facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-02-09
 

GSB na zimno cz. 1

"GSB na zimno" - pod tą nazwą kryje się moja ponad trzytygodniowa samotna wyprawa Głównym Szlakiem Beskidzkim. Skoro można zadedykować komuś książkę, czas i wysiłek poświęcony na jej napisanie, to zapewne można i podróż. Dedykuję więc mój czas i wysiłek tym, którzy na mnie czekali.
2 stycznia tego roku - jeszcze dziś słyszę w uszach szum mroźnego porywistego wiatru. Po 23 dniach marszu przez kolejne pasma Beskidów, dotarłem z Wołosatego do Ustronia. Na plecach 25 kg, w nogach 524 km (plus pomyłki nawigacyjne), a w sercu gorące uczucie radości. Wreszcie jest upragniona czerwona kropka w białej obwódce.

Skoro można zadedykować komuś książkę, czas i wysiłek poświęcony na jej napisanie, to zapewne można i podróż. Dedykuję więc mój czas i wysiłek tym, którzy na mnie czekali.

2009-12-11 "Ciemność widzę..."
(13:30-16:40) Wołosate -> Przełęcz Bukowska


Ustrzyki Górne, jest trochę po 13. Wyciągam z plecaka mapę...
Bieszczady


Taaa... więc jestem w Bieszczadach. Po raz pierwszy w życiu. Tak się jakoś ułożyło, że nie miałem wcześniej przyjemności. Ot, góry mam niemal za płotem, to po co pół Polski tłuc się będę.
Śniegu nie ma, trochę chłodnawo i pochmurnie, ale na sercu optymistycznie. W drogę...
A droga długa i ewidentnie asfaltowa, więc nudna. Obowiązkowa fotka tablicy i czerwonej kropki w białej obwódce. Niestety, jak się okazuje, prześwietlona. Koleżanka eksperymentowała wcześniej z moim aparatem i astronomicznie podkręciła ISO. Peszek...

W okolicy przełęczy Beskid przy tablicach informacyjnych mundurowy na quadzie. Widać samotny wędrowiec z wielkim tobołem, drepczący w kierunku granicy z Ukrainą tuż przed zmrokiem nie uniknie uwagi naszych służb. A dokąd to, a gdzie spać będę, a jakiś dokumencik jest, a dokąd... a po co..., a czas leci. Nic to, dobrze, że nie chciał oglądać zawartości plecaka, bo kisiłbym się tam jeszcze długo.

No i jest wiata na Bukowskiej. Szybka ocena sytuacji bojowej: wiać będzie i zimno jak skur... Na ławce rozpinam linki namiotu, ciasnej jedynki vel "trumienki" - jak go pieszczotliwie nazywam. Puchowy śpiwór do namiotu, ja do śpiwora. Miło i kurde... "Siku i spać" - we wczesnym dzieciństwie rodzice przypominali wieczorem o optymalnej chronologii zdarzeń. Nie ma zmiłuj, z naturą nie wygram.

Po chwili wracam do namiotu i... huk, gaśnie światło, fala gorąca po karku, świat milknie, po czole spływa wielka kropla potu. Zamieram w bezruchu. Kilka chwil mija, zanim kolory znowu zaczynają pojawiać się przed moimi oczami. Ocieram pot z czoła, trochę czerwony jak na pot. Wsuwam rękę pod kaptur i wiem już wszystko. Ot, z całej siły grzmotnąłem głową o dach wiaty, aż się sople posypały. Namacałem trzy główne źródła "potu", który teraz już opracował sobie strumyk przez środek mojej twarzy. Coś-jakby-opatrunek z chusty, którą mam na szyi. No i chyba spać pójdę, bo co tak sam siedział będę. Fajnie się zaczyna, 3 godziny marszu, a ja już ranny.

2009-12-12 "Cztery wiatry"
(06:00-18:00) Przełęcz Bukowska -> PTTK Chatka Puchatka


O 5:00, która to będzie typową godziną zrywania się do walki podczas tej wyprawy, zaczyna wyć syrena w telefonie. Nie wychodząc z trumienki małe "conieco", bo przecież dziś celem etapu jest Chatka Puchatka. Łyk herbaty, która kiedyś była ciepła...
Samochód? Tutaj? Wyraźnie przecież słyszę silnik. Gaszę czołówkę. Samochód przystaje na chwilę, nasłuchuję, ruszył. Nie bardzo wiem, co to było, ale nawet jeśli to tylko wytwór mojej zaspanej wyobraźni to i tak wcale mi się nie podobało. Zwijam majdan i już mnie tu nie ma. Kilka minut po 6:00 drepczę pod górę po świeżym śniegu. Spadł w nocy. W sumie dobrze, w końcu ma to być coś na kształt zimowego przejścia szlaku.

