej wbijam jedynkę, która trzyma, mimo że wisi na samym dzióbku. Przewinięcie z przewiechy w pion do stanowiska zajmuje dość dużo czasu – autorzy ten fragment dygnęli klasycznie. Ja próbuję hakowo, choć łatwo nie jest. Sadzam słabego knife’a, circleheada i RURP-a. W końcu jestem na stanie i znów łączę ze sobą 6 punktów, żeby mieć pancerne auto. Paweł czyści, ja oklejam grubo plastrem ostrą jak nóż krawędź okapu, a linę zabezpieczam protektorem ze starego szlaucha, który wykonaliśmy dzień wcześniej na Taborze. Zawieszamy ją i w chmurach zjeżdżamy ku podstawie ściany. Przesiadka na „topie El Capa” i na „stanie z jedynek”.

 

 Big Wall w Tatrach – „świnia” na płytach Wielkiego Cubryńskiego Ogrodu

 

Po drodze dochodzimy do wniosku, że z tym poręczowaniem jest tak, jak kiedyś mówił Yeti: po prostu ciężka praca i codziennie kawałek pola do zaorania. Jutro znów podczepimy pod siebie pług i będziemy orać. Czy ta „pępowina”, jak ją określał Royal Robbins, jest fajna? Do tej pory zawsze wspinaliśmy się bez poręczowania. Chyba jest inaczej, ale równie fajnie. No i niekoniecznie mniej się człowiek natyra, bo codzienne podchodzenie do najwyższego punku bywa męczące. My wiemy, że dalej już nie będzie poręczowania. Przy następnym wejściu w ścianę zrzucimy liny i z biwakiem zawalczymy aż na wierzchołek.

 

***

 

Jemy chińskie zupki, orzechy i czekoladę. Popijamy herbatą i słuchamy soundtracka z Sons of Anarchy. Biwakujemy na dużej półce ponad Małym Cubryńskim Ogrodem. Na niebie ani jednej chmurki, jest naprawdę ciepło, jak na nocleg w górach. Wzięliśmy wszystko, żeby mieć pełną wygodę. Śpiwory, karimaty, ciepłe ciuchy, dużo jedzenia i picia – i teraz nie żałujemy. Jest lepiej niż w jakimkolwiek hotelu.

 

 Mikołaj pod Skrzydłem

 

Tabaczka na dobry koniec dnia uspokaja i wycisza. Wzdłuż półki założyliśmy 3 stanowiska i zabezpieczyliśmy teren biwaku. Nad nami 2 zaporęczowane wyciągi, pod nami dżungla, przez którą przedzieraliśmy się po wyjściu nad Skrzydło. Końcówka dnia nie była łatwa – przehaczyłem fragment siódemkowej klasyki w tarciowej płycie na najmniejszych birdbeakach i maksymalnych wysięgach. Jutro rano nie powinno być już ciężko, przed nami kilka wyciągów za maksymalnie A2+. Prognoza dobra, nastroje też, więc zasypiam spokojnie po wycieńczającym dniu.

 

***

 

Szczyt osiągam po tym, jak setny raz odhaczam świnię w kładącym się terenie. Jest 15.00, więc mamy czas, żeby zjechać. Dziś trudno nie było, ale i tak musieliśmy kombinować z zakładaniem stanowisk – pierwszy raz na drodze założyłem je ze średnich camów! Przed nami linia Momy. Najpierw diagonalnie, potem prosto w dół prawą częścią ściany. Warto dodać, że stanowiska są w opłakanym stanie, trzeba powymieniać przeżarte rdzą spity i haki. Zjeżdżając, naprawdę się bałem i cały czas wyobrażałem sobie, że jestem piórkiem. To wrażenie psuła podwieszona na pętli świnia, która sprawiała, że razem ważyliśmy ponad 100 kilogramów. Jeszcze za widu schodzimy do schronu wpisać, że wróciliśmy, choć od tego roku nikogo to nie obchodzi. Zniknęła tabelka potwierdzenia, a wraz z nią pewien dodatkowy element bezpieczeństwa i jednocześnie tradycji.

 

***

 

Wszystkich, którzy czują się na siłach, zachęcamy do ataku na Kazalnicę Cubryńską. Jest pięknie, cicho i dziko. Niemal wcale nie widać śladów działalności wspinaczkowej i można się poczuć jak w dziewiczej ścianie. Fakt, że KC leży tak blisko Moka, a przy tym jest tak słabo wyeksplorowana, tylko podkreśla trudności, które można na niej zastać. Z drugiej strony, wbrew obiegowej opinii, nie jest specjalnie krucha – przynajmniej na większości odcinków. Nie jest też mokra i nawet po ulewnym dniu w formacjach wklęsłych było sucho. Do tego linie hakowe, w związku z brakiem powtórzeń, mają często nieewidentne osadzenia, co na przykład na El Capie można spotkać już tylko na ekstremalnie trudnych drogach, powtórzonych zaledwie kilka razy. W związku z tym uważam, że miejsce jest magiczne, unikatowe i warte odwiedzenia – bierzcie młoty w dłonie i do roboty, bo samo się nie wespnie!

 

Tekst: Mikołaj Winiarski

Zdjęcia: arch. Mikołaj Winiarski i Paweł Hałdaś

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2019-09-19
Tylko w GÓRACH
 

Adam Ondra radzi jak zwiększyć skuteczność wspinaczki OS

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2019-09-17
Tylko w GÓRACH
 

W poszukiwaniu narciarskiego Eldorado z Wojtkiem Szatkowskim

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2019-09-16
Tylko w GÓRACH
 

Czego spodziewam się po Lądku?

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2019-09-14
Tylko w GÓRACH
 

"Strachu niet" - czyli Jannu wschodnią ścianą

Komentarze
0
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2019 Goryonline.com