Już na Rozsypańcu zima coraz bardziej zaczyna przypominać zimę. Przez grzbiety przewalają się gęste chmury, powietrze tną małe lodowe szpilki, przy okazji tnąc mnie po twarzy, jest zimno, ale przede wszystkim wieje, bardzo wieje. Halicz, Kopa Bukowska, porywisty wiatr, przełęcz Goprowska, Siodło, Tarnica, wieje jak diabli, Szeroki Wierch... Nareszcie las i cisza. Tu wiatr mnie już nie dosięgnie, choć słychać, jak próbuje jeszcze przedrzeć się przez korony drzew, żebym ostatni raz poczuł jego lodowy oddech. Odebrał mi całą poranną świeżość.
Przez Ustrzyki przelatuję, zatrzymując się tylko na chwilę w sklepie. Coś do picia na resztę dnia. I znowu targam swoje ponad 25 kilo nadwagi pod górę. Szczerze powiedziawszy przy takim ciężarze, nie opanowałem jeszcze sztuki naciągania pasków plecaka tak, żeby szło mi się w miarę wygodnie. Ciągle coś uwiera. Po drodze wyprzedza mnie młode małżeństwo. No cóż z takim tobołem to demon szybkości ze mnie średni. Był sobie las i leśna cisza, teraz Połonina Caryńska. Albo to zmęczenie, albo jest jeszcze gorzej. Gdzieś w połowie drogi na otwartej przestrzeni podejmuję desperacko decyzję zrzucenia z siebie gratów. Chcę złapać oddech, chwilę odpocząć, poprawić plecak, tym razem wiatr próbuje wytargać ze mnie resztki sił. Nie mogę tak siedzieć w nieskończoność, zapinam klamry plecaka. Z zimna nie czuję dłoni. Do Brzegów Górnych schodzę na galaretowatych nogach po zmroku. Przy budce BPN chwila odpoczynku, który i tak niewiele daje. Jestem wykończony.

"W góry, w góry miły bracie. Tam swoboda czeka na cię" Taaa... swoboda i wiatr. Te półtorej godziny z mapy nie trwa wcale 90 minut, ciągnie się w nieskończoność. Co kilka kroków odpoczywam wsparty o kijki, co chwila przykucam lub siadam na śniegu. Nie mam siły. Nigdy tu nie byłem, z mapy niewiele już rozumiem, mijam jakieś skały, to chyba Połonina Wetlińska. Wiatr. Chwiejnym krokiem człapię w ciemność, szeroko rozstawiam kijki, w blasku czołówki przed oczami przelatują tysiące drobinek lodu. Nie dam rady. Wiatr wyrywa ze mnie całą wolę walki. Nie dam rad... Światło? Zarys dachu? Pierwszy raz w życiu chce mi się krzyczeć z radości na widok świateł w oknach schroniska. Niesamowite uczucie. Radość, która najchętniej wyskoczyłaby z człowieka i pognała przodem.

No i siedzę w ciepłej Chatce Puchatka. Na wejście dostaję kieliszek czegoś co i tak bez większego efektu spływa w głąb przemęczonego ciała. Dopiero drugi kieliszek "ma smak". Trafiłem na małą imprezkę ze śpiewami. Turystyczne piosenki sprzed lat. Niesamowity klimat. Suszone daktyle, dwa chińczyki, herbata za herbatą i kolejny kieliszek, ten już zagrzał w przełyku. Będę żył.

Nie chcę myśleć, czego zażądałby Wiatr Czwarty. Nieistotne...

2009-12-13 "Dwie Chatki Puchatka i ślady łap"
(06:00-20:00) PTTK Chatka Puchatka -> bacówka PTTK Pod Honem


- Chodź, Prosiaczku, i popatrz. Co tu widzisz?
- Ślady - rzekł Prosiaczek - Ślady łap. - Po czym kiwnął z przejęciem.
- Ach-jej, Puchatku, czy myślisz, że to jest... y...y...y... łasiczka?
- Możliwe - odparł Puchatek - Ze śladami nigdy nic nie wiadomo.


Piąta. Wypełzam z ciepłego łóżka. Właściwie spakowałem się wieczorem, więc teraz tylko śpiwór. Nie mam pojęcia, czemu drzwi Chatki zamykam za sobą dopiero po godzinie. Znów brnę samotnie w mroku. Mój powłóczysty krok, ciemność i jakieś takie mało przejrzyste powietrze. Mam wrażenie, że wcale się nie poruszam. Wreszcie jakieś wyraźne wzniesienie. Kijek, kijek, noga, noga... Sporo tu nawianego śniegu, więc idę trochę według własnej koncepcji szlakarskiej. Dochodzę na szczyt, rozglądam się niepewnie. Mapy nie wyciągam, bo musiałbym zdjąć rękawiczki, a trochę zimno. Chyba w lewo, bo taka jakby ścieżka czy coś, podpowiada lekko przytłumiony umysł... No to czemu nie... Ścieżka jest, tylko jakiś idiota postawił deskę w poprzek. Dziwaczne zwyczaje tu panują, przecież ktoś się może potknąć. Idę, ścieżka staje się coraz mniej i mniej wyraźna, aż w końcu znika. Spoglądam za siebie na majaczący w oddali szczyt, z którego właśnie zszedłem. Oj nie, nie ma takiej opcji, nie będę się tarabanił z powrotem tylko po to, żeby uznać, że szedłem dobrze i znowu dreptać w dół. Rzut oka na okolicę. W świetle wybudzonego już nieco dnia dostrzegam drzewo. A pojedyncze drzewa na otwartej przestrzeni mają to do siebie, że jak lep przyciągają pędzle szlakarzy. Pewnie tam.
No i co? I kto tu jest master-of-nawigejszyn? Jest ścieżka, a na niej świeże ślady butów. Ktoś musiał wstać sporo wcześniej przede mną, że o takiej godzinie dotarł aż tu. Zapewne zmęczonych wieczorem lokatorów Chatki zastanie jeszcze w łóżkach. Nie ma co, prawdziwy turysta. Raźniej się drepcze po czyichś śladach. Mija pół godziny i zza delikatnego wzniesienie wyłaniają się zabudowania. Fajnie, będę miał gdzie zdjąć plecak i dać odpocząć plecom. Choć z drugiej strony te chałupy w Bieszczadach są budowane strasznie na jedno kopyto. Szopa, koło niej domek, zupełnie jak schronisko, które opuściłem jeszcze przed wschodem słońca. No i chyba... no, bo zdawało mi się, że na Wetlińskiej jest tylko jedna... Podszedłem już dość blisko, żeby w człowieku przy drzwiach rozpoznać jednego z wieczornych śpiewaków. Ale... jak... przecież to... przecież... zwrot na pięcie i długa, seria słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Chyba mnie nie widział. Nic nie rozumiem... Co to kur... było, jakaś pętla czasowa? Trójkąt Bermudzki? Załamanie czasoprzestrzeni? A ślady? Przecież ktoś tu wcześniej... no właśnie, przecież JA!!!

Krzyś powoli zlazł z drzewa.
- Oj, ty głupi Misiu - powiedział - co ci do głowy strzeliło? Najpierw obszedłeś cały zagajnik sam dwa razy, a potem Prosiaczek pobiegł za tobą i obeszliście go jeszcze raz naokoło.
- Jestem po prostu Miś o Bardzo Małym Rozumku. - powiedział Kubuś Puchatek.


Tak czy siak, siedzę właśnie w Bacówce pod Honem, w Cisnej, po 14 godzinach marszu. Szalenie uprzejma obsługa, przynajmniej jej żeńska część, bo właściciel donośnie poinformował, że w jadalni pod moim krzesłem powstała wielka kałuża. No i racja oczywiście po jego stronie, naświniłem, ale jakoś nie miałem siły rozglądać się za buciarnią. Pić mi się chciało. Jestem koszmarnie zmęczony. Przecież tego dnia wrażenia nie skończyły się jedynie na "patrolowaniu" Połoniny Wetlińskiej.
Pomijając fakt, że czas strasznie się dłużył i przy blasku zachodzącego słońca niemal każde napotkane za Smerekiem wzniesienie zdawało mi się być już Okrąglikiem. To tuż za "Okrąglikiem właściwym" zaczęły towarzyszyć mi odciśnięte w świeżym śniegu, nie mniej świeże ślady łap. Dla utrzymania wewnętrznego spokoju oraz harmonii ducha z rozdygotanymi nogami określiłem je mianem śladów "troszkę większego psa". Z każdym krokiem tropów jednak przybywało. Niektóre wyglądały jakby powstawały na chwilę przed moim pojawieniem się na polanie. I na nic cała internetowa wiedza, nabyta przed wyjazdem, że wilki to właściwie ludzi się boją, a ataki są tak sporadyczne, że giną śmiercią tragiczną w statystykach. Tak, tylko jak to wytłumaczyć samotnemu wędrowcy, który po nocy przemierza nieprzetarte ścieżki w ciemnym lesie?! Gdy każdy refleks czołówkowego światła odbity od padających płatków śniegu przypomina wgapione weń ślepia. Szkoda gadać, spać, spać...

2009-12-14 "Samotnie"
(06:40-18:00) bacówka PTTK Pod Honem -> PTTK Komańcza


Gdy droga jest monotonna, jak podczas przemierzania grzbietu Wysokiego Działu, samotność doskwiera. Wokół biało i pusto. Nad głową zmarznięte na kość wysokie drzewa poruszane wiatrem, prowadzą niekończące się rozmowy. Trzeszczą każde słowo niczym tolkienowskie drzewce. Czasem z ich gałęzi osypuje się na mnie lodowa mgiełka. Prócz nas nie ma tu nikogo. Dzisiaj po raz pierwszy z powodzeniem, w warunkach bojowych wypróbowuję zaczerpnięty z jakiegoś forum internetowego pomysł. Otóż od trzech dni do mojego plecaka przyczepione są sanie. Taki "dziecięcy ślizg" większy i masywniej zbudowany niż "dupolot", ale bez płozów, jak klasyczne sanki. Uprzęż stanowi popis mojej inżynierskiej myśli technicznej. Nie mam wątpliwości, że dla tych dwóch godzin marszu z uwolnionymi od ciężaru plecami warto było nieść do tej pory troszkę więcej. Idę tak sam szerokim grzbietem, omijam nieliczne wiatrołomy, za plecami słyszę szelest sunących po śniegu sań. Niemal zapominam, że ten tobół wróci prędzej czy później na moje plecy. Powoli w mojej głowie myśli zaczynają układać się w całe zdania, długie monologi w aktywną dyskusję z samym sobą. Zaczynam gadać do siebie.

Jednak, gdy droga jest trudna i zaczyna przypominać przedzieranie się przez pozostawione naturze okolice Jeziorek Duszatyńskich (rezerwat), samotność to ostatnie, czego bym chciał. Pośród powalonych drzew szybko gubię szlak. Idę trochę na oko, wyciągam GPS’a, teraz już przynajmniej wiem, gdzie powinny być czerwone znaki, ale GPS za mnie nie pójdzie. Przedzieram się więc między sterczącymi we wszystkich kierunkach jak dzidy połamanymi konarami. Uwalniam się od jednej przeszkody i wpadam na kolejną. Nie mogąc przecisnąć się z plecakiem, znowu nadkładam drogi. Czuję, że strasznie się wlokę, na pewno nie dotrę do Komańczy w przewidzianym czasie. Co jakiś czas wybucham złością, bo po jaką cholerę szlak idzie właśnie tędy i tak nie ma tu nic ciekawego do oglądania, zamarznięte bajora i kupa bezwładnie porozrzucanych drzew. I po jakiego diabła mi te góry!? Znaczki trza było zbierać, bym se teraz wygodnie w domu siedział i przeglądał klasery, a nie jak idiota darł przez chaszcze na drugim końcu Polski. Teraz już na głos obrażam po kolei szlakarzy, leśników i siebie.

Dzisiaj naprawdę zrozumiałem, że mój GSB przemierzam samotnie. Niby wieczorem rozmawiam z obsługą schroniska (bardzo mili ludzie), ale to co innego. Chciałbym podzielić się z kimś tym kolejnym mini sukcesem, kolejnym etapem. Chciałbym, żeby ktoś rozumiał, co mam na myśli mówiąc, że wszystko mnie boli. A znaczy to, że piecze każdy centymetr ciała. Pali mnie skóra, którą mróz zmienił w tarkę, biodra poryte mam pasem plecaka, no i poczerniał mi paznokieć u stopy. Nie wiem, czy go sobie obiłem, czy lekko odmroziłem, chyba wczoraj. Żeby tylko nie było z tego jakiegoś większego kuku.
A schronisko? Nawet klimatyczne. Wchodzę. W holu przy piecyku, oglądając telewizję, grzeje się dwóch młodych ludzi. Witają mnie trochę zdziwieni, bo zmrok dawno zapadł i nie spodziewali się już gości. Pokój z łazienką, cztery łóżka, biurko z nocną lampką. Gdybym chciał kiedyś pisać książkę i potrzebował do tego celu jakiegoś cichego i spokojnego kąta, to w grudniowy wieczór zapukałbym do drzwi schroniska w Komańczy i poprosił o pokój, w którym właśnie siedzę. Jakoś nie bardzo chce mi się brać za wieczorne rytuały: parzenie chińczyków, pranie i suszenie ciuchów. Posiedzę jeszcze chwilę...
Jest tylko jeden mały minus. Woda z kranu nie nadaję się tu do picia. Wygląda jakby przeszła przez wszystkie zardzewiałe rury w promieniu stu kilometrów, a na końcu ktoś dla podkreślenia smaku i aromatu utopił w niej żabę. Ta podawana przez obsługę w barze jest nieco mniej "zmineralizowana".

No i jest za co wypić toast, nie ma tylko czym. Mapa Bieszczad wraca do plecaka, a na jej miejsce...
Beskid Niski

2009-12-15 "Na zimno"
(06:00-18:00) PTTK Komańcza -> Wisłoczek SKPB Rzeszów


Baza OK, tylko droga blisko. Leżę w śpiworze owinięty w namiot na poddaszu wiaty. Mój GSB rzeczywiście jest "na zimno". Nawet długopis nie chce pisać. Dłonie mam poryte z zimna, z zęba wyleciała mi plomba. Bardzo wieje. To będzie ciężka noc, wstawanie pewnie gorsze. Sanie mi dziś dupsko uratowały, pod koniec nie miałem siły nieść plecaka. Ale zimno...

2009-12-16 "Niski wcale nie taki niski"
(06:00-17:00) Wisłoczek SKPB Rzeszów -> prywatne schronisko Pod Chyrową


Wczoraj w nocy było podobno około -15°C. Dziś miałem nocować w okolicach Pustelni św. Jana, ale jestem gdzie indziej. Grzeję się w prywatnym schronisku Pod Chyrową. Jak tu trafiłem?

Tak jak przewidywałem i noc, i pobudka nie były przyjemnym doświadczeniem. Budziłem się co jakiś czas, spoglądałem na zegarek, wypowiadałem kilka brzydkich słów i na nowo próbowałem zasnąć. Kuliłem się z zimna, po czym spocony prostowałem nogi, a śpiwór zasysał mroźne powietrze z zewnątrz. Przewalałem się z boku na bok, a pode mną trzeszczały cienkie deski, tworzące prowizoryczną podłogę poddasza. Wiatr poruszał czarną folią rozwieszoną wokół legowiska niczym baldachim. Każdy jej nagły szeleszczący ruch stawał się przyczyną mojej przedwczesnej pobudki. No i jakby tego było mało, kiedy w tej mrocznej scenerii kładłem się spać, zapomniałem zabrać ze sobą do śpiwora butów. Zamarzły na kamień, twarde jak ozdobne ceramiczne buciki na drobiazgi. Po kilku minutach na każdy but, szczęśliwie, nie łamiąc przy tym kończyn udaje mi się je założyć. Choć miałem poważne wątpliwości, czy operacja zakończy się sukcesem. Zwinąłem oszronioną trumienkę, wilgotny śpiwór i karimatę. Mój wielki plecak, zabezpieczony przeciwdeszczowym pokrowcem, czekał na mnie na stole w wiacie. Wieczorem uznałem, że wciąganie go na górę i prowadzenie prób wytrzymałościowych chybotliwej wiaty to nie najlepszy pomysł.
Zanim poszedłem spać, miałem jeszcze mały lokalowy dylemacik. Otóż przechadzając się w ciemnościach po terenie bazy, dostrzegłem pod lasem drewniany budyneczek. Genialnie, chatka bazowego? Może tam się przekimam? Malownicze okienko, drzwi na solidną zasuwę, a w środku deska z dziurą. A tak się miło zapowiadało. Poddasze wygrało z damskim wychodkiem.

Droga przez budzące się do życia miejscowości (Rymanów i Iwonicz) przebiega bardzo gładko. Nieliczni przechodnie nie kryją zdziwienia na widok objuczonego do granic możliwości mnie. Turysta z plecakiem jest tu zapewne składnikiem krajobrazu raczej letniego. W aptece zaopatruję się w maść na odciski, póki co zapobiegawczo i tłusty krem. Ten drugi przyda mi się już dziś wieczorem, bo mroźna noc dała mi się we znaki. Schodząc do Lubatowej, podziwiam, robiącą z tej perspektywy niesamowite wrażenie, "jakąś górę". Wtedy nieświadomy jeszcze przebiegu szlaku, bo rano nie znalazłem czasu na otwarcie mapy, z uśmiechem uznaję, że pociągnięcie znaków przez jej wierzchołek, byłoby zabiegiem o charakterze wręcz dywersyjnym. Tak więc wspinam się pod ten przejaw turystycznego masochizmu, mowa o Cergowej. Wspinam się i końca tej wspinaczki nie widać, właściwie to kilkakrotnie zdaje mi się, że widzę koniec. No właśnie... zdaje mi się. Na szczycie w kronice umieszczonej w skrzynce pod krzyżem zostawiam ślad swojej obecności, po czym obieram kurs na pustelnię. W drodze na dół zaliczam jeszcze teatralną glebę w trzech aktach: 1) potknięcie i nieudana próba podparcia się kijkami, 2) lądowanie na kolanach i nieudana próba podparcia się rękami, 3) degustacja śnieżnego puchu. W kościółku przy pustelni prowadzony jest remont, siedzę na tarasie domu rekolekcyjnego, pomimo ziejącego z tabliczki wyraźnego zakazu. A co, na śniegu mam siedzieć? Jakoś nie uśmiecha mi się druga noc z rzędu na łonie natury. Zerkam na spis dupochronów, to jest listę telefonów kontaktowych do schronisk i kwater przy trasie. Prywatne schronisko Pod Chyrową, dzwonię, jest miejsce, czekają na mnie, więc w drogę. W ciemności, po solidnie zasypanej świeżym śniegiem ścieżce sunę jak po sznurku, tylko dzięki niezwykłej sumienności szlakarza. Niech Ci Bóg w dzieciach wynagrodzi dobry człowieku.

No i cała historia. Na wejście dostaję gorącą herbatę z cytryną. Tak, ci ludzie wiedzą, czego potrzebuje turysta. Parzę chińczyka, piorę co brudne, suszę co mokre, prysznic. Warunki mam iście hotelowe, nastraja mnie to do zrobienia sobie dnia luzu, jutro...

2009-12-17 "Dzień luzu"
(09:00-13:00) prywatne schronisko Pod Chyrową -> prywatna kwatera Kąty


Pisząc do pracodawcy wniosek o urlop, uporczywie określałem go mianem "wypoczynkowego". Dziś postanowiłem wziąć sobie te słowa bardziej do serca.

Siódmy dzień wyprawy, wyje syrena w telefonie, co oznacza, że wybiła 8:00. Słownie ósma nie piąta. Gramolę się ze śpiwora, dzisiaj nic nie muszę. No, bez przesady, chcę dojść do Kątów. Schronisko opuszczam chwilę po 9:00, w drzwiach zamieniając jeszcze kilka słów z właścicielem. Moja mapa wycenia dzisiejszy etap na 2:20 godziny marszu, ale pierwsza napotkana strzałko-tabliczka przebija tę wartość, podając 3:45. Osobiście zgadzam się z drugą sugestią.

Pukam do drzwi budynku przy głównej drodze, nad wejściem napis "noclegi". Reakcja na mój widok jest bardzo standardowa. Szeroko otwarte oczy i szczęka w układzie: "no to borujemy". Zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Z wolnymi miejscami nie ma oczywiście problemu, z tym zastrzeżeniem, że nie w części gospodarstwa przeznaczonej dla gości, bo ta w okresie zimowym z uwagi na specyfikę natężenia ruchu turystycznego, pozbawiona jest ogrzewania. W lokalnym "dyskoncie spożywczym", uzupełniam nadwyrężone zapasy żywności, plus kilka rzeczy mających podkreślić relaksacyjny charakter dnia (dwa piwa). Dzięki uprzejmości gospodarzy robię większe pranie - moje ciuchy wyraźnie się tego domagają. Około 18:00 nie mam co robić - ale luksusy...
Przechylam drugie piwko i w gronie rodzinnym oglądam prognozę pogody. Na wzmocnienie dostaję krokieta i barszcz z obiadu. Bardzo miłe i smaczne zaskoczenie. Jeszcze przed dobranocką pada z moich ust sakramentalne: "To ja idę spać". Wywołuję tym wyznaniem drwiące uśmiechy na twarzach najmłodszych domowników.

2009-12-18 "Nie lubię poniedziałków..."
(06:00-15:00) prywatna kwatera Kąty -> bacówka PTTK Bartne


...zwłaszcza jeśli wypadają w piątek. Największe wyzwanie tego dnia to zwleczenie się z wygodnego łóżka i przekonanie swojego nie do końca wypoczętego ciała, że tak trzeba. Ciężkie powieki sabotują wszelkie starania, przymykając się co jakiś czas na dłuższą chwilę, obolałe ramiona ogłaszają liberum veto, a nogi powołują autonomiczną republikę. Jedna wielka rozpierducha, nad którą całkowicie straciłem kontrolę. W tym miejscu należałoby pochwalić się jednak własnym geniuszem. Otóż wieczorem, niczym król strategów Napoleon przewidziałem, że poranna bitwa może przyjąć niekorzystny dla mnie obrót. Dlatego telefon po nastawieniu budzika umieściłem w najodleglejszym punkcie pokoju, tak żebym rano, nie mógł go uciszyć, nie wychodząc ze śpiwora. Veni, vidi, vici...

Na zewnątrz rześki mrozek. Idzie się sprawnie. Prócz dwukrotnego zejścia ze szlaku nie notuję większych niespodzianek. Na Magurze Wątkowskiej podobnie jak na Cergowej zostawiam w kronice ślad swego istnienia. Termometr na szczycie pokazuje -15°C. Ostatni odcinek przed Bartnem - szlak zaczyna meandrować na podmokłym terenie, omija większe i mniejsze kałuże, czasem prowadzi ich środkiem. Na rezultaty długo czekać nie trzeba, wilgotność w butach powoli zaczyna osiągać magiczne 100%.
Z kolei sama bacówka stanowi dla mnie nierozwiązalną turystyczna zagadkę. Wchodzę - cisza - pytam, czy ktoś tu jest. Na piętrze odzywa się Głos, że Ktoś jest na dole. Po paru chwilach ów Ktoś wyłania się zza rogu. Mówię "dzień dobry", on odpowiada i... znika wbiegając na górę po schodach. Osobiście wykazałbym chyba większe zainteresowanie faktem, że nieznany mi człowiek wszedł właśnie do mojego domu. No nic to, czekam chwilę. Potem jeszcze chwilę i jeszcze. Chwila przeciąga się na tyle, że postanawiam podążyć śladem Ktosia. A na piętrze Głos i Ktoś kręcą się tam i z powrotem pośród artystycznego nieładu. Na pytanie o nocleg otrzymuję odpowiedź, że jest, ale muszę poczekać, bo mają remont. Skala nieładu wskazuje, że nie jest to remont kosmetyczny, dlatego trochę przeraża mnie wizja kilkutygodniowego oczekiwania w przemoczonych butach, aż bacówka zostanie doprowadzona do używalności i będę mógł położyć się spać. Czym prędzej więc proponuje pomoc. Mój szlachetny gest zostaje jednak odrzucony, w zamian pada propozycja, żebym poczekał na dole w jadalni.
Czekanie ma swoje niepodważalne plusy. Można na przykład: policzyć cegły, z których zbudowany jest kominek, gruntownie przeanalizować stan belek stropowych, tudzież oddać się wnikliwej obserwacji dowolnie obranego punktu w otaczającej człowieka przestrzeni. Uczta intelektualna.
Podsumowując. Życie turysty w bacówce w Bartnem składa się głównie z czekania. Pokój - musi pan poczekać, wrzątek - proszę poczekać, czy...? - zaraz, zaraz, chwileczkę.
Mniej więcej po godzinnej medytacji, kiedy to moja kreatywność w wymyślaniu sobie zajęć zaczęła niebezpiecznie przygasać, niespodziewanie staję się szczęśliwym posiadaczem klucza do pokoju, to znaczy do kriokomory na piętrze. Więc spać...

2009-12-19 "Wariat"
(06:15-13:30) bacówka PTTK Bartne -> prywatna kwatera Regietów


Oj, nieco zimno się porobiło. Mój nos pomimo braku atestu Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej doskonale sprawuje się podczas prób określenia temperatury powietrza. Po wyjściu z bacówki na nos oczywiście ustalam, że słupek rtęci powinien oscylować w okolicach -20°C. Pomiar ten znajduje zresztą potwierdzenie, gdy wieczorem właścicielka prywatnego agrobiznesu w Regietowie, podaje wyniki własnych obserwacji okiennego termometru z kilku ostatnich dni. No właśnie, agrobiznes a nie baza namiotowa, jak planowałem. Szczerze powiedziawszy przestraszyłem się trochę, że nocny chłodek nie pozostanie bez wpływu na moje zdrowie. Udałem się zatem do wsi w poszukiwaniu ciepłej poduszki.

Ostatni raz zrozumienie dla tego, co robię, wykazał właściciel schroniska Pod Chyrową. Pytał, skąd idę, czy z samego Wołosatego, jakie miałem warunki i ogólnie jak nastrój. Opowiadał o ciekawych ludziach, których miał przyjemność gościć. Wspomniał o lokalnym zabytku (cerkiew), że warto po drodze zobaczyć. Czuło się, że doskonale wie, na czym polega turystyka.
Dzisiaj po raz kolejny człowiek, który otwiera drzwi, patrzy na mnie jak na wariata. Znowu mam wrażenie, że zaburzam komuś spokój zimowej egzystencji. No cóż, święta się zbliżają, tyle spraw na głowie, a tu taki ja. Mam nadzieję, że ta tendencja się nie utrzyma i w noc wigilijną nikt nie poszczuje mnie psem. No dobra, może to pierwsze wrażenie, a może trochę zmęczenie. Gospodyni na moje pytanie o najbliższy sklep proponuje, że jeśli coś potrzebuję, to mogą mi przywieźć, bo jadą samochodem. Szybko robię listę standardów żywieniowych: chińczyki, chałwa i kiełbasa. Nie jestem tylko pewien czy, swoją drogą szlachetna, propozycja pada z uwagi na przyjazne nastawienie do gościa, czy raczej współczucie dla młodego człowieka, któremu jego choroba psychiczna odebrała szanse egzystencji w normalnym społeczeństwie i dlatego włóczy się samotnie po lasach. Powątpiewanie w stan mojego umysłu słychać w każdym słowie i nie ukrywam, że niezbyt przyjemne to uczucie.

2009-12-20 "Bieg przez płotki"
(06:15-15:20) prywatna kwatera Regietów -> prywatna kwatera Mochnaczka


No może nie całkiem bieg, bo kilometry w nogach pozwalają mi już tylko człapać, ale przeszkody na iście światowym poziomie.

Pierwszą z nich napotykam tuż za progiem domu. W nocy sporo napadało, a wiatr zwiał chyba cały śnieg z okolicy wprost na drogę, którą prowadzą mnie czerwone znaki. Idzie się ciężej niż wczoraj, sanie w głębokim świeżym puchu zapadają się trochę za bardzo, żeby uznać ich użycie za próbę ułatwienia sobie życia (i tak z nich nie zrezygnuję).
Tuż przed Hańczową szlak schodzi z całkiem przyjemnej polnej drogi tylko po to, żeby przeciągnąć mnie po dnie starego jaru i kilkukrotnie kazać mi forsować ten sam strumień. Latem to zapewne bardzo ciekawe i ekscytujące doświadczenie, ale w zimowym mrozie, gdy suchy but jest na wagę złota, a lód tylko czeka, żeby złamać się z trzaskiem pod nieszczęśnikiem, taka przeprawa urasta do rangi sporego problemu. Kilka fałszywych kroków i po pół godzinie od wydostania się z jaru noszę na nogach sztywne narciarskie skorupy.
Za Ropkami z kolei jakiś lokalny wiejski artysta malarz o niezwykle silnym instynkcie terytorialnym postanowił przesunąć szlak, używając do tego celu różowiejącej farby. Znaki średnio poradziły sobie z próbą czasu i soczystymi zaciekami spłynęły po powierzchni, na którą zostały naniesione. Choć z drugiej strony chwała mu za to, że otaczając swoje terytorium, użył farby i nie ulegając instynktom pierwotnym, nie skorzystał ze sposobu danego mu przez naturę z powodzeniem stosowanego przez inne ssaki terytorialne. Tak czy siak, ułańską fantazję samozwańczego szlakarza przypłaciłem sporą obsuwą czasową.
Cóż by to był za bieg przez płotki z trzema płotkami. Schodzę do asfaltówki Banica - Izby, nie ma znaku, w którą stronę teraz, a nawet jeśli jest, to zasypany śniegiem. Wyciągam więc mapę: "w lewo-za kapliczką, w prawo-przez rzeczkę-pod górę". Etap przez rzeczkę okazuję się niewykonalny. Wyciągam, więc GPS’a i o zgrozo: "w prawo-za kapliczką, w lewo-przez rzeczkę-pod górę". Tym razem etap pod górę sprawia spore problemy. Do dyspozycji pozostaje zwykła chęć przedostania się na drugą stronę wzniesienia. Wytyczam zatem nową polską drogę przez Sołdywiec (626 m n.p.m.).
Odcinek Banica - Mizarne? Oczywiście, że są płotki. Ostatnim szlakarzem odwiedzającym te strony był zapewne sam Kazimierz Sosnowski. Znaków tu jak na lekarstwo, a jeśli już są, to w mocno zaawansowanym stadium zlewania się z otoczeniem. Dodatkowo sprawę komplikuje fantazyjny rozwój budownictwa mieszkaniowego w dolince. Po wydostaniu się z labiryntu zabudowań wchodzę w zasieki z drutów kolczastych, elektrycznych pastuchów i zwykłych sznurków do snopowiązałki. Ot, lokalna społeczność rozparcelowała sobie spory płat ziemi i dała temu wyraz poprzez zagospodarowanie wszystkiego, co można rozwiesić pomiędzy dwoma słupkami w celu ustalenia granicy.

W rezultacie, po pokonaniu wszystkich niespodzianek zanotowałem spory deficyt czasowy. W Mochnaczce Dolnej stawiłem się ponad 3 godziny później niż zakładał plan. Sporo czasu minęło jeszcze zanim namierzyłem jakąś prywatną kwaterę. Oczywiście nie obyło się bez komentarzy w stylu, co przed świętami robią normalni ludzie i że nie jest to samotne włóczenie się po lasach. Przemilczałem, zamknąłem się w pokoju, wyszedłem dopiero rano.

Trzeba przyznać jednak, że dzień ten nie można zaliczyć do całkiem nieudanych. Na tę okoliczność zaopatrzyłem się nawet po drodze w piwo. Mapa Beskidu Niskiego, którą to powoli zacząłem obrażać wymyślnymi bluzgami, ląduje z hukiem w plecaku, a na jej miejsce...
Beskid Sądecki

2009-12-21 "Turysta"
(06:00-16:00) prywatna kwatera Mochnaczka -> PTTK Hala Łabowska


Na Jaworzynie Krynickiej sezon zimowy powoli się zaczyna, co zwiastuje rychłe nadejście kłopotów dla turystów nieprzyodzianych w narty. Jeśli na domiar złego turysta ten jest tak podły i bezczelny, że nie ma zamiaru korzystać z kolejki gondolowej ,należy mu się reprymenda. Niestety, mapa, którą dysponuję, nie grzeszy aktualnością (co ustaliłem dopiero w domu, po powrocie), a może nie grzeszy rzetelnością wykonania, bo szlak czerwony na szczyt ewidentnie poprowadzony jest tu wzdłuż trasy narciarskiej (na innej mapie końcówka przez las). Znaków niewiele, a te, które są, należałoby odkopać ze śniegu. Idę zatem tak, jak prowadzi mnie mapa. Oczywiście nie środkiem trasy, a jak to tylko możliwe najbliżej krawędzi lasu. Idę i tylko czekam aż jakiś, poruszony moim niecnym występkiem strażnik, uświadomi mnie, że popełniam niewybaczalną zbrodnię. Długo czekać nie muszę. No właśnie... Tak wiem, dlatego... Tak wiem, ale... usiłuję delikatnie przeforsować mój plan wejścia na szczyt. Uzyskuję w zamian wiele światłych porad w stylu: "Proszę Pana przecież zimą szlaki turystyczne są pozamykane". Przyjmuję rady po męsku, powstrzymując wybuchy śmiechu. W końcu wspaniałomyślnie dostaję zezwolenie na kontynuowanie podejścia. Na szczycie przebywam możliwie najkrócej. Głupio się czuję w tłumie, a co gorsza... mam zupełnie niemodne buty, tutaj królują albo narciarskie skorupy, albo lakierki i kozaczki. Co za niefart...

Już ponad tydzień minął od czasu, kiedy to po raz ostatni widziałem na szlaku człowieka. Nie znaczy to oczywiście, że na czas marszu obowiązują mnie śluby milczenia. Zawsze można przecież przekazać turystyczne "dzień dobry" z trudem odnalezionemu w gęstych zaroślach znakowi, wymienić spostrzeżenia dotyczące pogody z rezydentem przydrożnej kapliczki czy też prowadzić osobiste rozmowy z czerwoną chustą przewieszoną na kijku trekingowym. Dzisiaj jednak krajobraz zmusza do utrzymania absolutnej ciszy. Przecinam doskonale gładką taflę śnieżnego puchu. Czuję, jakbym przemierzał dziewicze tereny, których żaden człowiek przede mną nie miał okazji oglądać. Wokół mnie wysokie świerki w zimowych szatach, których ciężar z trudem dźwigają. Z pochylonymi nad drogą gałęziami, tworzą kołysane wiatrem bajeczne bramy. Nieostrożne potrącam jedną z nich i nad głową dźwięczą kryształowe żyrandole sopli i zmarzniętego śniegu. Jakież zatem wielkie jest moje zdumienie, gdy w takiej scenerii dostrzegam drepczącego w moim kierunku turystę z plecakiem. W takich okolicznościach na krótkim powitaniu skończyć się nie może. Rozmowa, co zrozumiałe, kręci się wśród tematyki okołogórskiej. Opowiadamy skąd i dokąd, gdzie jutro, trochę o zajęciach wykonywanych przez nas na co dzień, robimy kilka zdjęć. Po około pół godzinie mój tyłek zaczyna sygnalizować lekkie odmrożenia. Wobec takich argumentów jestem całkowicie bezsilny. Żegnam rozmówcę...

Tuż przed zapadnięciem zmroku wychodzę na niewielką polanę. Pomimo wstępnego otrzepania z siebie śniegu, i tak wnoszę do schroniska hurtową ilość zimy. W progu trafiam na gospodarza i chcąc zrobić dobre pierwsze wrażenie, pytam, gdzie mogę zostawić buty, bo nie chcę narobić śladów. Ten patrzy na mnie z niedowierzaniem, jakby nie bardzo wiedział, o co mi chodzi: "Ale po co? Przecież to tylko woda". Znowu po długiej przerwie czuję, że jestem wśród swoich. Tu z pewnością nikt nie zada mi pytania o celowość mojej samotnej włóczęgi przez góry i nikt, po zapoznaniu się z celem wyprawy, nie będzie miał zastrzeżeń, co do stanu mojego umysłu.

W budynku panuje niestety lekki chłodek. Ostatnie mrozy nadwyrężyły trochę schroniskowe ogrzewanie, które teraz gospodarz energicznie próbuje łatać. Siedzę w dwóch polarach w jadalni z zamiarem nałapania jak największej ilości ciepła z płonącego w kominku ognia. Przy błyskawicznej chińszczyźnie w pięciu smakach próbuję opracować plan na jutro. Nie mam pomysłu na nocleg. Jeśli utrzymają się arktyczne temperatury, wolałbym nie korzystać z trumienki, jakoś tak mam wrażenie, że jej pieszczotliwa nazwa mogłaby okazać się zbyt prorocza. Z kolei proroctwo o nagłym ociepleniu, które obiło mi się o uszy - no cóż jego przyczyną ma być halny, jakoś nie uśmiecha mi się zostać pierwszym człowiekiem, który w namiocie obleciał Beskid Sądecki. Z pomocą przychodzi gospodarz, podając namiary na petetek w Rytrze. Zapowiada się więc lżejszy dzień. Czemu sam na to nie wpadłem?

Odkładam mapę i spis dupochronów, czas na moje ulubione zajęcie - marnowanie czasu. Kiedy w domu siedziałem nad mapami, planując kolejne dni marszu, uznałem, że Łabowską traktował będę jak półmetek. Dzięki tym założeniom kufel grzanego piwa, który mam przed sobą, zyskuje całkiem solidne podstawy ideologiczne. Dzisiaj zresztą na brak ideologii narzekać nie można, w końcu 21 grudnia to pierwszy dzień kalendarzowej zimy i drugi kufel grzanego piwa. Po oblaniu wszystkiego, co jest do oblania, włącznie z rocznicą wejścia Polski do strefy Schengen, zostawiam krótką notkę w schroniskowej kronice i koło 20:00 obieram kurs na poduszkę.

c.d.n.
 Pierwsza noc w Bieszczadach
 Zimowo od samego początku
 Tarnica
 Moje 25kilo nadwagi
 Ciepło nie było - Magura Wątkowska
 
 Rotunda koło Regietowa
 ja
 Beskid Sądecki
 Beskid Sądecki na zimowo
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com